Komentarze

 


Patrycja Bukalska Václav (zawsze) drugi

Wojciech Pięciak Przymierza stare i nowe

Krzysztof Burnetko P.o. trzymają się mocno







  
Václav (zawsze) drugi

Trzecie już podejście czeskiego parlamentu do wyboru prezydenta nieoczeki-
wanie przyniosło rezultat: nową głową państwa będzie były premier i honorowy przewodniczący Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS) Václav Klaus. To jego wielki tryumf. Po pierwsze dlatego, że po czerwcowej wyborczej porażce swojej partii został już przez wielu skazany na ciche polityczne dogorywanie, a tu wrócił do gry w wielkim stylu. Po drugie, z satysfakcją zajmie miejsce swego odwiecznego wroga Václava Havla. 
A jeszcze tydzień temu większe szanse na zwycięstwo dawano konkurentowi Klausa, kandydatowi rządzącej w Czechach koalicji Janowi Sokolowi – byłemu dysydentowi, sygnatariuszowi Karty 77 i filozofowi. Gdyby Sokol istotnie wprowadził się na Hrad, czeska bajka o dobrotliwym „ filozofie na tronie” trwałaby nadal, a o Havlovskich ideałach pamiętano by może dłużej. Nieco oderwany od twardej politycznej rzeczywistości, Sokol nie znalazł uznania wśród parlamentarzystów. Znalazł je natomiast wytrawny i zręczny polityk Klaus. Głosowali na niego nie tylko jego właśni posłowie, ale również część posłów koalicji rządzącej a przede wszystkim komuniści. To ich głosy najpewniej (głosowanie było tajne) zadecydowały o jego zwycięstwie. Z prawicowym, dotąd demonstracyjnie antykomunistycznym Klausem, łączą ich nacjonalizm i antyzachodnia, przede wszystkim antyniemiecka, retoryka. Podobne mają też poglądy na Unię Europejską. Najbardziej jednak Klausowi pomogło to, że jego konkurentem był katolik (który co gorsza uznał kiedyś wypędzenie Niemców sudeckich za rzecz haniebną) – bo przecież czeski nacjonalizm utożsamia niemal katolicyzm z germańskością. 
Cała ta ideologia może się jednak już wkrótce okazać tylko opakowaniem znacznie konkretniejszej umowy. Komuniści mają dość wieloletniej izolacji politycznej. Tymczasem to właśnie prezydent ma w Czechach wielki wpływ na obsadę stanowisk w Trybunale Konstytucyjnym i Czeskim Banku Narodowym, nie mówiąc o placówkach dyplomatycznych. Czescy komuniści, bojkotowani przez wiele lat przez Havla, teraz mają więc pięć minut.
Kiedy komuniści będą sycić się łupem, po Hradzie będzie przechadzał się nowy prezydent. Z dwóch Václavów od lat toczących w Czechach walkę o rząd dusz na placu boju pozostał tylko on – Václav Klaus. Ciekawe jednak, że w ostatnich miesiącach rezygnuje on z kontrowersyjnych wypowiedzi, wyraźnie nie chcąc zniechęcać do siebie żadnej grupy społecznej. Wygląda, że chce zostać prezydentem wszystkich Czechów, a że wie, co ludzie chcą usłyszeć i potrafi to powiedzieć, może mu się udać. Pierwszym i najważniejszym testem będzie sposób, w jaki potraktuje pamięć swego poprzednika: czy oszczędzi sobie słodkiej zemsty za 13 lat kiedy to Havel był pierwszy, a on co najwyżej drugi? 

 Patrycja Bukalska

 





Przymierza stare i nowe

Wdrugiej części filmu „Władca pierścieni” Theoden, władca Rohanu i rycerz 
Aragorn stają na murze ostatniej twierdzy Królestwa Rohanu. „Jesteśmy sami, nasze sojusze wygasły, stary świat odchodzi” – mówi Theoden, patrząc na garść swych wojowników szykujących się do ostatniej bitwy z niosącą zagładę armią czarodzieja Sarumana. Nie, to analogia nieprawdziwa. Przecież sojusze nie wygasły, nawet jeśli – patrząc na międzynarodową krzątaninę wokół Saddama Husajna – trudno oprzeć się odczuciu przemijalności: zmienia się coś, co miało być niezmienne. 
Co się zmienia? Choć stare sojusze są aktualne, rysują się nowe. Jest więc „obóz walki o pokój”, którego trzon to Niemcy, Francja, Rosja i Chiny; wszyscy (w tym trzej stali członkowie Rady Bezpieczeństwa NZ) grożą wetem do kolejnej rezolucji w sprawie Iraku, o którą zabiegają USA i Wielka Brytania. Zatem Berlin i Paryż walczą o pokój, ramię w ramię z Putinem, który ma na sumieniu tysiące czeczeńskich kobiet i dzieci; z Chinami, bezlitosnymi wobec wszelkiego oporu (Tybetańczycy, opozycja, Falun Gong) oraz z Syrią i Libią. Nawet jeśli sojusz jest doraźny, znajomo dla polskiej pamięci wygląda to „Trójprzymierze” (raczej: „(nie-)święte przymierze”) Rosji, Niemiec i Francji. I my – pośrodku. Ale my też jesteśmy w sojuszu, przez (niektórych) Francuzów i Niemców zwanym „obozem wasalów” – dziewiętnastu krajów europejskich solidaryzujących się z USA. To sygnatariusze „listu dziewięciu” (8 premierów i prezydent Havel) oraz ci, co dołączyli później: państwa tzw. Grupy Wileńskiej. Nieprzypadkowo większość z tych 19 krajów ma za sobą doświadczenie totalitaryzmu: na spory wokół Husajna patrzą z innej perspektywy niż Chirac i Schröder.
Na ile trwałe okażą się nowe alianse i jakie będą ich skutki, bo że jakieś będą, nie ulega wątpliwości, i to pewnie poważniejsze niż (niezbyt dziś szczęśliwa) idea przenoszenia baz amerykańskich z Niemiec do Polski? Tego nie wie nikt. Wiadomo jedno: w interesie Polski jest zarówno utrzymanie ścisłych związków Europy z USA, jak też sprawne funkcjonowanie Unii Europejskiej.

Wojciech Pięciak






P.o. trzymają się mocno

Wgrudniu ub. r. Trybunał Konstytucyjny uznał, że art. 144a ustawy o służbie 
cywilnej narusza ustawę zasadniczą. Ten uchwalony w końcu 2001 r. przepis pozwalał obsadzać kluczowe stanowiska w administracji państwowej osobami spoza służby cywilnej, z pominięciem procedury konkursowej. Korzystając z tej furtki rząd Leszka Millera wprowadził do administracji ponad 600 swoich ludzi jako p.o. dyrektorów generalnych ministerstw, urzędów centralnych i wojewódzkich oraz dyrektorów departamentów i wydziałów (na ok. 1500 takie stanowiska).
Od werdyktu Trybunału minęły dwa miesiące, ale – jak informuje „Rzeczpospolita” – na wysokich stanowiskach urzędniczych wciąż tkwi 13 p.o. dyrektorów powołanych w niekonstytucyjnym sposób. Chodzi przy tym o tak ważne urzędy, jak Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji czy Urząd Zamówień Publicznych. P.o. dyrektorzy funkcjonują też w resortach zdrowia i kultury, Urzędzie Regulacji Energetyki oraz w 8 urzędach wojewódzkich. Okazuje się, że niektórzy p.o. dyrektorów urzędują nawet ponad pół roku – choć art. 144a przewidywał, że funkcję objętą na jego podstawie można pełnić najwyżej 6 miesięcy. Więcej: z urzędów tych do Urzędu Służby Cywilnej nie nadeszły wciąż wymogi wobec ewentualnych kandydatów na dyrektorów, a dopiero po ich otrzymaniu można rozpocząć konkursy. 
Administrację III RP – wciąż po części tylko kierującą się zasadami służby cywilnej – czekają teraz pewnie kolejne fluktuacje: z rządu Millera wyszło PSL.

Krzysztof Burnetko

 











Nr 10 (2800), 9 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl