Murray Perahia w Filharmonii Narodowej


Życie muzyki

Tomasz Cyz



Najpiękniejsze w muzyce jest jej objawianie się, wyłanianie z nieistnienia. I choć z pozoru nieważne wydaje się, czy słuchamy jej w sali koncertowej czy w domowym zaciszu – siła, prawda i piękno „żywej muzyki” są bezdyskusyjne. Pewnie dlatego na warszawski koncert Murraya Perahii dostać się było trudno, a sala wypełniona została do ostatniego, stojącego nawet miejsca.


Murray Perahia urodził się w 1947 roku w Nowym Jorku. Grę na fortepianie rozpoczął w wieku 4 lat, kształcił się w The Mannes College of Music (klasa dyrygentury i kompozycji), uczył się również u wybitnego pianisty Mieczysława Horszowskiego. W 1973 roku poznał Benjamina Brittena i rozpoczął (jako akompaniator) współpracę z Peterem Pearsem. Niezwykle silny wpływ na jego dalszy rozwój miała też przyjaźń z Vladimirem Horovitzem.
Od dłuższego czasu pianista związany jest wyłącznym kontraktem nagraniowym z Sony Classical, a wydana ostatnio przez tę firmę płyta z „Etiudami” Chopina (op. 10 i 25) otrzymała nagrodę czasopisma Gramophone oraz nagrodę Grammy. Do innych ważnych dokonań Perahii należą nagrania wszystkich „Koncertów fortepianowych” Mozarta (z English Chamber Orchestra), „Koncertów fortepianowych” Beethovena (Concertgebouw Orchestra pod dyrekcją Bernarda Haitinka), dzieł Mendelssohna, Chopina, Schumanna, solowych utworów Schuberta, Mozarta, Chopina, Beethovena i Bartóka, „Suit angielskich” nr 1, 3 i 6 oraz „Wariacji Goldbergowskich” Bacha. Mieszkający obecnie w Londynie Perahia akompaniował także Pearsowi w nagraniu pieśni Schumanna oraz Dietrichowi Fischer-Dieskau przy „Winterreise” Schuberta.

Pierwsza część warszawskiego koncertu nie tyle zawiodła, co rozbudziła oczekiwania. „Kwartet smyczkowy Es-dur” Beethovena (w wersji na orkiestrę smyczkową) zabrzmiał spokojnie, jakby sennie. Zresztą sama muzyka zdaje się przygotowywać dopiero „abstrakcje” brzmienia ostatnich Beethovenowskich kwartetów; jest swobodnym nurtem, płynnym i kojącym. Pod batutą Perahii ciekawie zabrzmiała druga część („Adagio ma non troppo e molto cantabile”): rozpisany na kilka wariacji temat nasycał się śpiewnością i lirycznością, trwał w subtelnych zwolnieniach i przyspieszeniach. Z drzemki budziła także trzecia odsłona („Scherzando vivace”), zwłaszcza zaś utrzymane w dynamice mezzo wartkie Presto.
Nastrój poprawił się tuż po przerwie. Wykonanie „V Koncertu brandenburskiego” Bacha nie było może olśnieniem na miarę tego dzieła, ale, potoczyste i swobodne, pozwalało zanurzyć się w jego formalnej doskonałości. Czegoś jednak brakowało szczególnie drugiej części („Affetuoso”). „Im lepiej się gra – notował Schweitzer – tym wolniejsze może być tempo, słysząc każdy szczegół przekazany w sposób pełen wyrazu, nawet przy bardzo umiarkowanym tempie słuchacz odniesie wrażenie szybkiego ruchu”. Perahia jednak nadał tej muzyce przyspieszenie, przez co piękna kontrapunktyczna mgiełka trzech instrumentów (skrzypce, flet, fortepian) straciła na wyrazistości.
Dopiero słuchając „Koncertu fortepianowego Es-dur” Mozarta można było odnieść wrażenie, że wszystko zmierzało właśnie do tego punktu; że „Kwartet” Beethovena, brzmiący jak swobodne andante na smyczki, oraz „Koncert” Bacha, zinterpretowany z pominięciem całego kontekstu ruchu historyzmu i autentyczności (fortepian zamiast klawesynu) – budowały przestrzeń dla czystej klasyczności. „Koncert” Mozarta brzmiał całą pełnią swoich odcieni: od wspaniałości, przez dramatyzm i posępność (ciąg akordów w pierwszej części, przywodzący na myśl pojedynek z I aktu „Don Giovanniego”), ciepły liryzm środkowego „Andantino”, po blask i lekkość końcowego „Allegro ma non troppo”. A gra Perahii wznosiła się wreszcie na te wyżyny, na których opinie o „jednym z najwyżej cenionych pianistów o rzadko spotykanej wrażliwości” nie brzmią fałszywie.
„Wyrastałem w kręgu muzyki wokalnej. W muzyce fortepianowej zawsze staram się odnaleźć śpiewność, emocjonalny przekaz, mowę dźwięków” – opowiadał pianista. Wydaje się, że w Warszawie dopiero Mozart wyzwolił prawdziwą potrzebę wypowiedzenia się, zarówno w pianiście, jak i w dotychczas niemal pozbawionej muzycznej siły angielskiej orkiestrze, która na koniec wykrzesała z siebie zdecydowanie więcej ognia i pasji. A zamykające koncert Chopinowskie bisy pokazały, że amerykański pianista rzeczywiście genialnie czuje muzykę polskiego kompozytora.

Muzyka nie istnieje poza wykonaniem. A ono – jak pisał Ingarden – jest „faktem jednostkowym, przemijającym, szczegółowo określonym przestrzennie i czasowo”, bo przecież „wykonanie dzieła może się odbyć tylko jeden raz”. W jednorazowość wpisany jest zawsze element przypadku, także błędu. Muzyka jest przecież niepowtarzalna także dlatego, że ta sama nuta nigdy nie zabrzmi tak samo (chyba że w nagraniu). 
„Żywa muzyka” ma jeszcze dodatkowego bohatera i twórcę: publiczność, pewną zbiorowość przyjmującą zasady gry. Te zasady zostały przez warszawskich słuchaczy złamane: oto głośny i rozpraszający kaszel stał się cezurą pomiędzy poszczególnymi częściami utworów. Muzycy, zamiast grać według pulsu dyrygenta i własnego wspólnego oddechu, musieli wyczekiwać na ciszę. A muzyka musiała walczyć o obecność i możliwość objawienia.


L. VAN BEETHOVEN, „KWARTET SMYCZKOWY ES-DUR” OP. 127 (wersja na orkiestrę smyczkową); J. S. BACH, „V KONCERT BRANDENBURSKI D-DUR” BMV 1050; W. A. MOZART, „KONCERT FORTEPIANOWY ES-DUR” KV 449. MURRAY PERAHIA – dyrygent / fortepian, Academy of St Martin in the Fields. Filharmonia Narodowa w Warszawie, 26 lutego 2003 (Filharmonia Poznańska, 27 lutego 2003).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 10 (2800), 9 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl