„Wszystko albo nic” Mike’a Leigh


Bo kiedy jej ni ma...

Wojciech Kuczok



Nowy film Mike’a Leigh jest właściwie pełnometrażową współczesną adaptacją hymnu o miłości z I Listu do Koryntian – tyleż przemyślną, co wzruszającą w swej prostocie. 


Choć Leigh od pewnego czasu nieco przytępił ostrze publicystyczne swoich filmów, wciąż penetruje środowisko brytyjskiej biedoty, a w najlepszym razie dolnych rejonów klasy średniej. Jego bohaterowie nigdy nie płyną głównym nurtem systemu promującego geszefciarskie zacięcie jako najbardziej pożądaną cechę człowieczą. Elity geszefciarstwa izolują się na naszych oczach w nowobogackich kondominiach, których mury rosną wprost proporcjonalnie do różnic majątkowych. Stając przed furtą jednej z takich enklaw dobrobytu, pod wrogim spojrzeniem opłacanego ochroniarza, trudno doprawdy orzec, po której stronie tej bariery znajduje się prawdziwe getto – czy aby świat pretendujący do „średniej krajowej”, do czułej opieki św. Spokoju, nie jest właśnie gettem globalnym? 

Życie na blokowisku
Mike Leigh tak nam właśnie pokazuje pospolite brytyjskie blokowisko, w pełni brzydoty i beznadziei, jaką rozpoznać możemy za rogiem, czy to będzie Nowa Huta, Dąbrowa Górnicza, czy suburbia Londynu. W tym pejzażu ludzka pojedynczość wciąż beznadziejnie mnoży się przez jeden; drzwi w drzwi, balkon w balkon ludzie mają sobie do zaoferowania tylko samotność... Zajmują się ciułaniem dni, gonitwą za groszem koniecznym do opłacenia haraczu za życie, apatyczni i agresywni na przemian, sfrustrowani, przygniecieni garbem powszedniego marazmu. Zapomnieli już, że kiedyś pewnie chcieli kimś zostać – teraz niepostrzeżenie stają się nikim... 
Rodzina Bassetów, bohaterowie filmu „Wszystko albo nic”, nie stanowi pod tym względem wyjątku. To ciche, „popromienne” ofiary thatcheryzmu, wdzięczne losowi za to, że starcza im do pierwszego, ale też do szpiku kości wyprane z radości istnienia, żyjące wyłącznie siłą przyzwyczajenia. 
Penny Basset codziennie trenuje pokorę za kasą hipermarketu, jej córka robi to w domu starców z wiadrem i szmatą w ręku. Phil – głowa rodziny zdaje się uprawiać specyficzny rodzaj buntu przeciw rzeczywistości, wysypiając się każdego dnia do syta – prawda, że może sobie na to pozwolić jako taksówkarz, biorąc więcej kursów nocnych. Ale bierność jest zaraźliwa, więc Rory, syn Bassetów, postanowił najwyraźniej życie przeleżeć – odziedziczył po ojcu tuszę, tym łatwiej było mu popaść w chroniczną bezczynność. W pocie czoła robi a lot of nothing, jak dowcipnie kwituje jego egzystencję Phil. 
Bo też i Phil, przy pozorach ogólnej ociężałości, celuje w krytycznej autorefleksji. Wśród wszystkich „przygarbionych mentalnie” bohaterów on jeden zdobywa się na dramatyczny akt dochodzenia źródeł zarazy smutku, której pozwolili się obezwładnić. I właśnie Philowi każe reżyser nieść proste przesłanie: prawdziwy sens życia, dostępny niezależnie od pozycji społecznej, finansowej, idealnie demokratyczny, tkwi w miłości. Cytat ze świętego Pawła jest jedyną realną odpowiedzią na bałamutne hasła polityków usiłujących legitymizować etykę kapitalizmu: miast brać swój los w swoje ręce (co z wielu przyczyn jest niewykonalne), zajmijcie się waszą miłością. Tylko z nią można prawdziwie żyć, bez niej pozostaje życie przetrwać. Wszystko (miłość) albo nic... 
Takoż życie rodzinne bez miłosnego fundamentu próchnieje w grze pozorowanego szacunku. Leigh w nowym filmie obala mit małżeństwa opartego na pośrednich motywacjach, pokazuje wprost, że tam, gdzie nie staje uczucia, jest już tylko skrywany lub eksponowany resentyment. Phil czuje od dawna, co się dzieje, ale boi się tę myśl wypowiedzieć na głos; dopiero wstrząs, jakim dla wszystkich członków rodziny będzie zawał serca syna, pozwoli mu przemówić. W najbardziej poruszającej, ryzykownej w swej bezpośredniości scenie Phil będzie z płaczem domagał się od żony miłości – kochaj albo rzuć, bo w innym przypadku wspólne życie jest tylko dzieleniem udręki.

Rodzinne patologie
„Wszystko albo nic” to nie tylko moralitet w duchu listu do Koryntian. Leigh daje też próbkę znajomości psychopatologii życia rodzinnego. Patrząc na cierpiętniczą korność, z jaką Penny na co dzień znosi skrajne chamstwo syna, a potem na niemal histeryczną rozpacz wobec jego hospitalizacji, przypomniałem sobie cytat z najsłynniejszego polskiego korektora – „to już nie miłość, to już jest religia”... Tam, gdzie szybko dogasa uczucie małżeńskie, namiętność stosownie przefiltrowana lokuje się bez reszty w pasji macierzyńskiej, co rodzi patologiczną nadopiekuńczość, bezgraniczną tolerancję, neurotyczne oddanie dzieciom. Phil skamle więc o miłość niewcześnie, skoro przez lata godził się na nieograniczony immunitet synowski, oddając pola z podkulonym ogonem... 
Tak czy inaczej, Bassetowie mają nieporównanie większe szanse na przywrócenie właściwych proporcji w swojej komórce społecznej niż ich sąsiedzi. Ron, przyjaciel Phila, prędzej wspomoże swoją żonę w alkoholowej demencji niż raczy zwrócić uwagę na obecność przedwcześnie dorosłej córki. Maureen, przyjaciółka Penny, jest bezradna wobec dramatu swojej córki, w drugim miesiącu ciąży porzuconej przez zbydlonego chłopaka – sama Maureen znała jej ojca pięć minut... 
Nawet postaci epizodyczne krzywią się na myśl o doświadczeniach rodzinnych – podstarzały sprzątacz w domu opieki społecznej półgębkiem wspomina swoje małżeństwo z charakterystyczną kondensacją: „Też miałem kiedyś żonę... Cztery miesiące... Suka...” – to wszystko. Leigh prowadzi wątki drugiego planu równolegle, by nagle je porzucić na rzecz przesilenia rodzinnego Bassetów, jakby uznał, że jego rozwiązanie ma niejako stanowić model dla pozostałych postaci. 
Trudno mi się z tą asymetrią pogodzić, tym bardziej, że wśród drugorzędnych ról znajdujemy perły aktorstwa filmowego. To znak firmowy kina Mike’a Leigh: oglądając po raz pierwszy na ekranie twarze Ruth Sheen czy Timothy Spalla, gotów bym przysiąc, że to wyjątkowo zdolni naturszczycy, tymczasem okazuje się, że mamy do czynienia z wybitnymi postaciami scen brytyjskich. To efekt nie tylko reżyserskiego upodobania do specyficznie proletariackiej powierzchowności, ale i wielomiesięcznej pracy z każdym z aktorów, poprzedzającej realizację, jak również... powstanie scenariusza. A ten jak zwykle u brytyjskiego twórcy napisany został w lwiej części skrajnie wulgarnym, bezkompromisowym w swej autentyczności, żywym żargonem londyńskiej ulicy – Leigh robiąc prawdziwe kino społeczne nie mógłby sobie pozwolić na utratę językowej czujności. „Wszystko albo nic” opowiedziane sztucznie wypieszczonym językiem telewizyjnych popołudniówek, zmontowane w „zerowym stylu” z dominacją zasady ujęcie – przeciwujęcie, mogłoby się niespodzianie okazać pilotowym odcinkiem jeszcze jednej telenoweli o „zwykłych ludziach”. Ale właśnie na braku cudzysłowu autor „Nagich” wygrywa od lat swoje kino... 

Przed kilku laty Gary Oldman nakręcił „Nic doustnie”: film o rozpaczliwej miłości ludzi wzajemnie poharatanych, o tym, jak głęboko można się ranić jednocześnie kochając, jak wiele ran zasklepia spoiwo rodzinnego przebaczenia – a wszystko to w analogicznej scenerii miejskich slumsów. Leigh opisuje alternatywny koszmar – Bassetowie apatycznie snują się przez codzienność, nieświadomi nawet tego, że są poranieni samą nieobecnością uczucia. Trudno orzec, czy je odnajdą; ważne, że w finale uzmysłowią sobie wspólnie, co postradali... 


„WSZYSTKO ALBO NIC” („ALL OR NOTHING”). Scen. i reż.: Mike Leigh, zdj.: Dick Pope. Wielka Brytania – Francja 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 10 (2800), 9 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl