Teologia Radia Maryja


Miłość i wojowniczość

Sebastian Duda



Wydawałoby się, że treściom religijnym przekazywanym przez Radio Maryja nie sposób niczego zarzucić. Jak można krytykować transmisje Mszy, modlitwy, nabożeństwa czy katechizację? Zarówno biskupi, jak i publicyści piszący o radiu zakładają, że między przekazem religijnym i polityczną retoryką nie ma wyraźnego związku. A jednak za modlitewną żarliwością toruńskiej rozgłośni ukrywa się wizja teologiczna w wielu punktach odchodząca od nauczania Kościoła.


Ks. prymas Glemp powiedział swego czasu, że „Ewangelia na falach tego Radia roznosi się po świecie, co jest radością całego Kościoła”. Tej opinii wtórują głosy innych biskupów – także tych, którym nie odpowiada społeczno-polityczna linia rozgłośni o. Rydzyka. Członkowie Episkopatu mówili wielokrotnie o instrumentalizacji papieskich wypowiedzi w audycjach Radia Maryja i o dokonywanej przez nie swoistej interpretacji nauczania Kościoła. Często padają także zarzuty o antysemityzm czy ksenofobię, a ostatnio też o niejasności związane z finansowaniem radiostacji. Krytyka religijności Radia odwołuje się natomiast do popularnych, socjologicznych klisz „Kościoła oblężonej twierdzy” lub katolicyzmu „ludowego” czy „zamkniętego”. Trudno dostrzec za nimi pewien typ religijnego doświadczenia, nie tylko odznaczającego się wielką zewnętrzną żarliwością, ale opartego na kontrowersyjnych przesłankach teologicznych.

Męczennicy i prześladowcy
„Czy mówienie dziś o prześladowaniu Kościoła jest bluźnierstwem?” – pyta Stanisław Krajski w książce „Radio Maryja – droga do źródła prowadzi pod prąd” (Warszawa 1998). Krajski jest głównym ideologiem społecznym toruńskiej rozgłośni, nietrudno jednak dostrzec jego ambicje teologiczne. Uprawia teologię z zapałem, często powołując się – nader ogólnie, co prawda – na Świętych Doktorów i na Magisterium. Z dumą mówi o sobie, że reprezentuje Kościół „tradycyjny”. Dla Krajskiego ten właśnie Kościół jest w Polsce ostatnią ostoją chrześcijaństwa autentycznego i gorącego. Jeśli można się pokusić o wskazanie głównego wątku jego teologicznych refleksji, z całą pewnością będzie to temat prześladowania.
Na pierwszy rzut oka rozumowanie jest proste. Prześladowani byli pierwsi chrześcijanie. Prześladowany był Kościół polski w czasach zaborów, w czasach okupacji i w PRL-u. Prześladowany musi być zatem także Kościół dzisiaj. Jest to pierwsze i najważniejsze datum teologii Radia. W nim mieści się bowiem istota chrześcijańskiego powołania – chrześcijanin nieprześladowany nie może złożyć odpowiedniego świadectwa, a do dawania świadectwa został przecież wezwany.
O. Tadeusz Rydzyk i Stanisław Krajski nie kwestionują oczywiście tego, że ani w III RP, ani w Unii Europejskiej nie morduje się chrześcijan za to, że są chrześcijanami. Nie znaczy to jednak wcale, że prześladowania nie ma. Ono jest, tyle że zmieniło swoją postać – słyszymy z Radia. „Dzisiejsi prześladowcy Kościoła – powiada Krajski – wyciągnęli z tamtych (tzn. dawniejszych – SD) doświadczeń lekcję. Nie atakują Kościoła i chrześcijan fizycznie. Ich prześladowanie występuje w porządku moralnym i duchowym, w porządku świadomości i w porządku psychicznym. To w tych porządkach zaszczuwa się chrześcijan i morduje, niszczy się duchowo i moralnie, demoralizuje”.
W ustawicznych prześladowaniach chrześcijanin ma jednak szansę potwierdzenia swojej tożsamości. Może zostać męczennikiem za wiarę – nawet tu, w Polsce. Różne są w końcu rodzaje męczeństwa. Nie trzeba być od razu rozszarpanym na arenie przez dzikie zwierzęta, wystarczy dać świadectwo przed obliczem prześladowcy (bo aby dać świadectwo, jakiś prześladowca jest koniecznie potrzebny). Ojciec Rydzyk w przeprowadzonym przez Krajskiego wywiadzie-rzece („Tak-tak, nie-nie”, Warszawa 2002) stwierdza, że „to nie jest wyraz tylko odwagi, ale wyraz umiłowania prawdy i miłości. Trzeba wówczas być również gotowym na męczeństwo. Bo męczeństwo to jest skutek odpowiedzi zła na to, że mu się przeciwstawiamy”.
Wedle takiej koncepcji niemożliwe jest budowanie autentycznie chrześcijańskiej wiary bez jednoznacznego wskazania wroga, któremu trzeba wydać wojnę. Oczywiście, za wroga należy się modlić i dążyć do jego nawrócenia. Ale nie należy szukać z nim pojednania, gdyż w przebiegłości swojej gotów jest on wykorzystać wszelkie środki, aby „prawdziwych” chrześcijan odwieść od Kościoła. Nawet jeśli część jego racji wydaje się słuszna, a życiowa postawa nie budzi większych zastrzeżeń natury moralnej, nie można za nim podążać. Nie można bowiem zacierać fundamentalnego podziału między chrześcijanami i ich prześladowcami. I trzeba pamiętać, że wyznawcy Kościoła mają być znakiem sprzeciwu.

Dwie wizje chrześcijaństwa
Czy takie rozumienie chrześcijaństwa znajduje potwierdzenie we współczesnej nauce Kościoła? Temat prześladowania i męczeństwa jest przecież obecny w dokumentach Vaticanum II i w tekstach Jana Pawła II. Redaktorzy toruńskiej rozgłośni mogą więc myśleć, że pozostają w zgodzie z wytycznymi Magisterium. Czy tak jest w istocie?
W soborowej konstytucji „Gaudium et spes” znajdujemy znamienny passus: „Pragnienie takiego dialogu, który kierowałby się jedynie miłością ku prawdzie, naturalnie przy zachowaniu odpowiedniej rozwagi, z naszej strony nie wyklucza nikogo, ani tych, którzy rozwijają wspaniałe dobra ducha ludzkiego, ale jeszcze nie uznają jego Twórcy, ani tych, którzy przeciwni są Kościołowi i w różny sposób go prześladują. Ponieważ Bóg Ojciec jest początkiem i końcem wszystkiego, wszyscy jesteśmy powołani, aby być braćmi. Dlatego też, wezwani tym samym powołaniem ludzkim i Boskim, możemy i powinniśmy w prawdziwym pokoju wspólnie pracować nad zbudowaniem świata bez przemocy i bez podstępu” („Gaudium et spes”, 92).
Ojcowie Soboru byli zatem świadomi, że są ludzie Kościołowi przeciwni, również tacy, którzy posuwają się do jego prześladowań. Odpowiedzią chrześcijan nie powinna być jednak walka, lecz roztropny i odważny dialog, z którego nie należy nikogo wyłączać. Chrześcijańskie powołanie jest w pierwszym rzędzie powołaniem do powszechnego braterstwa, także z inaczej myślącymi, a nawet z prześladowcami. Gotowość do dialogu staje się podstawowym probierzem chrześcijańskiej tożsamości. Bez takiej gotowości trudno sobie wyobrazić autentycznie chrześcijańskie doświadczenie. To, że dialogowi powinna towarzyszyć rozwaga, nie oznacza wcale, że chrześcijanin powinien z dialogu rezygnować. Postawa chrześcijańska przejawia się bowiem w budowaniu mostów, a nie w wypowiadaniu wojen. Szukanie wspólnego powołania po to, by dać świadectwo wyznawanemu chrześcijaństwu, i szukanie wroga, aby możliwa była obrona „prawdziwej” i „tradycyjnej” tożsamości to działania, których pogodzić się nie da.
Z drugiej strony przyznać trzeba, że otwartość na dialog istotnie nie wyklucza gotowości do męczeństwa. Ojcowie Soboru potwierdzają to wyraźnie: „Ponieważ Jezus, Syn Boży, okazał swoją miłość, oddając za nas życie, nikt nie ma większej miłości od tego, kto swoje życie oddaje za Niego i za swych braci (por. 1J 3, 16; J15, 13). Do dania więc tego najwyższego świadectwa miłości wobec wszystkich, zwłaszcza wobec prześladowców, niektórzy chrześcijanie zostali powołani już od samego początku i zawsze będą powoływani. Męczeństwo, przez które uczeń upodabnia się do Mistrza przyjmującego z własnej woli śmierć dla zbawienia świata i naśladuje Go w przelaniu krwi, Kościół uważa za szczególny (podkr. SD) dar i najwyższą próbę miłości. A chociaż dane jest to nielicznym, wszyscy jednak powinni być gotowi wyznawać Chrystusa wobec ludzi i iść za Nim drogą krzyża wśród prześladowań, których nigdy nie brakuje Kościołowi.” („Lumen gentium”, 42).
Czy tekst ten może służyć za ilustrację teologicznych tez prezentowanych na falach toruńskiej rozgłośni? Tylko pozornie. Wedle nauki Soboru męczeństwo jest darem szczególnym – przeznaczonym jedynie dla nielicznych, którzy przechodząc przez tę najwyższą próbę miłości stają się przykładem dla wszystkich wierzących. Jak naucza Jan Paweł II, „cały Kościół jest głęboko wdzięczny za ten przykład i za ten dar: w osobach owych synów i córek znajduje on motywy do nowego zrywu w życiu świętym i apostolskim” („Christifideles laici”, 39). Gotowość na męczeństwo u chrześcijan powinna być zatem sprzężona z dążeniem do świętości życia i z gorliwością świadczenia o Chrystusie wobec ludzi. Czyż jednak owo apostolskie świadectwo nie jest powiązane z otwartością na dialog, której wartość podnoszą ojcowie Soboru w konstytucji „Gaudium et spes”?
Podstawowym zadaniem Kościoła jest nie bezwzględne potępianie prześladowców, lecz głoszenie Chrystusa wszystkim ludziom. Wszystkim, a więc i tym, którzy mienią się być przeciwnikami Boga i Kościoła. Gotowość na męczeństwo oznacza przede wszystkim zdolność do takiego apostolskiego świadectwa, nawet jeśli miałoby się ono wiązać z cierpieniem. Nie oznacza natomiast chorobliwego poszukiwania okazji do męczeństwa, które ujawnia się w nieustannym demaskowaniu rzeczywistych czy domniemanych wrogów i pociąga za sobą wezwania do walki z prześladowcami oraz obrony wiecznie zagrożonych pozycji.

Atak pogan
Któż jest dziś wrogiem i prześladowcą „prawdziwych” chrześcijan? Radio ma prostą odpowiedź: minęły wieki, zmieniły się historyczne uwarunkowania, ale najważniejszymi przeciwnikami Kościoła pozostają poganie. Mniejsza o to, że – jak przyznają w Toruniu – w pewnym momencie instytucjonalne pogaństwo zniknęło. Dziś się odradza i „prawdziwi” chrześcijanie znowu muszą przeciw niemu wystąpić.
Kim są nowi poganie? Najłatwiej zaliczyć do tej kategorii tych, którzy wiodą rozwiązłe i niemoralne życie, bo przemiany obyczajowe to pierwszy i główny znak powrotu pogaństwa. Nie może być inaczej, skoro, jak sobie przypomina w wywiadzie-rzece o. Rydzyk, „kiedyś jeden z mistrzów Wielkiego Wschodu (chodzi o masonów – SD) powiedział: My Kościoła nie zniszczymy siłą argumentów. My zniszczymy go psuciem obyczajów”. Jak wynika z audycji Radia Maryja, do listy tych, którzy poddali się ogólnej rozwiązłości, trzeba by dopisać (oprócz masonów) także ateistów, liberałów, agnostyków i komunistów.
Ale pogaństwo panoszy się także w łonie samego Kościoła, zacierając podział między chrześcijanami „prawdziwymi” a dezerterami i defetystami, propagującymi Kościół „otwarty” (czyli – według Radia – Kościół słaby, niepewny, idący na zgubny kompromis ze światem). Taki Kościół jest wedle radiomaryjnej teologii wspólnotą pozbawioną tożsamości, opierającą się na chrześcijaństwie naiwnym, niezdolnym do złożenia męczeńskiego świadectwa. Należy nań zwracać baczną uwagę. „Ja kocham Chrystusa – przyznaje ojciec Rydzyk – i dlatego będę ze wszystkich sił bronić Kościoła. Gdyby do Kościoła wchodziły jakieś konie trojańskie, to też trzeba to zauważyć. (...) Ja nie mówię, że ja tych ludzi nie kocham. Ale widzę wyraźnie, jakie owoce przynoszą”.
Wizji Kościoła słabego i „otwartego” trzeba przeciwstawić Kościół „tradycyjny”. Taki Kościół, budowany w opozycji do pogańskich zakusów i „otwartystycznych” umizgów, tworzą wierni redaktorzy, prelegenci i słuchacze Radia Maryja. Zaangażowaniem i modlitwą potwierdzają oni autentyczność wyznawanego przez nich chrześcijaństwa. Wszyscy inni pozostają w orbicie oddziaływań nowego pogaństwa i skazani są na duchowe unicestwienie. Pierwszym znakiem ich klęski jest strach przed chrześcijaństwem głoszonym na falach toruńskiego radia. Pisze Krajski: „Tego się boją poganie. To powoduje, że mają koszmarne sny, że budzą się po nocach z krzykiem, zlani potem. Poganie boją się autentycznego chrześcijaństwa jak dżumy. Ono bowiem i tylko ono, potrafi ich »zabić«, spowodować, by przestali czuć się bogami, by wkroczyli na drogę swojego człowieczeństwa, znaleźli się w objęciach Chrystusa”.
Ratunek jest jeden – walka. Dlatego w Radiu rzadko głosi się, co dosłownie przyznaje Krajski, „słodkawo-mdławą ewangelię miłości i miłosierdzia”. Częściej pojawia się obraz Jezusa wyrzucającego przekupniów ze świątyni. Powiada ojciec Rydzyk, że „Chrystus bardzo jasno stawiał sprawę. Przyjmował jawnogrzesznice, przyjmował ludzi słabych, którzy uznawali swój grzech, którzy nie kombinowali, którzy żyli w prawdzie. Były więc miłość i prawda. Ale Chrystus jednocześnie, jeśli widział tę obłudę, zakłamanie, to nazywał je po imieniu. (...) Brał bicz i przepędzał”.
Przeciwstawienie chrześcijan i pogan ma w historii Kościoła długą tradycję. Łacińskie słowo paganus początkowo oznaczało m.in. obywatela nie będącego żołnierzem. W IV wieku, gdy chrześcijaństwo zaczęło triumfować w cesarstwie rzymskim, słowem tym określać zaczęto niechrześcijan. Wedle ówczesnych wyobrażeń chrześcijanin miał być bowiem „żołnierzem Chrystusa” – miles Christi. Tych, którzy takimi „żołnierzami” się nie stali, określano mianem „pogan”, choć zrazu nie było to zawsze tak deprecjonujące określenie, jak w późniejszych okresach historii Kościoła. W ten sposób jednak pojęcie wojowania z wrogim pogaństwem (militia) weszło na stałe do chrześcijańskiego słownika. W XX wieku przywołał je ponownie święty Maksymilian Kolbe, który nadawał mu zarówno sens religijny („wojowanie pod znakiem Niepokalanego Poczęcia”), jak i polityczno-społeczny, gdy zajmował się demaskowaniem wrogów Kościoła.

Śladami „Małego Dziennika”
Św. Maksymilian Kolbe to najważniejszy wzór dla ojca Rydzyka i innych redaktorów toruńskiej rozgłośni. Nie chodzi tu tylko o fakt męczeństwa. Ważna jest przedwojenna działalność wydawnicza franciszkanina z Niepokalanowa. „Dlaczego Papieżowi – pyta Krajski – tak bardzo zależało, jest to przecież bezsporny fakt, na beatyfikacji i kanonizacji św. Maksymiliana Maria Kolbe? (...) Czy beatyfikując i kanonizując św. Maksymiliana Maria Kolbe nie doprowadził tym samym do oficjalnego uznania przez Kościół takich metod, stylu i sposobu działania, jakie reprezentował ten polski święty?”. Czy Krajski chce powiedzieć, że wraz z kanonizacją męczennika Maksymiliana uświęcone zostały także antysemickie nagonki i nacjonalistyczna, ksenofobiczna retoryka z pisemek wydawanych przed wojną przez ojca Kolbego?
Treści – także te ściśle religijne – głoszone przez Radio Maryja bardzo przypominają niegdysiejsze teksty „Małego Dziennika”. Wspólna wydaje się na przykład wizja Kościoła, nazywanego „tradycyjnym”, w którym mieści się jedyne „prawdziwe” chrześcijaństwo. Charakteryzują go dwie podstawowe, przy pierwszym wejrzeniu niewiele ze sobą mające wspólnego cechy. „Kościół tradycyjny – stwierdza Krajski – to Kościół Chrystusa Króla Świata i Matki Bożej Królowej Polski, Kościół, który działa na chwałę Bożą, obojętny na opinię pogan, Kościół, który zmierza do zbudowania Królestwa Chrystusowego na ziemi, to Kościół miłujący i wojujący. Miłujący Boga i ludzi, prawdę i dobro. Wojujący z szatanem, złem, grzechem i kłamstwem”.
Miłość i wojowniczość są złączone w głoszeniu Ewangelii. O ile oznaką miłości zdają się modlitwa i dzieła miłosierdzia (wypełniane za pośrednictwem Radia Maryja), o tyle orężem drugiej jest aktywność w życiu publicznym. Trudno mówić o miłości w oderwaniu od wojowniczości. Alternatywą jest Kościół słaby, dostosowujący się do świata. A, jak stwierdza ojciec Rydzyk, „dostosowywanie się do świata to jest kolaborowanie ze złem.” Słynne aggiornamento, proklamowane przez Jana XXIII, nie dotyczy więc najwyraźniej Radia Maryja.
Tak oto polityka łączy się z teologią, a żarliwa religijność z treściami, które z pozoru nie mają z nią nic wspólnego. Wojowanie z prześladowcami Kościoła „tradycyjnego” w imię obrony „prawdziwego” chrześcijaństwa usprawiedliwia nietolerancję jako jedną z głównych metod duszpasterstwa. Działanie takie poparte jest autorytetem świętego Maksymiliana. Redaktorzy toruńskiej rozgłośni broniąc poprawności głoszonych przez siebie treści, odwołują się do kontrowersyjnej, przedwojennej działalności ojca Kolbego. Czy słusznie?
Przemoc w obronie prawdy
Pisze Jan Paweł II w liście „Tertio millennio adveniente”: „Innym bolesnym zjawiskiem, nad którym synowie Kościoła muszą się pochylić z sercem pełnym skruchy, jest przyzwolenie – okazywane zwłaszcza w niektórych stuleciach – na stosowanie w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją a nawet przemocą. To prawda, że aby prawidłowo ocenić przeszłość, trzeba wziąć pod uwagę kontekst kulturowy danej epoki, jako że pod jego wpływem wielu mogło w dobrej wierze sądzić, iż autentyczne świadectwo o prawdzie wymaga zagłuszenia innych opinii, a przynajmniej wykluczenia ich z dyskusji. (...) Te bolesne doświadczenia przeszłości stają się lekcją na przyszłość, która winna skłonić każdego chrześcijanina do ścisłego przestrzegania złotej zasady sformułowanej przez Sobór (Dignitatis humanae, 1): »Prawda nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy, która wnika w umysły jednocześnie łagodnie i silnie«” („Tertio millennio adveniente”, 35).
Redaktorzy Radia Maryja deklarują, że świadczą o prawdzie Ewangelii, która we współczesnym świecie znalazła ostoję jedynie w Kościele „tradycyjnym”. Czy broniąc tej prawdy, nie zagłusza się na falach Radia innych opinii? Czy od początku nie wyklucza się pewnych poglądów, gdyż głoszą je „wrogowie” i prześladowcy „prawdziwych” chrześcijan? Stanisław Krajski mógłby odpowiedzieć, że podobną taktykę stosował przecież o. Kolbe na łamach swoich pism. Przytoczone wyżej słowa Papieża wskazują jednak, że nikomu w obronie prawdy nie wolno zasłaniać się autorytetem świętych, jeśli święci ci – jako chrześcijanie ufać powinniśmy, że w dobrej wierze – stosowali w swej działalności metody nacechowane nietolerancją i przemocą.
Święty Maksymilian jest bez wątpienia jednym z prekursorów nowej ewangelizacji, wykorzystującej w głoszeniu Ewangelii media. Tym niemniej, antysemityzm i nacjonalistyczna retoryka, tak często obecne na łamach „Małego Dziennika” przed wojną, jak również wizja Kościoła całkowicie zamkniętego na dialog ze światem, nie mogą stanowić wzoru dla chrześcijan. Stoją bowiem w jawnej sprzeczności z postanowieniami Soboru Watykańskiego II i z nauczaniem ostatnich papieży.

Retoryka ortodoksyjnych zastrzeżeń
Największy kłopot w odtworzeniu teologicznej optyki Radia Maryja sprawia język, którym posługują się jego redaktorzy i prelegenci. W swoje wypowiedzi, nawet te najbardziej bulwersujące, bo niezgodne z duchem współczesnego nauczania Kościoła, wplatają biblijne cytaty i ich parafrazy, wyimki z papieskich tekstów lub zwyczajowe zapewnienia o pełnej chrześcijańskiej miłości postawie. Zapewne wstawki te służą przede wszystkim przekonywaniu słuchaczy, iż istotnie mają do czynienia z chrześcijańskim przekazem. Inna rzecz, że za pomocą owych cytatów i strzelistych aktów propaguje się w Radiu Maryja okrojoną i uproszczoną wizję chrześcijaństwa, którą na dodatek przedstawia się jako powszechnie obowiązującą w Kościele. Na potwierdzenie tego przytoczyć można kilka jeszcze wypowiedzi ojca Tadeusza Rydzyka z wywiadu-rzeki, jaki z nim przeprowadził Stanisław Krajski.
Powiada na przykład ojciec dyrektor: „Ze złem dialogu się nie prowadzi, tylko zło się widzi i się go unika”. Równocześnie o. Rydzyk dobrze pamięta, że po ostatnim Soborze wiele się w Kościele mówi o dialogu. Radio Maryja nie powinno na ów fakt pozostać obojętne i dlatego jego dyrektor zabiera głos w tej sprawie: „»Jeżeli Mnie prześladowali – mówi Chrystus – to i was będą prześladować« (J 15, 20). Mimo tego – mówi św. Paweł – »biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii« (1Kor 9, 16). Biada mi. To mówili nie tylko apostołowie, mówi Jan Paweł II i myślę, że każdy z nas powinien pamiętać o tej Pawłowej przestrodze i jasno głosić naukę Kościoła. (...) Podobnie jak z Ewangelią jest i z polskością. Ja jestem Polakiem i całe to dziedzictwo, któremu na imię Polska, mam przekazywać następnym pokoleniom. Nie znaczy, że robię to w sposób doskonały, że nie popełniam błędów. Stąd też na antenie Radia dialog. Ciągły dialog, żeby się ubogacić. Jest więc rozmowa na argumenty: rozumu, wiary, woli i miłości. Tak długo, jak ten dialog trwa, tak długo jest szansa na spotkanie. A to już jest to budowanie mostów, czemu służą »Rozmowy niedokończone«”.
Dyrektor Radia Maryja przyznaje zatem, że nawet w obliczu nieustannych prześladowań jego sposób głoszenia Ewangelii doskonały nie jest. Z tego powodu potrzebuje „ubogacającego dialogu”, jaki ma – jego zdaniem – miejsce w kontrowersyjnej dla wielu audycji. Nic to, że można mieć poważne wątpliwości, czy z tego dialogu nie wyłącza się myślących inaczej o Kościele, świecie i Polsce. Ważne, że Radio Maryja z pokorą odpowiada na soborowe wezwanie pośród prześladowań i wrogów.
Mówi ojciec Rydzyk: „I trzeba to bardzo wyraźnie powiedzieć: ja nie występuję przeciwko ludziom, lecz przeciw głoszonym przez nich kłamstwom. (...) Nie jest w mojej naturze nienawidzić. (...) Musimy się za siebie nawzajem modlić. Ja każdego z redaktorów pewnej gazety, której jestem »ulubieńcem«, jako człowieka kocham, ale nie mogę się zgodzić na to wszystko zło, które jest popełniane. (...) Co oni kiedyś powiedzą Panu Bogu? (...) Nie wystarczy, jeśli się ktoś nawróci, wyspowiada, zrobi rachunek sumienia. Musi jeszcze wszystko naprawić. To jest tragedia... A jej konsekwencje? Nie chciałbym być w skórze takiego człowieka. Dlatego ja nie potępiam, nie oceniam, bo tylko Chrystus przenika wnętrze każdego. Jak zatem mógłbym nie kochać tego człowieka, tego nie rozumiem”.
Ojciec dyrektor zastrzega się, że nie potępia swoich przeciwników, lecz ich czyny, i ma jednocześnie nadzieję, że modląc się za nich wypełnia przykazanie miłości nieprzyjaciół. Czy jednak rzeczywiście, by sparafrazować słynne zdanie z Łukaszowej Ewangelii (por. Łk 6, 27), dobrze czyni wszystkim, którzy jego rozgłośni nienawidzą, albo o których myśli, że jej nienawidzą? Traktowanie kogoś jako wroga i prześladowcy raczej nie jest, mimo gromkich zapewnień, wyrazem ewangelicznej miłości.

Modlitwa i zgorszenie
Nie da się oddzielić religii i polityki w Radiu Maryja. Za religijnością stoi ta sama wizja świata, ta sama niepokojąca teologia, która przekłada się na znane powszechnie polityczne poglądy toruńskiego Radia. Mimo to Rodzina Radia Maryja nie jest polskim odpowiednikiem Action Française, a ojciec Rydzyk z pewnością nie zasługuje na miano polskiego Maurrasa, ateisty instrumentalnie traktującego Kościół jako środek do zdobycia politycznych wpływów. I słuchacze, i redaktorzy są z pewnością wierzącymi chrześcijanami. Tym smutniejszy jest fakt, że w wielu punktach rozmijają się ze współczesnym nauczaniem Kościoła. Czas najwyższy pomyśleć, jak ich objąć na nowo duszpasterską opieką.
Warto przy okazji zadać sobie pytanie, dlaczego ludzie garną się do Radia Maryja? Oto odpowiedź jednego ze słuchaczy: „Słucham Radia Maryja dlatego, bo ono prowadzi do Boga, podnosi na duchu, budzi wiarę w drugiego człowieka, zachęca do pracy i życia, ubogaca duchowo, podnosi słuchaczy do godności dzieci Bożych. Wielkie bogactwa duchowe skupione w prelegencie, w kaznodziei, katechecie i przekazywane przez Radio Maryja udzielają się słuchaczom. (...) Duch Boży, przemawiający ustami kaznodziei, ożywia dusze wiernych i rozpala ich nadzieją i miłością Boga. (...) A ta miłość nam znowu dalej i szerzej oczy otwiera, serce odmienia, dzięki miłości Boga, całego człowieka, który zaczyna p o p r a w n i e [podkr. SD] myśleć i zgodnie z prawdą Bożą układać swoje życie, postępowanie i działanie”.
Ta „poprawność myślenia” ujawnia się także w modlitwach na antenie. „Ufajmy – wzywa ojciec Rydzyk. – Pan Bóg jest z nami. Pan Bóg podpowiada, co robić. Daje nam Ducha Świętego, daje nam Kościół, daje nam naukę Kościoła. Dlatego powinno się iść radykalnie. Nie może być takich postaw: »jestem katolikiem, ale...« Bądźmy takimi chrześcijanami, jak chce Chrystus. Jeszcze jedno: nie dziwmy się wtedy, że świat będzie nas nienawidził. Mówi o tym Ewangelista Jan (por. J 15, 18-27)... Nie ma ucznia nad Mistrza, a my mamy kochać, nawet gdy inni nas prześladują...”
Nie można z pewnością podważać wartości modlitwy. Jej tłem staje się jednak przesłanie niewiele mające wspólnego z chrześcijaństwem głoszonym przez Jana Pawła II, przesłanie, które dla sobie wiadomych celów odpowiednio „reinterpretuje” nie tylko papieskie słowa i gesty, ale czasami także działalność poszczególnych świętych, a nawet i znaczenie ewangelicznych perykop. W takiej sytuacji i najszczersza modlitwa budzić może słuszne zgorszenie.

Sebastian DUDA studiował filozofię w Warszawie oraz religioznawstwo i teologię na Katolickim Uniwersytecie w Lowanium. Obecnie pracuje w Lowanium nad doktoratem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 10 (2800), 9 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl