Kalkulacja, nie konieczność

Krzysztof Kozłowski



Koalicja rządowa SLD-UP-PSL rozpadła się już półtora roku po jej powstaniu. Rozpadła się, choć opozycja była słaba i niezdolna do obalenia rządu. Przyczyną powstania mniejszościowego rządu Leszka Millera było zatem to, co dzieje się wewnątrz samych partii, tworzących dotąd ten układ. 


Polskie Stronnictwo Ludowe nigdy nie ukrywało, że zamierza pozostać w koalicji z Sojuszem Lewicy Demokratycznej tylko tak długo, jak długo będzie mu się to opłacać. A zatem wszystko w stosunkach z SLD było przedmiotem przetargu: coś za coś. Na ogół chodziło o nowe stanowiska dla ludow-ców albo o załatwienie spraw dotyczących wąsko postrzeganego elektoratu klasowego (wiejskiego) bądź grup interesów związanych z PSL. 
Tak było i tym razem: za poparcie dla SLD-owskiej ustawy o winietach drogowych żądano przeforsowania PSL-owskiej ustawy o biopaliwach (a chodzi w tym przypadku o naprawdę wielkie pieniądze) oraz co najmniej dwóch nowych stanowisk wiceministrów dla polityków z PSL. Ludowcy liczyli, że SLD jest w kiepskiej kondycji, a więc i tym razem im ustąpi, a oni z kolei na demonstracyjne rozstanie się z Sojuszem będą mieć jeszcze dość czasu przed wyborami parlamentarnymi. No i się przeliczyli: kierownictwo SLD wykorzystało sytuację do pozbycia się koalicjanta. 
Pozbyło się – bo tak naprawdę nie chodziło o żadne nieszczęsne winiety, ale o kalkulację: lepiej wyrzucić z rządu PSL i zwalić na niego winę za wszystko, co złe, niż zmieniać za chwilę cały rząd, z premierem włącznie. Z punktu widzenia Leszka Millera, szefa rządu i zarazem przewodniczącego SLD, oczywiście lepiej jest dziś pozbyć się ludowców i zmusić własną partię w okresie przed zapowiedzianym na czerwiec referendum unijnym do konsolidacji – oraz do skupienia się, siłą rzeczy, wokół osoby Leszka Millera, który przy okazji rozda najwierniejszym swoim ludziom niemało opróżnionych przez ludowców posad. Sojuszowi pozwoli to przetrwać przynajmniej do referendum. Dopiero w drugiej połowie roku SLD będzie musiał poważnie zastanowić się, na przykład nad zmianą premiera, co znowu da mu kilka miesięcy oddechu, ewentualnych nowych sojuszników oraz, być może, poprawi jego notowania w sondażach. 
Ale zużyty, mniejszościowy już rząd Millera tak czy inaczej nie przebrnie przez głosowanie nad budżetem państwa na rok 2004. A to oznacza przyspieszone – w złym dla SLD momencie – i najprawdopodobniej przegrane wybory. Mając więc w perspektywie co najwyżej tylko rok sprawowania władzy, Sojusz będzie zmuszony wybrać najkorzystniejszy dla siebie moment przedterminowych wyborów – i uratować, ile się tylko da, ze swego stanu posiadania. Obecne 28 proc. poparcia wśród wyborców – to wciąż jeszcze całkiem dużo, choć zarazem to o ok. 10 proc. mniej niż kilkanaście tygodni temu, nim wybuchła afera Rywina. Tymczasem napięcia społeczne w Polsce rosną, a jakby tego było mało, także sprawa Rywina – o ile Sojuszowi nie uda się jej „wyhamować” (mówiąc „po rywinowemu”) na poziomie osoby prezesa telewizji Roberta Kwiatkowskiego – może jeszcze boleśnie ugodzić nawet w premiera. Co zapewne ucieszyłoby nie tylko opozycję, ale także część aparatu SLD.
Doraźnie Millerowi nie pozostawało więc nic innego, jak skorzystać z okazji i porzucić zbędny balast, którym stało się Polskie Stronnictwo Ludowe, bardziej chyba drażniące dziś rolników, niż zdolne do „spacyfikowania” nastrojów na wsi. Z drugiej strony, jest to dla SLD zarazem szansa na osłabienie i rozmycie znaczenia sejmowej komisji śledczej, mającej wyjaśnić kulisy afery Rywina. Że próby takiego osłabienia komisji ze strony SLD już mają miejsce, dowodzi choćby wycofanie (się?) z niej Ryszarda Kalisza, prominentnego posła Sojuszu, prawnika z wieloletnim doświadczeniem, także politycznym (jako ministra w Kancelarii Prezydenta). 
Jego 29-letnia następczyni – ekonomistka, z doświadczeniem menadżerskim przy produkcji krawatów i leków oraz politycznym jako szefowa SLD w Pabianicach, patronująca tam akcji rozdawania na ulicach prezerwatyw przez partyjną młodzieżówkę – zaczęła już w minioną sobotę, podczas przesłuchania wiceszefa Agory Piotra Niemczyckiego, sprawnie i bez zwłoki od zwekslowania dociekań komisji na kwestię ciągów komunikacyjnych oraz sanitariatów w budynku Agory i „Gazety Wyborczej”...
Nie zmienia to faktu, że rząd mniejszościowy Millera znalazł się na równi pochyłej – i nawet ewentualna łapanka pojedynczych posłów z innych ugrupowań na dłuższą metę nic nie da. 
Ale czy przedterminowe wybory są w stanie dać Polsce Sejm i rząd z prawdziwego zdarzenia?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 10 (2800), 9 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl