Wejść do Unii Europejskiej, czy pozostać „śródziemnomorską Szwajcarią”


Druga bitwa o Maltę

Wojciech Pięciak 



Malta jest inna. Europejczykowi – obojętne, z Europy „starej” czy „nowej” – może się wydawać, że na Malcie wszystko stoi na głowie. W sobotę 8 marca Maltańczycy jako pierwsi odpowiedzą w referendum na pytanie, czy akceptują traktat akcesyjny z Unią. Ale akurat w kraju, który nie musiał podejmować wielkiego wysiłku w dostosowaniu się do Unii, wynik głosowania stoi pod znakiem zapytania! I to największym ze wszystkich 10 państw, które w maju 2004 mogą wejść do UE.


Choć przeciwnych wejściu do UE jest tylko 20 proc. Maltańczyków, to zdecydowanie „za” opowiadała się w sondażach tylko mniej więcej połowa. Grupa niezdecydowanych sięgała 30 proc. i to o ich dusze walczyli zwolennicy i przeciwnicy Unii. W państwie składającym się z trzech wysp i liczącym raptem tylu mieszkańców, ilu ma Bydgoszcz (385 tys.), w manifestacjach „za” i „przeciw” Unii maszerowały tysiące rozemocjonowanych ludzi.
A że na Malcie wszystko jest inaczej, do głosowania „za” wzywali rządzący nacjonaliści, wspierani (dyskretnie) przez Kościół katolicki, a „przeciw” – lewicowa Partia Pracy. To nie premier Eddie Fenech Adami, ale socjaldemokrata Alfred Sant kazał rozklejać antyunijny plakat, na którym widniał w towarzystwie Jana Pawła II. Inne plakaty Partii Pracy pokazywały dziecko zawinięte we flagę unijną, z podpisem: „Nie dla aborcji na katolickiej Malcie!”. 
To Sant straszył rodaków, że po wejściu do Unii stracą tożsamość narodową i ostrzegał – łącząc nacjonalistyczną retorykę z hasłami socjalnymi – że upadnie wiele firm, państwo wycofa subwencje dla stoczni i zniesie wysokie cła ochronne, a na rynek pracy napłynie (po 7-letnim okresie przejściowym) tańsza siła robocza z pobliskiej Sycylii. I trzeba będzie – cóż za koszmarna perspektywa dla polityka lewicy – coś zrobić z największym na Malcie wysypiskiem śmieci, usytuowanym akurat wokół najwyższej góry na wyspie. Oraz ograniczyć coroczny odstrzał kilkuset tysięcy ptaków, wędrujących między Europą a Afryką, bo unijna ekologia może tego zakazać.

Eurosceptycyzm historią karmiony
Do ekologii Maltańczycy nie przywiązywali dotąd wagi. Choć powinni: wyspy to raj, „europejskie Karaiby”. Idealne miejsce na urlop, jeśli nie do osiedlenia się, o ile ma się pieniądze. Co jest źródłem obaw Maltańczyków: że po wejściu do Unii osiadać będą u nich bogaci Anglicy i Niemcy, gdy już dziś Malta jest jednym z najgęściej zaludnionych miejsc świata (obok Monaco i Singapuru), a ceny gruntów w stolicy La Valetta są porównywalne z Paryżem. 
Co trzeci Maltańczyk pracuje w branży turystycznej. Wyspę odwiedza rocznie milion turystów, na okrągło korzystających z ciepłego klimatu i plaż, ze skalistych brzegów pełnych grot, niemal stale zielonych dolin pośrodku wyspy. To wymarzone miejsca do nurkowania, żeglowania, flirtów z pięknymi Maltankami, nauki języków i wydawania niekoniecznie legalnie zarobionych pieniędzy. A wszystko owiane podmuchem historii: wokół archeologiczne wykopaliska sprzed tysięcy lat oraz średniowieczne zamki i kościoły.
Ale historia to nie tylko idylla. Eurosceptycyzm Maltańczyków wobec Unii, która aspiruje do bycia wspólnotą polityczną (i wojskową), wynika też z historii wyspy, która – odkąd w 1814 r. przejęli ją Brytyjczycy, idąc w ślady poprzednich zdobywców (Fenicjan, Rzymian, Normanów, Hiszpanów, Turków, joannitów, Napoleona) – pełniła ważną rolę w ich Imperium. 
Ze wszystkimi konsekwencjami, zwłaszcza podczas II wojny światowej, gdy zyskała miano brytyjskiego „lotniskowca na Morzu Śródziemnym”: samotnego wśród akwenów kontrolowanych przez Włochów i Niemców. Choć w zapomnienie popadła dziś „bitwa o Maltę”, trwająca w latach 1941-43, w istocie była ona bardziej wyczerpująca i mordercza dla ludności cywilnej niż słynna „bitwa o Anglię”. Na kilka lat Malta zamieniła się w twierdzę; jej obrońcy i mieszkańcy stali się zarazem więźniami: wolnymi, ale zamkniętymi na małej przestrzeni, wydanej na bezustanne naloty bombowców włoskich i niemieckich. 
Malta miała dla Brytyjczyków znaczenie strategiczne: była jedyną bazą lotniczą i morską między Gibraltarem a Aleksandrią. Pozwalała utrudniać komunikację włoską i niemiecką na Morzu Śródziemnym i stanowiła punkt oparcia dla alianckich konwojów, zmierzających na Bliski Wschód. A że od Sycylii dzieliło ją 90 km, lotnictwo włoskie i niemieckie atakowało nieustannie wyspę, początkowo zupełnie nieprzygotowaną do obrony. Na gwałt powstawały schrony dla cywilów, w których w najgorszym okresie, w 1942 r., mieszkańcy La Valetty spędzali więcej czasu niż w domach. Bywało, że głodowali: gdy Włochom i Niemcom udawało się powstrzymać alianckie konwoje, zaopatrzenie dla wyspy (ropę, broń, żywność) dowoziły okręty podwodne.
Imperium doceniło wytrwałość Maltańczyków – poniekąd wymuszoną, bo nikt ich nie pytał, czy chcą ginąć „za królową i (brytyjską) ojczyznę”. A ofiary były ogromne, w co drugiej rodzinie. Maltańczycy, bohaterowie mimo woli, zostali potem zbiorowo odznaczeni Orderem św. Jerzego. Dziś w La Valetta jest też tablica ku pamięci polskich marynarzy z okrętów podwodnych, kontrtorpedowców i statków handlowych, walczących w obronie wyspy („Gdybym był Polakiem, także głosowałbym za wejściem do Unii” – tak w rozmowie z dziennikarzami zastrzegał się George Vella, były labourzystowski szef MSZ, obecnie rzecznik partii ds. polityki zagranicznej).
Tamta pamięć powraca: gdy unijny komisarz Günter Verheugen odwiedzał wyspę, Alfred Sant grzmiał w swojej (tj. lewicowej, prywatnej) stacji TV: „Verheugen może wykazywać tymi swoimi grafikami, jakie to błogosławieństwa przyniesie nam Unia. Pokażmy mu zdjęcia tego, co niemieckie bomby uczyniły na Malcie podczas wojny”. Dalej niż Sant poszedł 87-letni Dom Mintoff, labourzystowski premier Malty w latach 1971-87, który zasłynął wtedy sympatią do „jugosłowiańskiego modelu” socjalizmu i bliskimi kontaktami z takimi dżentelmenami jak Nicolae Ceausescu, Kadafi i Kim Ir Sen: występując na antyunijnych wiecach, Mintoff mylił Verheugena z Volkswagenem. Zapewne w polemicznym zapędzie. 
Ale eurosceptycyzm Maltańczyków wynika też z geografii: położenie między kontynentami daje profity. Większość ropy Malta importuje z Libii. Podobno bywało, że z wdzięczności dla Muammara Kadafiego – obłożonego sankcjami międzynarodowymi – w maltańskich portach libijskie towary otrzymywały etykietki made in Malta, by potem trafiać np. do Izraela. W końcu do Trypolisu jest tylko 500 km, a do Brukseli aż 2200.
Skoro o porównaniach geograficznych mowa: wedle przeciwników Unii Malta powinna być czymś rodzaju „Szwajcarii Morza Śródziemnego” – neutralna, z dystansem do wszystkich, ale ze wszystkimi współpracująca i mająca wszędzie przyjaciół.

Bitwa o Unię
Kim są Maltańczycy? Reporter szwajcarskiego tygodnika „NZZ am Sonntag” (z 23 lutego) tak próbował objaśnić maltańską egzotykę: „Maltańczyków wyobraźmy sobie jako kogoś w rodzaju Sycylijczyków, którzy zachowują się, jakby byli Anglikami, mówią w dialekcie arabskiego i są tak katoliccy, jak żaden inny naród w Europie”. Dodajmy, że ten dialekt pisany jest alfabetem łacińskim, a do lat 80. arabskiego uczono obowiązkowo w szkołach.
Na Malcie wszystko jest inaczej. Są dwie partie polityczne, o charakterze środowiskowo-klasowym – przynależność do jednego bądź drugiego obozu jest niezwykle silna; model dziś w Europie odchodzący w przeszłość. „Prawica”, czyli Partit Nazzjonalista (Partia Nacjonalistyczna) porównuje się chętnie z europejskimi chadekami. „Lewica”, Partit Laburista (Partia Pracy), choć uważa się za socjaldemokrację, jako jedyne ugrupowanie lewicowe Europy jest ideowo konserwatywne i wrogie Unii. Jednak gdyby trzymać się kryteriów, jakimi politologia opisuje partie (uwzględniając jako punkty odniesienia nastawienie do gospodarki oraz do tradycji i obyczajów), to na Malcie istnieje jedna formacja: konserwatywno-narodowo-socjalna – tyle że w dwóch odmianach, z których jedna jest bardziej, a druga mniej prorynkowa; jedna prokościelna, druga (kiedyś) antykościelna, jedna (dziś) proeuropejska, druga antyeuropejska. 
Dziś obie partie zgodnie zabiegają o sympatię Kościoła katolickiego; ten niewątpliwie lokuje ją bardziej po stronie Partii Nacjonalistycznej, nawet jeśli nie tak otwarcie jak w latach 60., kiedy miejscowy arcybiskup groził nieudzielaniem Sakramentu Chorych wiernym, którzy głosują na lewicę. Wtedy, wkrótce po tym, jak w 1964 r. Malta uzyskała niepodległość w ramach Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, między maltańską prawicą a lewicą trwał spór, przy którym polska „wojna religijna” z lat 90. to igraszki. Jednemu z obserwatorów przypominał on walkę, o jakiej opowiadają włoskie filmy z Fernandelem: między proboszczem Don Camillo a wójtem-komunistą Pepponem – tyle że prowadzoną na poważnie. I z tą jeszcze różnicą, że na Malcie nie było samorządu gminnego (struktury komunalne wprowadzono w 1993 r.), a sprawy administracyjne załatwiały parafie. Co było o tyle proste, że na zajmujących 316 km kw. wyspach jest 365 kościołów, a 97 proc. Maltańczyków to katolicy, modlący się do Allaha (po maltańsku Bóg to „Allah”).
Dziś znowu na Malcie trwa bitwa – o wejście do Unii. Po przejęciu władzy w 1987 r. nacjonaliści zaczęli szybko przygotowywać kraj do integracji i w 1990 r. złożyli wniosek o przyjęcie Malty do ówczesnej Wspólnoty Europejskiej. Ale kiedy w 1996 r. wprowadzili podatek VAT, przegrali wybory – a zwycięska Partia Pracy natychmiast wniosek z Brukseli wycofała (likwidując też VAT). Ponieważ jednak lewicowy rząd musiał wyrównać wpływy budżetowe, podniósł ceny prądu i wody – i po dwóch latach musiał oddać władzę nacjonalistom. A ci natychmiast ponownie złożyli wniosek o przyjęcie do Unii. 
Było jedno zastrzeżenie: do traktatu akcesyjnego musiał zostać dołączony protokół – ten, który faktycznie dołączono w Kopenhadze – stwierdzający, iż „członkostwo [Malty] w UE nie narusza regulacji prawnych w takich kwestiach jak aborcja, eutanazja, rozwody, prostytucja i narkotyki”; tylko od Maltańczyków zależy też dopuszczenie niektórych środków antykoncepcyjnych, dokładnie zaś tzw. pigułki morning-after (patrz Maltańskie Centrum Informacji o Unii: www.mic.org.mt).

Kościół popiera (po cichu)
Kościół nie zajął stanowiska wobec referendum, ani „za”, ani „przeciw”, ale po cichu popiera nacjonalistów. Z drugiej strony, obie partie próbują instrumentalizować autorytet Kościoła. I obie są zgodne, że Malta powinna utrzymać zakaz tak aborcji, jak rozwodów (że zmiany społeczne jednak się dokonują, widać po rosnącej w ostatnich latach liczbie wniosków do sądu biskupiego o stwierdzenie nieważności małżeństwa). 
Choć więc np. to prawica przeprowadzała odważniej reformy gospodarcze (mimo to nadal 40 proc. Maltańczyków pracuje w sferze państwowej), różnica między maltańską narodowo-konserwatywną prawicą a narodowo-konserwatywną lewicą polega na tym, że pierwsza walczy o wejście Malty do struktur europejskich, a druga gotowa jest na wszystko, by temu zapobiec. Przywódca Partii Pracy, Alfred Sant, przypomina nie Blaira czy Schrödera, ale Haidera. Zaś elektorat Santa to także ci, którzy uważają, iż tracą na procesie społecznej modernizacji.
To (kolejny) paradoks: w kraju Unii najbliższym, od 30 lat związanym umową stowarzyszeniową i najbardziej pasującym do „Piętnastki” – wynik referendum stoi pod znakiem zapytania. I to największym ze wszystkich państw, które w 2004 r. mogą wejść do Unii. O wyniku zadecyduje parę tysięcy głosów. W razie odrzucenia traktatu Maltańczykom nic się nie stanie, zważywszy specyfikę kraju, który może woli być „śródziemnomorską Szwajcarią”, idącą swoją drogą. Ale taki wynik doda wiatru w żagle przeciwnikom Unii w innych krajach. Parafrazując Churchilla: mało kiedy w integracji Europy tak wiele zależało od tak niewielu. 
Z kolei ewentualna wygrana zwolenników Unii to dopiero pierwszy etap w tej drugiej, tym razem bezkrwawej bitwie o Maltę: do stycznia 2004 na Malcie muszą się odbyć wybory parlamentarne. Sant zapowiada, że jeśli je wygra, będzie dość czasu, by przed planowanym na maj poszerzeniem „Piętnastki” o „Dziesiątkę” wypowiedzieć traktat z Unią. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 10 (2800), 9 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl