Najmłodsi i agresja kiczu


Dzieci to lubią?

Joanna Olech


Strasznie mnie rozjusza ciągle powielana herezja, która dzieciom przypisuje wrodzony ZŁY GUST. Ilekroć jakiś tandeciarz, chałturnik, geszefciarz od siedmiu boleści próbuje wcisnąć młodocianej publice swój kiczowaty towar – na jego ustach pojawia się ulubiona kwestia: „Dzieci to lubią”.


Dzieci lubią jakoby różowe sukienki z bufkami, lizaki w kształcie Smerfa, muzykę discopolo, fluorescencyjne nalepki na zeszyty, pana Kamela i „Randkę w ciemno”. A ja myślę, że nie tyle „lubią”, co papugują najpowszechniejsze, trywialne gusta dorosłego otoczenia, chłoną jak gąbka to, co najbardziej napastliwe i wszechobecne, nie znając mechanizmów obrony, sposobów odpierania ataku szmiry. 
Kicz jest agresywny, a dziecko jest bezbronne. Kicz jest „łatwy” – tani, przymilny, nie stawia wymagań. Niestety jest także zakaźny i powoduje powikłania. Dziecięcy organizm poddany długotrwałemu działaniu kiczu może ulec nieodwracalnej „kamelizacji”. Dlatego zdecydowałam się złożyć donos i wskazać kilku winowajców.

Literackie straszydła
Śmieszy mnie wrzawa wokół rzekomej szkodliwości Harry’ego Pottera, podczas gdy na naszym rynku wydawniczym funkcjonują nieporównanie gorsze fast foody literackie, zresztą na różne sposoby próbujące zdyskontować sukces Harry’ego. Tych książek nikt nie komentuje, a szkoda, bo zasługują na bezlitosną krytykę. 
Istnieje popyt na książki mroczne, literackie straszydła dla dzieci. Zwłaszcza chłopcy gustują w takiej tematyce. W ślad za sukcesem wspaniałych, metaforycznych baśni – jak „Kroniki Narnijskie” C. S. Lewisa czy „Władca Pierścieni” Tolkiena – zaroiło się od ich marnych naśladownictw. Do goblinów i trolli nonszalancko dorzuca się Asmodeusza, żywe trupy, kruki o dziecięcych twarzyczkach, wiedźmy porywające dzieci i wszystko, co tylko wyobraźnia grafomana potrafi spłodzić. Bohaterami tych książek są dzieci od lat 10 wzwyż, doświadczające mrożących krew w żyłach przygód. Można zgadywać, że adresatem ma być równie nastoletnia widownia. Powiedzmy, że jedna tego rodzaju książka nie wyrządzi dziecku krzywdy, ale co myśleć o czytelnikach, którzy pochłaniają podobne utwory seryjnie? Za cały komentarz niech wystarczą dwa przytoczone na chybił trafił fragmenty:
„Rachel czuła, że zęby odrywają jej z twarzy kawały mięśni i skóry, masakrują jej ręce i nogi, wgryzają się w szyję, szukając najszybszego sposobu zadania śmierci. Wżerały się w jej ciało i szeptały słowa zaklęcia zagłady”.
„Rozległ się chrapliwy, gardłowy krzyk. Ręce kapitana wciąż ściskały linę, lecz były to ręce oderwane od ramion, wyszarpnięte z ciała siłą ciągu silnika: niczym dwa bladoróżowe kraby wpadły z pluskiem do wody i kurczowo uczepione liny, popłynęły za łodzią”.

Bambo i małpka
Pechowo dla Juliana Tuwima wpadł mi w ręce znany wszystkim wierszyk o Murzynku Bambo, który poeta miał nieostrożność popełnić pół wieku temu, a który niezmiennie przyczynia się do utrwalania stereotypu mieszkańca Afryki – półnagiego dzikusa uciekającego na drzewo z obawy, że się wybieli. Jeszcze niedawno w pewnym szkolnym podręczniku (!!!) znalazłam wizerunek Murzyna z kolczykiem w nosie i okazałą kością wbitą w kok. W prezentowanej obok książeczce ilustrator poszedł jeszcze dalej i nie tylko namalował Murzynów w spódniczkach z palmowych liści (o ile wiem, w Afryce łatwiej o t-shirt z napisem Nike niż o odzież z bananowca), ale sprawił, że Bambo różni się od swojej przyjaciółki małpki jedynie ciemniejszą karnacją i brakiem ogona. 
Inne książeczki tego samego wydawnictwa upewniają mnie, że Bambo nie był jakąś przypadkową wpadką edytorską, ale jest świadomą emanacją gustu wydawcy. O palmę pierwszeństwa w dziedzinie szmiry walczy z Bambo operator koparki z książeczki „Zawody”, którego łatwo poznać po strażackim nakryciu głowy i po tym, że własnoręcznie dźwiga ciężkie belki, podczas gdy koparka odpoczywa. Jak powszechnie wiadomo, wszyscy operatorzy koparek noszą szafirowe botki... 
Zauważyłam niepokojącą prawidłowość – nader często książeczki drukowane na jakiś chwalebny cel dobroczynny opatrzone są koszmarnymi ilustracjami. Czyżby artysta podarował je za darmo? Nawet jeśli tak jest – fundacje charytatywne powinny mieć świadomość, że korzystając z tego rodzaju darowizny narażają na szwank swój wizerunek.
W rodzimej praktyce wydawniczej pokutuje prostackie przekonanie, że wszystko, co narysowane – jest ilustracją. Tymczasem ilustracja to zajęcie dla ludzi myślących, obdarzonych wrażliwością. Ładnie napisał o tym wybitny grafik Józef Wilkoń: „Jak powstaje ilustracja? Najpierw trzeba wiedzieć, jak wygląda to wszystko, co chce się namalować: człowiek, ryba, ptak, liść czy zwierzę. Później wiedzieć, jak to się porusza – wszystko co biega, pełza, pływa i lata. Dla wielu to już koniec edukacji. Niektórzy jednak idą dalej, potrafią namalować porę dnia, księżyc, żeby świecił, ptaka, żeby śpiewał, potrafią nawet namalować smutek i radość, strach i odwagę. Tylko nielicznym udaje się namalować sen, ciszę, a nawet zapach i smak owoców. Jeżeli się to umie, trzeba na koniec wiedzieć, co robić, żeby tekst i ilustracja uzupełniały się wzajemnie, żeby w książce rosło napięcie jak w teatrze, by wszystko było w swoim czasie i w dobrych proporcjach”. 
Nic dodać. Może tylko tyle, że to my, nabywcy książek, decydujemy naszymi wyborami o jakości oferty wydawniczej. Wybierajmy więc z namysłem!

Toksyczne upominki
Co najmniej dwa razy w roku (na Świętego Mikołaja i w Dzień Dziecka) przedszkolaki i dzieci „przechowywane” po lekcjach w świetlicy szkolnej otrzymują upominki. Z reguły bywa to samochodzik dla chłopców i lalka dla dziewczynek. Chociaż moim dzieciom zdarzało się przynieść do domu plastikowe jabłko kłapiące szczęką, anioła wiosłującego w wannie skrzydłami, szybkostrzelny pistolecik albo zestaw akcesoriów dla małej damy, z kompletem sztucznych paznokci (a jakże!). Jedna cecha nieodmiennie wyróżniała te kłopotliwe prezenty – były to zawsze zabawki tandetne i brzydkie – jakieś, rodem z Azji, plastikowe koszmarki jednorazowego użytku. 
Umiarkowana cena nie usprawiedliwia porażającej brzydoty takich gadżetów. Ponieważ jak ognia boję się dyrektorek tzw. placówek wychowawczych, przyznaję ze wstydem, że nigdy nie odważyłam się zaprotestować przeciwko takiemu marnotrawieniu funduszy Komitetu Rodzicielskiego. Zachęcam jednak inne, odważniejsze mamy do tego, aby upomniały się o jakość prezentów. Przy okazji zakupów dużej ilości zabawek można uzyskać od producentów bardzo znaczące rabaty, trzeba tylko zaangażować się w znalezienie ładnych upominków i ich zakup. 

Chałtura w przedszkolu
Niemal każde przedszkole zbiera od rodziców dobrowolne wpłaty na Komitet Rodzicielski, z których finansuje się między innymi widowiska dla dzieci. W przedszkolu moich dzieci produkowała się przez lata ta sama para domorosłych aktorów. Mniej więcej raz na miesiąc pan P. zakładał czerwony nos na gumce, pani P. – niebieską perukę z cynfolii i dawali show. Najpierw wiązanka humoru i satyry, potem zagadki. Pan P. udawał psa i fokę („powiedz nam, Justynko, jakie zwierzę mówi »hau«?”), a na koniec pani P. wkładała wtyczkę do wzmacniacza, po całym osiedlu niosły się dźwięki „Kaczuszek” i wszystkie przedszkolaki wężykiem ruszały w tany. 
Czas mija, repertuar się zmienia, teraz miejsce „Kaczuszek” zajął zespół Ich Troje, ale klimat tych produkcji pozostał – łatwo rozpoznawalny klimat chałtury. „To nic, że ból, to nic, że krew / to lęk – to sens – to głód – to seks!” – ryczą przedszkolaki z Michałem Wiśniewskim. Widowiska dla dzieci odbywają się bez udziału rodziców, decyzję o zatrudnieniu „artystów” podejmuje jednoosobowo dyrektor. Wziąwszy pod uwagę liczbę szkół i przedszkoli – jest to całkiem pokaźny rynek dla chałturników. 
Jak to się stało, że ich produkcje przybrały taki groteskowy kształt? Kiedy byłam mała, do naszego przedszkola przyjeżdżał teatrzyk kukiełkowy. Dwaj aktorzy odgrywali rolę Babci, Wilka, Gajowego i Czerwonego Kapturka. Lubiliśmy to. W podstawówce z kolei odbywały się poranki symfoniczne. Pamiętam, że bardzo nas śmieszyły galowe stroje muzyków w scenerii naszej obskurnej sali gimnastycznej. To także były chałtury, ale jakże inne od produkcji państwa P.! Okazuje się, że przymiotnik „tandetny” można stopniować. 
Widowiska szkolne są dla wielu dzieci jedyną dostępną formą obcowania z namiastką teatru, mogłyby rozbudzać teatralne lub muzyczne pasje... Tymczasem dyrektorzy przedszkoli i szkół żywią chałturników nie stawiając im żadnych wymagań i kompromitując wychowawczą, bądź co bądź, instytucję. 

Pies Pluto na Forum
Pisząc o tym podręczniku muszę co i raz powściągać temperament, bo zwyczajnie szlag mnie trafia. Rozmyślnie pomijam treść i dobór tekstów, bo ktoś mógłby mi zarzucić, że nie mam po temu kwalifikacji. Poprzestanę na ilustracjach.
Pierwszy obrazek ilustruje mit o powstaniu Rzymu. Pomarańczowy pies Pluto to nic innego jak Wilczyca Kapitolińska, a para gołych wrzeszczących bachorów to Romulus i Remus – założyciele Wiecznego Miasta. Ilustracja sąsiaduje ze zdjęciami Forum Romanum, więc nie ulega wątpliwości, że chodzi o ten sam starożytny Rzym, chociaż obecność psa Pluto sugerowałaby, że to raczej ojczyzna Kaczora Donalda. Proponuję ilustratora i redaktora tego podręcznika (!!!) oddać w ręce Rzymian. Już oni będą wiedzieli, co z nimi zrobić! 
Drugi obrazek umieszczono obok fragmentu „Kubusia Puchatka” – z czego wnoszę, że niedźwiedź grizzly jest Kubusiem, a wieprz w ogrodniczkach Prosiaczkiem... Słowo daję, to powinno być karane! Trzeba przyznać, że ilustrator wszystkich autorów potraktował sprawiedliwie, ozdabiając ich teksty – czy to Słowacki, czy Mickiewicz – z równą troską o estetykę. I dzieje się to w książce, która nosi nagłówek: „podręcznik do wychowania literacko-kulturowego”. 
Sprawa nie jest taka śmieszna, jak mogłoby się wydawać. Na początku roku szkolnego kupiłam mojej córce tę książkę (zgodnie z zaleceniem dyrektorki szkoły). Niebawem z innymi rodzicami zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia ze szkodliwym bublem edukacyjnym i poprosiliśmy, żeby zmieniono rekomendowany podręcznik na inny. Jednak dyrektorka zbyła nas, wskazując adnotację: „podręcznik dopuszczony do użytku szkolnego przez Ministra Oświaty i Wychowania”... 
Jak to się stało, że to, co widać gołym, nieuzbrojonym okiem, umknęło uwadze trzech doktorów habilitowanych recenzujących książkę? Ta straszliwa szmira edytorska funkcjonuje w szkołach od trzech lat! Już trzeci rocznik uczniów obcuje z urągającą wszelkim profesjonalnym standardom poronioną produkcją wydawniczą. I nie jest to wyjątek na rynku podręczników, że wspomnę inny przykład mega- czy hiperkiczu podręcznikowego: „Pierwszaki śpiewaki”.
Niedawna zapowiedź MEN-u o zaostrzeniu kryteriów dopuszczania do druku podręczników szkolnych wzbudziła gwałtowny sprzeciw wydawców. Gdybym nie znała zawstydzających przykładów z podręcznikowej oferty, pewnie przychyliłabym się do protestów w obronie wolnego rynku książki. Tymczasem nieskuteczny, jak widać, system recenzyjny, dodany do korupcyjnych „strategii marketingowych” firm wydawniczych, zaowocował na rynku podręczników tandetą usankcjonowaną przez MEN. Może więc rynek ten należy jakoś ucywilizować, nawet za cenę ograniczenia wolności konkurencji? Nikt nie oszacuje szkód, jakie już wyrządziły dzieciom podręczniki-koszmarki – skutek brutalnej naparzanki wydawców w bardzo intratnym biznesie. 


„Bambo”, tekst Julian Tuwim, il. Jakub Kuźma; „Zawody”, il. Alicja Kaczmarska; John Baellairs, „Luis Barnavelt – list, pierścień i czarodziejka”, „Luis Barnavelt i duch w lustrze”; Cliff McNish, „Tajemnica zaklęcia”; Anthony Horowitz, „Upiorna szkoła”.
Podręczniki: Maria Tomaszewska, „Pierwszaki Śpiewaki”; Jarosław Machnicki, Grzegorz Liebrecht, Jacek Wołowiec, „Moje otoczenie”; Ewa Boksa, Piotr Zbróg, „Przygoda z czytaniem”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 10 (2800), 9 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl