Dwugłos: katolicy wobec wojny w Iraku


Moralne podstawy interwencji 

Michael Novak



Powód, dla którego Stany Zjednoczone zmierzają do wojny z Saddamem Husajnem – chyba że wypełni on swe solenne zobowiązania wobec instytucji międzynarodowych lub odda władzę – nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek nową teorią „wojny prewencyjnej”. Przeciwnie: taka operacja byłaby zgodna z doktryną wojny sprawiedliwej. Interwencja w Iraku będzie pełnoprawnym dopełnieniem innej wojny – sprawiedliwiej i łatwo wygranej w lutym 1991 r. 


Tamta wojna w Zatoce została przerwana po to, aby określić warunki kapitulacji z niesprawiedliwym agresorem, Husajnem. Przy stole negocjacyjnym Organizacja Narodów Zjednoczonych uparcie twierdziła – uzależniając od tego pozostanie Husajna na stanowisku prezydenta Iraku – że dyktator musi się rozbroić, a dowody na to przekazać ONZ, rzetelnie rozliczając się ze wszystkich programów zbrojeniowych i arsenałów. Przede wszystkim nakazano mu zniszczyć zapasy gazu musztardowego, sarinu, botulinu, wąglika oraz innych środków chemicznych i biologicznych. Husajn miał też udowodnić, że pozbył się wszelkich materiałów i instalacji przydatnych do budowy bomby atomowej.
Przez następne 12 lat Bagdad, mimo ostrzeżeń, bezczelnie lekceważył wszystkie zobowiązania. Pod koniec 2002 r. Rada Bezpieczeństwa NZ ponownie nałożyła na Irak rezolucję, w której bezwzględnie domagała się, by Husajn dowiódł, że wywiązał się z wcześniejszych deklaracji – od czego, zgodnie z międzynarodowymi ustaleniami, zależało jego prawo do pozostania przy władzy. I znów: Husajn nie dostarczył żadnych dowodów. W istocie jego postępowanie wciąż obraża Radę Bezpieczeństwa. 

Nowa wojna powszechna
Tymczasem 11 września 2001 r. w nagły i okrutny sposób została wypowiedziana jeszcze jedna wojna, tym razem Stanom Zjednoczonym – i międzynarodowemu porządkowi cywilizowanego świata. Ten niepożądany i niespodziewany konflikt wyłonił się z nowego pojęcia strategicznego – „wojny asymetrycznej”, rzucając całkowicie nowe światło na zachowanie Saddama i stukrotnie zwiększając niebezpieczeństwo, które stanowi on dla cywilizowanego świata. 
Nim to dokładniej wyjaśnię, pozwolę sobie przypomnieć, że klasyczna katolicka doktryna o wojnie sprawiedliwej, sformułowana przez św. Augustyna i św. Tomasza, wytycza jasną drogę rozumowania dla władzy cywilnej, działającej w ramach swoich uprawnień, przy podejmowaniu decyzji, czy iść na wojnę, czy nie. Ponadto nowy Katechizm Kościoła Katolickiego pierwszorzędną odpowiedzialność w takich decyzjach przypisuje nie „odległym komentatorom”, ale samym rządom. 
Taki rozdział odpowiedzialności został dokonany z dwóch powodów. Po pierwsze, to władza cywilna ma konstytucyjny obowiązek ochrony życia i praw obywateli. Po drugie, zgodnie z zasadą pomocniczości, rządzący są kręgiem władzy, który jest najbliżej danej sprawy i – biorąc pod uwagę charakter wojny prowadzonej obecnie przez siatki terrorystyczne – jest wtajemniczony w najbardziej poufne dane wywiadowcze. Inni mają prawo i obowiązek wyrażenia zgodnych z ich sumieniem zastrzeżeń. Ale prawo do ostatecznej decyzji należy do władz cywilnych. 
Tym, co stanowiło nowość w teorii wojny sprawiedliwej w dwudziestym stuleciu, jest wspomniane pojęcie „wojny asymetrycznej”. Zostało ono ukute w wyniku działalności międzynarodowych grup terrorystycznych, które – choć zależne od cichej pomocy ze strony niektórych państw – nie ponoszą odpowiedzialności przed żadną władzą cywilną. Co więcej, komórki te, by pokazać niezdolność demokratycznie wybranych rządów do obrony obywateli, dokonują ataków na niewinnych cywili. Im bardziej krwawe są te zamachy, tym bardziej wstrząsają fundamentami prawomocnych rządów. 
Nowe udogodnienia technologiczne, edukacyjne i logistyczne, które umożliwiły prowadzenie „wojny asymetrycznej”, jak i samo to pojęcie, doprowadziły do powszechnego moralnego potępienia międzynarodowych grup terrorystycznych jako wrogów światowego porządku. Sam Watykan tuż po masakrach z 11 września 2001 r. wyraził takie potępienie.
Kiedy okazało się, że główna baza treningowa i centrum dowodzenia sprawców zamachów z 11 września cieszy się opieką rządu talibów w Afganistanie, moralne autorytety zgodnie uznały, że ograniczona i prowadzona w ostrożny sposób wojna, której celem byłoby doprowadzenie do zmiany reżimu w tym kraju, jest moralnie konieczna.
W ciągu następnych miesięcy służby wywiadowcze zdobyły informacje o planach kolejnych ataków na słynne obiekty w stolicach europejskich – Paryżu, Londynie i Watykanie. Późniejsze ataki na teatr w Moskwie, chrześcijańskie kościoły w Pakistanie i na zatłoczoną dyskotekę na indonezyjskiej wyspie Bali dowiodły, że groźba terroryzmu ma zasięg światowy.
Mimo to jezuickie pismo „Civiltŕ Cattolica” przekonywało ostatnio, że ewentualna wojna w Iraku będzie niesprawiedliwa i podsuwało tezę, iż Amerykanie kierują się przede wszystkim chęcią zawładnięcia tamtejszą ropą. Jednak Ameryka ma nieporównanie ważniejsze oraz słuszne powody, by rozpocząć operację nad Zatoką. 
Dla amerykańskiego interesu narodowego najważniejszy jest fakt, że 11 września, w chwili, której nie wybraliśmy i w sposób, którego nie chcieliśmy, wypowiedziano nam wojnę – w słowach i czynach. Ten agresor nie posiadał regularnej armii, której manewry ostrzegłyby przed atakiem. Przeciwnie, atak nastąpił nieoczekiwanie i uderzył w niewinne ofiary w ciepły, pogodny wrześniowy dzień. Broń, której użyto, nie była konwencjonalnym, militarnym uzbrojeniem, ale stanowiły ją amerykańskie samoloty pasażerskie z pełnymi bakami paliwa, potrzebnego do odbycia dalekiej podróży do Kalifornii. Obranie za cel drapaczy chmur sprawiło, że niczego nie podejrzewające ofiary były szczególnie bezbronne. Tradycyjne kryteria, jakich wypatrują teoretycy wojny sprawiedliwej, nie były obecne: nie było ani konwencjonalnych ruchów wojsk, ani widocznych oznak nadciągającego ataku, ani też władz wrogiego państwa. Tylko rozmiar strat był przerażający, taki jak w zwykłej wojnie. 
Było jasne, że rozpoczęto powszechną wojnę. Jej sprawcy nazwali ją międzynarodowym dżihadem, wymierzonym nie tylko w Stany Zjednoczone, ale cały Zachód, w rzeczywistości – w cały nie-islamski świat. Żaden liczący się autorytet moralny nie miał trudności z uznaniem, że wojna, która zapobiegnie temu nowemu typowi terroryzmu, jest nie tylko sprawiedliwa, ale też konieczna z moralnego punktu widzenia. 

Terroryzm i harmonia ładu
Dlaczego Irak pasuje do tej sytuacji? Z punktu widzenia władz, które muszą kalkulować ryzyko podjęcia lub zaniechania działań wobec reżimu Husajna, najistotniejsze są dwie kwestie. Po pierwsze, Saddam posiada odpowiednie środki, by spowodować ogromne zniszczenia w Paryżu, Londynie, Chicago lub w każdym innym mieście, jeśli tylko znajdzie tajnych agentów, którzy dostarczą do z góry określonych miejsc-celów małe ilości sarinu, botulinu, wąglika i innych śmiercionośnych trucizn. Po drugie, niezależne bojowe komórki terrorystyczne są już dostatecznie dobrze wyszkolone do wykonywania takich właśnie zadań, a nawet ogłaszają wszem i wobec, że ich intencją jest sianie takiej destrukcji – ochoczo i z radością. Między tymi dwoma zapalnymi elementami brakuje już tylko małej iskry.
Biorąc pod uwagę dowody użycia takich rodzajów broni przez Husajna oraz znając jego pogardę dla prawa międzynarodowego, tylko nierozsądny lub wręcz szalony polityk mógłby wierzyć, że te dwie wspomniane siły będą zawsze rozdzielone. W każdej chwili mogą się w tajemnicy spotkać, by zamordować dziesiątki tysięcy niewinnych i niczego nie podejrzewających obywateli.
Innymi słowy, w skali między 0 a 10 gdzieś już istnieje prawdopodobieństwo, że śmiercionośna broń Husajna wpadnie w wyciągnięte ręce Al-Kaidy. Rozsądni obserwatorzy mogą się spierać, czy takie ryzyko określić na tej skali jako 2, 4 czy 8. Ci, którzy uważają, że niebezpieczeństwo jest niewielkie i pozwolą dyktatorowi utrzymać władzę, będą dźwigać straszliwe brzemię odpowiedzialności, jeśli okaże się, że się mylili. Poza tym czym innym jest ocenianie skali ryzyka przez obserwatorów, a czym innym przez demokratyczne władze, odpowiedzialne za ochronę społeczeństwa przed niesprowokowanym atakiem. 
Oczywiście, ci, którzy wybierają dziś drogę wojny, poniosą odpowiedzialność za wszystkie gorzkie owoce takiej decyzji. Dylemat moralny w tym przypadku – jak w wielu dziedzinach, w których należy kierować się rozwagą – oznacza potrzebę odpowiedzialnej oceny ryzyka. Wymaga to także znajomości informacji od służb wywiadowczych, które kontrolują siatki terrorystyczne. 
Obecnie niektórzy twierdzą (wśród nich także ja), że zgodnie z katolicką doktryną wojny sprawiedliwej ograniczona i ostrożnie prowadzona wojna, której celem ma być zmiana reżimu w Iraku jest – jako ostateczna możliwość – moralnie konieczna. Gdyby zaniechano takiej wojny, oznaczałoby to nieroztropną wiarę w zdrowy rozsądek i dobrą wolę Husajna – nadzwyczaj okrutnego przywódcy-megalomana (tak powiedział o nim prezydent Egiptu, Hosni Mubarak), który od lat regularnie stosuje broń masowego zniszczenia, nawet przeciw własnym obywatelom. Jeśli Husajn podważyłby to zaufanie niespodziewanym atakiem bronią biologiczną na jakieś zachodnie miasto, uznanoby, że władze państw zachodnich w niewytłumaczalny sposób zignorowały jego poprzednie działania i uczyniły się zakładnikami jego moralnej rzetelności. 
Trzeba tu poświęcić słowo katolickiej doktrynie wojny sprawiedliwej, a szczególnie tym pytaniom, które rodzą się przy podejmowaniu decyzji o wojnie. Owe pytania w naturalny sposób poprzedzają kwestie taktyczne. Podstawą doktryny wojny sprawiedliwej jest katolickie rozumienie grzechu pierworodnego, opisane w tym kontekście przez św. Augustyna w XIX księdze dzieła „O Państwie Bożym”. Na tym świecie chrześcijanie zawsze będą musieli zmagać się ze złem tkwiącym w ludzkim ciele, które sieje podziały, destrukcję i zniszczenie. Sam Augustyn był świadkiem takiego zła, między innymi przerażającego splądrowania Rzymu w 410 r. Mimo to twierdził, że chrześcijan sprawujących władzę publiczną obowiązują prawa miłosierdzia i sprawiedliwości, nawet w czasie wojny. 
Augustyn określił pokój jako „harmonię porządku”, reprezentowaną przez dynamiczny, zmienny ład międzynarodowy, tworzony przez sprawiedliwe wspólnoty polityczne i oparty na prawie. Kiedy władze cywilne decydują się na obronę tego porządku przeciw niesprawiedliwym agresorom, należy do nich prawo do sprawiedliwego zakończenia konfliktu – może być to ich moralnym obowiązkiem, jeśli okoliczności nakazują powstrzymanie zła. 
Dziś nikt nie zaprzecza, że międzynarodowy terroryzm stanowi rozmyślną napaść na ład międzynarodowy. Powszechnie uznano, że władze cywilne mają obowiązek walki i pokonania terroryzmu. Nadrzędną powinnością władz w dobrze zarządzanych krajach demokratycznych jest ochrona życia i praw ich obywateli. Co więcej, rządy tych państw, które ponoszą bezpośrednią odpowiedzialność i które są najbliżej tej sprawy, mają tu moralny priorytet. Katechizm Kościoła Katolickiego – jak widzieliśmy – stwierdza to jednoznacznie. 

Jeszcze uchylone drzwi
Zatem pierwszym z powodów, dla których władze Stanów Zjednoczonych nalegały, aby ONZ zaczęła serio traktować sprawę Iraku, jest wojna niespodziewanie wypowiedziana Ameryce 11 września. Od początku wiadomo było, że 19 terrorystów, pochodzących z klasy średniej (w większości z Arabii Saudyjskiej), nie dokonało tego czynu samodzielnie. Mieli wsparcie krajów (przede wszystkim Afganistanu, ale też Jemenu, Iranu, Sudanu i innych), które wolały działać potajemnie, jak międzynarodowi banici. 
Tymczasem w Iraku Husajn przez 12 długich lat w skandaliczny sposób łamał warunki, na jakich ONZ zezwoliła mu na zachowanie władzy. W świecie, który stał się o wiele bardziej niebezpieczny po 11 września 2001 r., albo społeczność międzynarodowa wesprze ustanowiony porządek, albo wycofa się z istotnych uzgodnień międzynarodowych. 
Poza Irakiem wiele innych państw zobowiązano do rozbrojenia się i przekazania na to dowodów – np. RPA, Kazachstan i inne kraje byłego ZSRR. Wszystkie podporządkowały się tym wymogom – w pełni i otwarcie. Irak nie. 
To nie na społeczności międzynarodowej spoczywa ciężar dostarczenia dowodów na niesubordynację Iraku. Ten fakt przyjęto publicznie i na arenie międzynarodowej lata temu. To Husajn ma obowiązek – jeśli chce dalej pełnić swą funkcję – przekazać dowody, że się rozbroił. Tym obowiązkiem Husajn jak dotąd gardził, widocznie uznając, że społeczności międzynarodowej brakuje woli do wprowadzenia w życie swoich postanowień. 
Przez kilka lat wydawało się rozsądne (dla innych – haniebne), że nie należy zmuszać go do podporządkowania, ale po prostu trzeba go przeczekać. Jednakże rozwój Al-Kaidy i innych dobrze wyszkolonych międzynarodowych grup terrorystycznych zwiększa zagrożenie, wynikające z faktu łamania rezolucji ONZ przez Husajna. Wiadomo, że jest on zdolny do spowodowania śmierci gigantycznej liczby osób w wyniku sekretnego, nagłego ataku na główne miasta Zachodu przy pomocy małych ilości broni biologicznej i chemicznej. 
Mniej niż łyżeczka wąglika wsypana do listów wystarczyła, by tysiące urzędników w Waszyngtonie musiało przejść dokładne badania i rozpocząć profilaktyczną kurację na wypadek zarażenia, by budynek Senatu został zamknięty na wiele tygodni w celu odkażenia, wreszcie by dwóch urzędników poczty zmarło, a wielu innych zachorowało. 
Husajn nie rozliczył się z ponad 5 tysięcy litrów wąglika – 5 milionów łyżeczek! – które posiadał jeszcze kilka lat temu. Oprócz tego pozostają jeszcze tysiące litrów botulinu i innych rodzajów broni biologicznej, w tym gazu paraliżującego i sarinu, które według inspektorów ONZ znajdowały się w irackich arsenałach. 
W ostatnich tygodniach gazety opublikowały informacje europejskich agencji wywiadowczych o zaawansowanych przygotowaniach czeczeńskich i innych bojowników islamskich do ataków na europejskie miasta w razie wybuchu wojny w Iraku. Niezależnie od tego, czy dojdzie do wojny, te ukryte komórki są i pozostaną aktywne przez następne lata. Jest duże prawdopodobieństwo, że jedna lub więcej z nich zdobędą środki chemiczne lub biologiczne. Nigdzie nie będzie o to łatwiej niż w Iraku. 
Musimy przyjąć jako fakt, że tak długo jak Husajn nie dostarczy dowodów na zniszczenie tych środków, będą one czekały na terrorystów. Przez 12 lat iracki prezydent odmawiał przekazania takich dowodów, nawet mimo dotkliwych sankcji ekonomicznych. Wiara, że teraz je dostarczy, wykracza poza granice zdrowego rozsądku. Mimo to po raz kolejny uchylono drzwi i dano Husajnowi możliwość dowiedzenia, że pozbył się zakazanej broni. 
Miejmy nadzieję, że Saddam Husajn w końcu zdecyduje się przestrzegać zobowiązań z 1991 r. i że wreszcie spełni minimalne wymagania instytucji międzynarodowych. Jeśli tak się stanie, wojny nie będzie: polityka Stanów Zjednoczonych odniesie skutek bez uciekania się do niej.

Przełożył Mateusz Flak
współpraca: Barbara Makowska



MICHAEL NOVAK jest amerykańskim teologiem i politologiem, kierownikiem studiów socjologicznych i politologicznych w American Enterprise Institute w Waszyngtonie. Powyższy tekst jest skróconym zapisem referatu wygłoszonego w Rzymie; ukazał się 22 lutego 2003 r. w tygodniku „The Tablet” (www.thetablet.co.uk). Śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 10 (2800), 9 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl