Pożegnanie Jana Józefa Szczepańskiego




Moralny sens i rzetelność
Jacek Bocheński

Od transmisji telewizyjnej z przesłuchania prezesa telewizji publicznej w sprawie korupcji oderwał mnie telefon powiadamiający o zgonie jednego z najuczciwszych ludzi, jakich dane mi było spotkać. Zmarł Jan Józef Szczepański. 
Pierwszą moją reakcją był irracjonalny sprzeciw wewnętrzny, skojarzenie wiadomości o śmierci pisarza z okolicznościami, w których otrzymałem wiadomość, i bezsensowna myśl: Nie! Dlaczego to tak? Dlaczego nie ma być na świecie Jana Józefa, a ma być tamto, co jest w telewizji? 
Otóż ten kontrast, nagle z całą ostrością zarysowany, odzwierciedla chyba istotę straty, jaką ponosimy z odejściem Jana Józefa Szczepańskiego. Tak czuję wymiar tej straty. I to wydaje mi się najważniejsze ze wszystkiego, co potrafię powiedzieć, gdy odszedł. 
Był uczciwym człowiekiem, wyjątkowo świadomym moralnych powinności ludzkich, i był uczciwym pisarzem, wyjątkowo świadomym powinności moralnych literatury. Pisarzy tego rodzaju nie ma już albo prawie nie ma. Takiej literatury, dbałej przede wszystkim o moralny sens i prostą rzetelność zapisu, nikt już nie uprawia. Tak po staroświecku Jan Józef Szczepański opisywał świat. Tak rzetelnie opisał wojnę, najpierw tę prawdziwą, poważną i straszną, z lat swojej żołniersko-partyzanckiej młodości. Ale z czasem miał opisać równie rzetelnie i tę karykaturalną, nazwaną nieco groteskowo stanem wojennym, z lat, gdy był prawowitym prezesem Związku Literatów Polskich. Strzegł wtedy honoru, misji i mitu pisarskiego środowiska. 
Właściwie to wtedy dopiero Go poznałem, w tamtych sytuacjach do pewnego stopnia podziemnych. Myślę ze szczególnym wzruszeniem o Jego zmęczonym wyglądzie, podczas przyjazdów do Warszawy do obowiązkowych, po części symbolicznych zajęć, które podejmował tylko z poczucia przyzwoitości i wiary w realność dobra wspólnego. 
Taki był. Ofiarny, skromny, sprawiedliwy, mądry i dobroduszny. Z fajką, uśmiechem i wiecznymi gawędami-anegdotami, które lubił powtarzać. 
Żegnaj, fajko Jana Józefa! 
Żegnajcie, opowieści rzetelne, żegnajcie, dykteryjki! 




Był tu przed chwilą…
Tadeusz Chrzanowski

Do pisania tego wspomnienia zabieram się z wielkimi oporami, Jan Józef Szczepański był bowiem nie tylko jednym z najwybitniejszych pisarzy polskich, ale był też człowiekiem bardzo mi bliskim. Był niezwykle prawy, a o tego rodzaju osobach pisze się trudno, z poczuciem sztucznej heroizacji czy idealizacji kogoś, o kim chciałoby się pisać jak o kimś prawdziwym, a więc zwyczajnym. Ale Jaś nie był kimś zwyczajnym. Zresztą w poczet idiotycznych przysłów wpisać należy na poczesnym miejscu to, że nie ma ludzi niezastąpionych. Jaś do takich niewątpliwie się zaliczał.
Poznaliśmy się jakoś wkrótce po wojnie i szybko zaprzyjaźnili. W 1946 r. współorganizowałem klub dyskusyjny „Logofagów” i do tej gromadki, skupionej przy krakowskiej YMCE, wciągnąłem Jana. Nie udało nam się przeżyć batiuszki Josipa Wissarionowicza i w wyniku jego śmierci w 1953 roku rozwiązaliśmy się, kończąc dobrze rozkwitającą karierę. Rzecz wydawać się mogła epizodyczna, a jednak z tego grona wyrosło szereg ludzi wybitnych. Głównym inicjatorem był historyk sztuki Andrzej Ciechanowiecki, należeli do klubu wychowankowie UJ: dziennikarze, jak Jacek Woźniakowski, prawnicy, jak Andrzej Rozmarynowicz, Józef Skąpski, Benedykt Łubieński, Adam Szpunar; mieliśmy także własnych marksistów w osobie Henryka Markiewicza. Żywo popierał nas „Tygodnik Powszechny”. Z Warszawy dołączyli ludzie przeważnie z PAX-u, był też w naszym gronie człowiek niezwykły: przedwcześnie zmarły Zbigniew Marek, posiadacz dwóch dyplomów doktorskich.
Rok 1953 to jeden z najbardziej ponurych okresów w dziejach PRL: za granicę się nie wyjeżdżało, nie wydawano książek zachodnich, raz po raz ktoś podpadał służbom bezpieczeństwa. „Tygodnik” został zamknięty i przekazany PAX-owi, twórcom pozakładano kneble. Pomimo represji wyraźnie jednak wzmacniało się środowisko krytyczne wobec stalinowskiej władzy. Zbliżał się nieuchronnie polski Październik. 
W 1956 roku redakcję „Tygodnika Powszechnego” przywrócono prawowitemu zespołowi. Już wcześniej zaczęły się ukazywać książki Szczepańskiego: najpierw „Portki Odysa”, historie opowiadane przez starego górala, który zamieszkał w domu Jana w Kasince Małej, przewędrowawszy szmat świata jako podhalański ,,Łazik z Tormesu”, potem „Polska jesień”, chyba najlepsza, choć wcale nie heroizowana opowieść o kampanii wrześniowej widzianej oczami młodego żołnierza. Zaczęto też dopuszczać do realizacji scenariusze wyklętych dotychczas autorów. W ten sposób powstały filmy wedle scenariuszy Jana, o obronie Westerplatte czy o legendarnym pierwszym partyzancie Hubalu-Dobrzańskim (tu jednak, na znak protestu wobec osoby reżysera, Ryszarda Filipskiego, Jan Józef wycofał swoje nazwisko). Możliwe stały się wyjazdy zagraniczne, pasażerowie mogli brać udział w rejsach statków handlowych. Jan z tego skorzystał i powstało szereg książek zawierających wspomnienia z owych wypraw.
Tymczasem atmosfera w kraju znów gęstniała. W końcu lat 70. coraz liczniej zaczęły się ukazywać tak zwane wydawnictwa bezdebitowe. Jan Józef dołączył do zainicjowanej przez Zdzisława Najdera grupy o charakterze programowo-ideowym; „Polskie Porozumienie Niepodległościowe” opublikowało szereg analiz politycznych. Na naszych oczach dokonywał się proces przemian, które wkrótce miały doprowadzić do powstania „Solidarności”, a później końca reżimu. Przyjechawszy na Kongres Kultury Polskiej, zwołany na grudzień 1981 r. i przerwany po ogłoszeniu stanu wojennego, nocowałem w pokojach gościnnych Związku Literatów Polskich, którego prezesem został rok wcześniej Jan Józef. Wkrótce do ubeckich „internatów” trafiła cała śmietanka intelektualistów krajowych, prezes ZLP miał się o kogo upominać. 
Za rządów Jaruzelskiego wspólnie z Janem Józefem, Kornelem Filipowiczem i Kaziem Traciewiczem zajmowaliśmy się w Krakowie kolegami z rozwiązanego wówczas (czy ściślej – zawieszonego) ZLP. Wielu znajdowało się w marnych warunkach bytowych i staraliśmy się dzielić napływające z zagranicy środki finansowe pomiędzy najbardziej potrzebujących. Kornel miał potężnego węża w kieszeni, my z Kaziem odznaczaliśmy się prawdziwą rozrzutnością, chociaż po prawdzie nie było tak wiele do rozrzucania.
Potem niemal z dnia na dzień runął mur berliński, życie w jakimś stopniu powróciło do normalności, a to oznaczało wizyty od czasu do czasu na ulicy Helclów i te piekielnie niewygodne meble, które Jan przejął wraz z mieszkaniem po jakimś gestapowcu. A teraz będzie już ostatnie spotkanie: na tym małym Bożym Poletku w Tyńcu, nieopodal opactwa, gdzie tylu już bliskich z redakcji „Tygodnika Powszechnego” spoczęło na tle melancholijnej perspektywy Wisły nadpływającej powoli od strony Śląska. 




Nasz prezes
Julia Hartwig

Nieraz słyszy się narzekanie, że brak u nas autorytetów. Zawsze słuchałam tego trochę sceptycznie. Zwłaszcza dopóki żyli tacy ludzie jak ksiądz Tischner czy Jerzy Turowicz. Myślę, że każde środowisko ma takich ludzi, a przynajmniej jednego, którego szanuje i przy którym każdy wstydziłby się popełnić coś nikczemnego. Dla pisarzy takim autorytetem był z pewnością Jan Józef Szczepański. Ale gdyby mu to powiedzieć wprost, pewno nie byłby zadowolony, bo jedną z rzeczy, których nie znosił najbardziej, było pochlebstwo.
Nie musiał odchodzić, byśmy zdali sobie sprawę, kim jest. Jak to się dzieje, że człowiek tak skromny i z pozoru „zwyczajny”, potrafił wzbudzić dla siebie tyle respektu i że respektowi temu towarzyszyły tak silne uczucia życzliwości, ufności i przyjaznych uczuć? Nigdy przecież o nie nie zabiegał, przeciwnie, był wstrzemięźliwy w okazywaniu emocji i czasem nawet trochę szorstki, ale na zło, cudzą krzywdę i niesprawiedliwość reagował ostro i bez wahania. Wśród wyrazów żalu, jakie ukazały się w ostatnich dniach w prasie, powracają słowa: człowiek kryształowy, jeden z najmądrzejszych i najszlachetniejszych pisarzy swojej generacji. Na aurę otaczającą postać Jana Józefa Szczepańskiego złożyło się wiele: jego charakter, jego biografia, jego pisarstwo.

*

Znałam Janka od lat, bo przyjaźnił się z moim mężem Arturem Międzyrzeckim i bywał w naszym domu podczas krótkich pobytów w Warszawie. Spotykaliśmy się z nim również na polu publicznym. Był członkiem Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, członkiem zarządu Pen Clubu i prezesem Związku Literatów Polskich od grudnia 1980 przez niemal trzy kadencje, jeśli wliczyć okres, kiedy po rozwiązaniu ZLP przez władze prezes i członkowie prezydium działali konspiracyjnie i kiedy w miejsce Związku stworzono pod tą samą, bezprawnie zagrabioną nazwą organizację grupującą pisarzy podporządkowanych partii i prawom stanu wojennego. Nie weszli do niej pisarze sympatyzujący z „Solidarnością”, broniący idei niezależności, pisarze najwybitniejsi, od Herberta i Szymborskiej po Stryjkowskiego, Lema czy Kijowskiego. Batalię o dalsze istnienie związku założonego przez Stefana Żeromskiego opisał Jan Józef w słynnej książce „Kadencja”. Brudny charakter gry, na którą został wystawiony, naciski partyjne, podstępy i matactwa musiały być szczególnie odrażające dla człowieka takiego jak on, zapatrzonego w conradowskie ideały.
Kiedy rozproszone i dotknięte wieloma szykanami środowisko dawnego ZLP postanowiło w roku 1989 założyć swój własny, niezależny związek, nadało mu nazwę Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Wybrano wówczas ponownie, decyzją jednogłośną, dawnego prezesa i zarząd w składzie sprzed stanu wojennego.
Jan Józef Szczepański był z pewnością najlepszym, najbardziej kochanym i poważanym prezesem, jakiego mieliśmy w latach powojennych. Z jego prezesurą może się równać tylko prezesura Antoniego Słonimskiego po roku 56., choć te dwie niezwykłe indywidualności dzieli całe morze różnic charakterologicznych. Godność prezesa ZLP, stowarzyszenia opiniotwórczego, wielce w tamtym okresie respektowanego przez społeczeństwo i stanowiącego przedmiot pilnej baczności władz PRL, była z pewnością godnością zaszczytną. Jednak Jan Józef Szczepański bronił się jak lew przed tym wyborem. Ustąpił wobec presji środowiska, w którym najusilniej zabiegali o jego kandydaturę pisarze zaangażowani w ruch demokratyczny. Pamiętam ten czas dobrze, bo obok Andrzeja Jareckiego, Kazimierza Dziewanowskiego, Anny Trzeciakowskiej, Leszka Proroka, Jerzego Sito, Zbigniewa Kubikowskiego i kilku innych przyjaciół, znalazłam się wówczas w prezydium.
Wykonywał swoje obowiązki z wzorową solidnością, ale nigdy nie zapomnę, jak w miarę przedłużających się, często w nieskończoność, zebrań prezydium, wyraźnie wiądł w swoim fotelu, do ostateczności znudzony i wyczerpany. Nie lubił zebrań, nie lubił rozwlekłej i próżnej gadaniny, niezdolny był przy tym do wprowadzenia surowszego rygoru posiedzeń. Kiedy jednak przychodziło do działania, odzyskiwał energię. Był to heroiczny czas „Solidarności”, z którą zawarliśmy osobną umowę o współpracy (co walnie przyczyniło się do rozwiązania ZLP), okres pisania oświadczeń i rezolucji, które trzeba było zredagować ad hoc. Powierzaliśmy to zadanie najchętniej właśnie prezesowi, ponieważ wywiązywał się z niego szybko i skutecznie. Najpierw zapalał fajkę, potem brał pióro do ręki, i już po kilku minutach wypuszczał z rąk zapełniony drobnym, ładnym pismem arkusz papieru, zawierający tekst nieskażony żadnym skreśleniem i nie wymagający też zazwyczaj poprawek. Chciałabym zobaczyć kiedyś rękopisy jego próz i esejów, by przekonać się, czy powstawały równie spontanicznie.
Podczas stanu wojennego prezydium spotykało się nadal, w pokoiku na Rynku Starego Miasta, gdzie prezes zatrzymywał się podczas swoich pobytów w Warszawie. Zbieraliśmy się tam zachowując pewną ostrożność, gdyż jakiekolwiek zebrania były wtedy zabronione. Koczowaliśmy siedząc byle gdzie, na resztkach krzeseł i na łóżku przypominającym bardziej pryczę Te spotkania należą już do historii naszej literackiej konfraterni, historii, której jak dotąd nikt po „Kadencji” nie uzupełnił, choć byłoby co powspominać, choćby tajne spotkania w klasztorze benedyktynów w Tyńcu. Cała ta działalność, skromna, ale przecież nie daremna, być może mocno by kulała, gdyby nie przewodnictwo Jana Józefa Szczepańskiego. Prezes utrzymywał łączność z oddziałami w całej Polsce, prezydium koordynowało też działalność charytatywną prowadzoną przez nasze duszpasterstwo i utrzymywało łączność z Prymasowskim Komitetem Pomocy Osobom Uwięzionym i Ich Rodzinom. Nie ustały kontakty z zarządem „uśpionego” Pen Clubu i z Komitetem Porozumiewawczym Stowarzyszeń Twórczych i Towarzystw Naukowych. 
Spotkania na Rynku Starego Miasta skończyły się w sposób dość nieoczekiwany. Pewnego wieczora, kiedy Leszek Prorok wyjechał na dworzec po prezesa i kiedy obaj weszli już na klatkę schodową, znaleźli drzwi do mieszkanka opieczętowane. Nasz komisarz urzędujący w Domu Literatury okazał chwalebną czujność. Szczepański przenocował u Proroków, ale miejsce spotkań przestało istnieć i trzeba było radzić sobie inaczej.
Od czasu kiedy Jan Józef Szczepański w roku 1990 zakończył swoją prezesurę (w 1993 uzyskał jednogłośnie godność prezesa honorowego) – urząd ten zaczął jakby tracić na blasku, co wiąże się też zapewne ze spadkiem autorytetu pisarzy w społeczeństwie. Ponieważ jednak nie jesteśmy jedynym stowarzyszeniem twórczym, które zeszło w cień, być może przeżywamy właśnie okres znużenia tradycyjnymi formami zrzeszania się.
Jan Józef Szczepański przejdzie do historii nie jako prezes Związku Literatów Polskich, a potem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, lecz jako autor barwnych reportaży z podróży i książek tak ważnych jak „Buty”, „Polska jesień” czy zbiór esejów „Przed nieznanym Trybunałem”. Pamięć o nim wspierać będzie jego piękna biografia, jego przeszłość partyzancka i działania w opozycji demokratycznej w okresie PRL-owskim, jego niezłomność, odwaga i rzadko spotykana skromność. Ale ja zachowam wspomnienie o Janie Józefie Szczepańskim jako o serdecznie nam bliskim Janku, który zawsze miał w zanadrzu jakąś anegdotkę, kiedy zasiadał z nami do kolacji, który lubił posłuchać i lubił pogadać. I który, doświadczony w wojennej próbie i w morskich wyprawach, trochę po staroświecku, a może trochę po conradowsku, najbardziej chyba cenił sobie lojalność i męskie przyjaźnie. 




Odpowiedzialność 
Jerzy Jarzębski

Wraz ze śmiercią Jana Józefa Szczepańskiego powstała koło nas pustka, którą niełatwo będzie zapełnić. Bo Szczepański – skromny, nie narzucający nikomu siebie ani swych poglądów – jakoś bardzo intensywnie był – jako osobowość, jako punkt odniesienia, jako miara i wzorzec, jako, po prostu, Człowiek Dobry. 
Mówiono często, że spełniał się w życiu i twórczości jako „wielki autorytet moralny”. Cóż to znaczy? Że sprawniej od innych oceniał etycznie ludzkie działania? Nic z tych rzeczy! Że sam był wzorem postępowania godziwego i moralnie pięknego? Raczej tak, choć wszelkie rankingi przeprowadzane akurat w tej dziedzinie wydają się wątpliwe. Autorytetem był Szczepański najcichszym z możliwych, wybierającym z reguły stanie na uboczu – chyba że sytuacja wymagała od niego wyraźnego opowiedzenia się po stronie zagrożonych wartości, jak choćby w trakcie jego dramatycznej prezesury dawnego Związku Literatów Polskich. 
Szczepański bronił zasad, demonstrował wierność ideałom, starał się ze wszystkich sił nie zawieść zaufania, jakim obdarzało go środowisko. Ale owo zdecydowanie nie wynikało u niego z przeświadczenia o moralnej wyższości nad innymi. Było może właśnie na odwrót: Szczepański zdawał się lepiej od innych dostrzegać złudność zarozumiałego poczucia własnej racji, którym odznaczają się często „bojownicy o słuszną sprawę”. Rację taką radził wciąż sprawdzać, wciąż zadawać samemu sobie kłopotliwe pytania. Świadectwa znajdziemy z łatwością w jego prozie.
Dopiero co, przypadkiem, czytałem z moimi przemyskimi studentami tytułowe opowiadanie z tomu „Buty”. Znamy je wszyscy: do partyzanckiego oddziału pod koniec wojny zgłasza się grupa Kałmuków, „własowców” z ROA, uciekających przed odpowiedzialnością za współpracę z Hitlerem. Są dobrze wyekwipowani, mają – w przeciwieństwie do partyzantów – nowe buty. Ale kłopot z nimi taki, że nie wiadomo, czy znów – w jakiejś trudnej bojowej sytuacji – nie zdradzą, więc dowództwo wydaje rozkaz zgładzenia ich, który partyzanci, popatrując łakomie na buty i płaszcze, z podejrzanym zapałem wykonują. 
Oto bulwersująca historia o moralnej dwuznaczności dotykającej partyzanckich działań, i tak najczęściej – jako bezkompromisowy osąd legendy – czytano opowiadanie. Ale Szczepański sędzią innych bywał niechętnie, dlatego inaczej rozumiem wymowę tej opowieści. Jej bohaterem rzeczywistym jest wszak w istocie dowódca oddziałku, porucznik Szary. To on wymyśla najzręczniejszy i najmniej ryzykowny sposób wystrzelania gości. Nie jest to jednak zwykły koncept, którego domaga się pragmatyka sytuacji. Szary wie, że natęża umysł w istocie po to, by zyskać mir wśród żołnierzy, wpatrzonych wciąż w mit swego poprzedniego dowódcy, po to, bo udowodnić swą wyższość nad partyzantem-kryminalistą, proponującym zaszlachtowanie Kałmuków prawdziwie już zbójecką metodą. 
Prawdziwy kac moralny wynika w opowieści nie tyle lub nie tylko stąd, że obcy żołnierze zostają zdradziecko zamordowani, ale stąd, że dowódca, w którym łatwo dostrzec alter ego autora, swej inteligencji użył w sprawie, którą uznaje za moralnie dwuznaczną. Doświadczenie partyzantki jest dla Szczepańskiego doświadczeniem rozejścia się intelektu z etyką. Szary – ze swymi skrupułami – czuje się więc jakoś „gorszy” od swoich żołnierzy. Tamci są tylko dość prymitywni i zdemoralizowani – on zmuszony jest niekiedy z całą świadomością służyć umysłem złej sprawie. 
Piszę aż tyle o wczesnym opowiadaniu Szczepańskiego, bo ono mi się wydaje w swej wymowie kluczowe dla tego pisarstwa. Szczepański jest autorem, który rozliczenia moralne zaczyna niezmiennie od siebie. Fakt dysponowania lepszą wiedzą o świecie i wartościach jest dlań zawsze przywilejem, z którego wynika bezmiar obowiązków. Nie brał w latach 40. udziału w inteligenckich samobiczowaniach – w tym samym czasie próbował raczej refleksji nad istotą inteligenckiego powołania i obowiązkami, jakie z tego wynikają. Bo nie sztuka było wówczas inteligenta wydrwić i wyrzucić na „śmietnik historii” – sztuka było raczej znaleźć mu w tej wszechstronnie kryzysowej sytuacji miejsce i rolę, którą tylko on umiałby wypełnić. 
Inteligent prawdziwy nie jest zatem u Szczepańskiego żołnierzem żadnej ideologicznej armii, ze swego postępowania nie zdaje sprawy przed żadnym partyjnym gremium ani nawet przed instytucją Kościoła czy wręcz przed samym Bogiem, ale tylko przed owym „nieznanym trybunałem”, który dał tytuł najsłynniejszemu bodaj esejowi pisarza. I jeśli o nim myślę, to często jako o jednym z najwierniejszych wcieleń Herbertowskiego Pana Cogito, czyli tego, kto za swe wybory bierze na siebie najwyższą – bo osobistą – odpowiedzialność.
Cała późniejsza twórczość Szczepańskiego zdaje się wykwitać z tych wczesnych doświadczeń, to znaczy jest spłatą moralnego długu, refleksją nad powinnościami. Rozdzierająco smutna historia niefortunnego zamachowca na cara Aleksandra II, Antoniego Berezowskiego, ma swój początek w lekturze pamiętników Władysława Mickiewicza, który potraktował z nieco wyniosłą drwiną list tego nieszczęśnika, pisany z zesłania na Nowej Kaledonii. Szczepański winą za los nieuleczalnie naiwnego i niedouczonego powstańca z 1863 roku obarcza znów jak gdyby „siebie-inteligenta”, swoją społeczną warstwę, co oznacza w tym przypadku – wszystkich tych paryskich koryfeuszy emigracji, którzy nie poświęcili Berezowskiemu i jemu podobnym dostatecznej uwagi. Znów widać tu ten sam imperatyw, który od tych mądrzejszych, lepiej radzących sobie w życiu wymaga troski o prostaczków, o właściwe urządzenie ich umysłów i świata wartości. Dzieje Berezowskiego mogą, jak mówi autor dylogii, „posłużyć za temat do rozważań nad tragizmem doli wiecznego dziecka – jednego z owych, które (bądź jako pojedyncza osoba, bądź w społecznym uogólnieniu) do końca nie rozumieją świata, w jakim żyją, i nie potrafią odpowiadać inaczej na jego wyzwania, jak odruchami uczucia”.
Szczepański nie był skłonny do potępień. Jeśli stawiał komuś najwyższe wymagania, to prędzej sobie samemu niż innym, a już z pewnością prędzej tym, którzy pysznią się wykształceniem czy ogładą, niż tym, którzy są jedynie nieświadomą igraszką historycznej sytuacji. Nie jest to może najlepsze dla pisarza: czytelnicy wolą często teksty pisane jadem, owoce resentymentów i nienawiści, niż te, w których objawia się zrównoważenie ducha autora i jego wszechobejmująca tolerancja. Dlatego podoba się Szczepański raczej miłośnikom spokojnej ironii i dystansu, raczej amatorom niewinnych na pozór anegdot, które chowają głębiej swe ostrze, niż tym, którzy lubią agresywność stylu i silne emocje. Jego prawdy, często bardzo niewygodne, prowokujące, formułowane pod prąd opinii, trzeba w tej prozie odkrywać, szukając drugiego dna tekstów, ich sensów ukrytych. Może dlatego – zamiast tutaj po prostu pożegnać Człowieka i Pisarza, którego wielbiłem i szanowałem – wdaję się w jakieś cząstkowe, niewczesne egzegezy. 
Ale czy to nie jest właśnie powinność, jaką mamy wobec pisarskiego dzieła? Czytać je z maksymalną uwagą, szukać w nim tego przesłania, którego nie widać na pierwszy rzut oka, ożywiać wciąż autora i jego myśl, choć z nim samym bezpośrednio nie możemy się już spotkać? Szczepański tego trudu wciąż nowej lektury potrzebuje jak mało kto, nie był bowiem pisarzem „poczciwym”, choć poszukiwaczom jadów mieszanych z atramentem takim właśnie może się wydawać. Jest inaczej: jego poglądy były często rewoltujące, wzbudzały sprzeciwy, wymagały zmiany żywionych zapatrywań, a także – zajrzenia w siebie, zadania sobie niewygodnych pytań i obudzenia tej wiecznie głodnej, wiecznie z siebie niezadowolonej władzy umysłu i charakteru, której Szczepański słuchał łapczywie, a której na imię: poczucie odpowiedzialności – za siebie, za innych ludzi, za fundamenty etyczne świata. 




Przyjaciel
Stanisław Lem

Wiedziałem od dawna, jaki ciężki jest stan jego zdrowia i trudno było wątpić, że zbliża się do kresu życia. A jednak wiadomość o tym, że jego serce zatrzymało się, trafiła mnie wyjątkowo boleśnie. W prasie krajowej można wyczytać sporo pięknej chwalby, adresowanej do książek Szczepańskiego. Zajmują całą półkę regału w mojej bibliotece, wszystkie z dedykacjami potwierdzającymi więzy naszej pięćdziesięcioletniej przyjaźni. Nie miałem i nie będę miał jako przyjaciela człowieka tak nieskazitelnego, jak Szczepański. 
Bolałem i nad tym, że zawiodły moje próby doprowadzenia do osobnego wydania Jego opowieści z partyzantki. Obyczajowość Trzeciej Rzeczypospolitej okrywa milczeniem odchodzących pisarzy starszego pokolenia, ale mimo to mam nadzieję, że już w historii literatury Jego nazwisko pozostanie na zawsze. Jego twórczość była zarazem świetna i niepokalanie uczciwa. On sam stanowił dla mnie wzór moralnego postępowania w czasach najgorszych. Są straty całkowicie niepowetowane i do takich należy jego odejście. Uważam jednak, że nie był za życia w pełni doceniany, ponieważ w najmniejszej mierze o błyśnięcie jakimikolwiek zasługami nigdy się nie starał. Wiele wielkich słów pojawiło się w druku po Jego śmierci. Nie chcę tylko powiększać ich zasobu. Wobec takiego zgonu pozostaję właściwie niemy.


21 lutego 2003




Nieugięty
Czesław Miłosz

Poznaliśmy się z Janem Józefem Szczepańskim w listopadzie 1944 roku, we dworze Goszyce, domu Anny i Jerzego Turowiczów. Razem obchodziliśmy tam Sylwestra 1944/1945. Było to dla mnie doświadczenie groteskowe i traumatyczne, bo byłem świadomy, że tak to odbywa się zamknięcie całej epoki w historii Polski i początek nowej, w którą wstępowałem bez wielkiej nadziei. 
Szczepański później wziął tego Sylwestra za temat jednego ze swoich opowiadań, o co miałem do niego trochę żalu, choć nie dlatego, że mnie tam umieścił. Po prostu dlatego, że nie znalazłem w tym opowiadaniu tej śmieszności i grozy, którą wtedy czułem; całej tej aury jakby sennego koszmaru towarzyszącej końcowi pewnej formy życia, jakby w Nawłoci Żeromskiego. Szczepański nie mógł prawdopodobnie opisać tego inaczej z uwagi na cenzurę, a być może ta „apokaliptyczność” nie leżała w naturze jego talentu. 
Aż oto po kilkudziesięciu latach spędzonych we Francji i w Ameryce powróciłem do Krakowa i znów spotykałem się ze Szczepańskim. Rad byłem, mogąc mu powiedzieć, że jeżeli tkwiły we mnie jakieś drzazgi, to dawno ich nie ma i że mam do niego, jako do pisarza i człowieka, szacunek i sympatię. 
Pośród literatów polskich wyróżniał się całkowitą odpornością na pokusy konformizmu, do czego pchały zarówno władze, jak środowisko pisarskie. Na swoje szczęście, miał oparcie w kręgu „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”. Nie zboczył ze swojej linii, a w stanie wojennym wsławił się obroną Związku Literatów przed próbami zinstrumentalizowania tej organizacji przez władze. Mógłby być dumny ze swego życia, w ciągu którego zachował szacunek dla kilku niezłomnych zasad.
Żegnamy teraz człowieka, który był wielki przez swoją prawość. Żegnamy też rzetelnego kronikarza swojego czasu. 




„Patrzeć dalej...”
Stanisław Rodziński

Wiadomość o śmierci przyjaciela to nagła kumulacja obrazów, wspomnień, spotkań, zapamiętanych rozmów. Ale też zawsze przynosi ona poczucie pustki i trudny do opisania żal, który niezależny jest od nadziei i wiary, że i dla niego przygotowane zostało mieszkanie w Niebie
Poznałem Jana przed 35 laty na jednym z redakcyjnych zebrań w „Tygodniku”. Czytałem Jego recenzje filmowe w „TP”, znałem książki i filmy, do których pisał scenariusze. Był uosobieniem zdecydowania i zwyczajności. Zapamiętałem kukurydzianą fajkę, którą przywiózł ze Stanów, i zadziwiająco dobrą twarz. Lata kolejne zbliżały nas. Spotkania w redakcji, odwiedziny w domu czy pracowni, poznawanie Jana, jego ciepła i serdeczności, jego rodziny, wyprawy do Kasinki, gdzie nasza córka Judyta spędzała szereg razy wakacje, zachwycona Jasiem, który co rano rąbał drwa siekierą jak farmer z „Końca westernu”. Po śniadaniu (cornfleki na mleku) „Dadej” zamykał się i pisał. Po obiedzie – znów siadał do pracy, dopiero wieczorem „wracał” do Danusi, dzieci, wnuków i przyjaciół.
A przecież równocześnie toczyło się życie. Szare, trudne, choć nieraz i wspaniałe życie, w którym Jaś uczestniczył coraz realniej jako pisarz mający ogromny autorytet w środowisku, ale też człowiek tak moralnie jednoznaczny, że budziło to respekt w ówczesnych kręgach władzy.
Nadchodziły lata wielkiej próby. Jaś zostaje w grudniu 1980 prezesem Związku Literatów. Dzisiaj mało kto zna nazwisko szefa jakiegokolwiek związku twórczego. Przed laty prezes ZLP była to jedna z ważniejszych funkcji w kraju. Zaczynają się męczące dni krążenia między Krakowem i Warszawą, narady i spotkania, które wyrywały go z domu, ale i z rytmu regularnej pracy. Wydawało się, że nie może być większego paradoksu, jak Jaś – skupiony i raczej małomówny – wystawiany codziennie na próbę negocjacji, decyzji, ale i nieustannego napięcia związanego z ogromną odpowiedzialnością za losy polskiej kultury. Dzisiaj wiele pojęć nic już nie znaczy, a jeszcze więcej uległo dewaluacji. Ale w przededniu stanu wojennego i w latach późniejszych słów wielkich trzeba było nieraz używać. 
Tak więc wspominam dzisiaj ubiegłe lata. Opowiadania Jasia z jego podróży amerykańskich, barwne opowieści z trasy kolei transsyberyjskiej, którą przemierzył za honoraria z tłumaczeń na język rosyjski. Warto pomyśleć o bardzo dużej popularności książek Jana w Rosji. Przypominam sobie też anegdotę o liście Henry Kissingera do Jasia. Znali się i pisywali często. Wspomniany list miał „firmowy” nadruk Białego Domu z racji ówczesnej funkcji Kissingera. W kopercie znalazła się natomiast kiepska kserokopia. W naszych „organach” pracowano niekiedy nerwowo i niedokładnie...
Jaś bardzo interesował się malarstwem i nie była to tylko zwykła ciekawość. Wnikliwie patrzył, odczytywał, po prostu lubił malarstwo. Napisał kiedyś krótki, ale bardzo piękny i wnikliwy tekst o obrazach mojej żony, w równym stopniu analityczny, co refleksyjny. O tym, jak Jaś jeździł na motocyklu z Tadeuszem Brzozowskim, można by nakręcić film. 
Ostatnie lata twórczości Jasia to nieduże zbiory opowiadań i esejów. „Jeszcze nie wszystko”, „Mija dzień”, „Wszyscy szukamy”, ale i wcześniejszy „Kapitan” czy „Przed nieznanym trybunałem” – to teksty, w których Jaś drąży uparcie sprawy ostateczne. Przeżycia, spotkania z ludźmi, dalekie podróże czy wspomnienia wojenne stają się materiałem, który prowadzi do stawiania pytań o sens życia i śmierci, istotę dobra i zła, a Pan Bóg – chociaż nie nazywany z imienia – obecny jest niemal w każdym tekście. 
Mam teraz przed sobą książki Jana Józefa Szczepańskiego, przeglądam je, przypominam sobie, jak nam je ofiarowywał, czytam dedykacje... Każda dedykacja to spotkanie, zadawane na wstępie pytanie: „napijesz się wiskacza?” i długie rozmowy o wszystkim.
Odszedł wielki pisarz. Czy potrafimy powiedzieć dzisiaj w czasach zamętu i bełkotu, co to znaczy? Jaś pisząc o sprawach najzwyklejszych, opisując amerykańską prowincję i rozmyślając o Ojcu Kolbe – zadawał pytania najważniejsze, zwracając przy tym uwagę, by nie lekceważyć nikogo i niczego. Może dlatego, robiąc nieraz wrażenie mrukliwego, przyciągał do siebie ludzi, był kochany. Był jak jego książki. Prosty i coraz głębszy w dochodzeniu prawdy. Wielki pisarz to ten, który rozmyślając o przypadkowym spotkaniu, opisując zdawkową rozmowę, zaskakuje wskazaniem proporcji, w sprawach małych dostrzega rzeczy ostateczne.
„Rozłogi” kończą się rozmową: „Rozumieć to patrzeć dalej. A my już jesteśmy starzy. My już wiemy...”
Jaś wie już wszystko. 




Przyjaźń w słońcu
Ewa Szumańska

O statnia wieczorna rozmowa telefoniczna z Krakowem:
– Nie ma żadnej zmiany – mówi ciężko chora Danusia. – Wczoraj byli u niego wszyscy młodzi. Podchodzili kolejno, nie poznawał. Już siódmy dzień jest nieprzytomny.
Od tamtego wieczora leżę w gorączce z infekcyjnym zapaleniem płuc. Jest czwartek 20 lutego, południe. Telefon z „Tygodnika Powszechnego”:
– Dziś rano umarł w szpitalu Jan Józef Szczepański.

*

Nasza wielka przyjaźń zaczęła się w słońcu. Poznaliśmy się w końcu lat 60., na zwariowanym Kongresie Kultury Morskiej, pływającym od wyspy do wyspy po Morzu Egejskim; tę dziwną imprezę Janek opisał w zabawnej minipowieści „Argonauci”. Ponieważ po zejściu na ląd zostało nam trochę czasu i pieniędzy, postanowiliśmy z Jankiem zostać jeszcze tydzień w Atenach; on u znajomych, ja w najtańszym hoteliku. Co dzień rano ruszaliśmy na jakąś wyprawę i we wspólnych odkryciach, w wykluwającym się z porannej świeżości upale, w oślepiającym słońcu – rodziła się bliskość, która miała pozostać już do końca. Było w niej podobne patrzenie na rzeczywistość z kpiną i przymrużeniem oka, a równocześnie powaga i jednoznaczność w traktowaniu pewnych wartości, było przede wszystkim to samo zakochanie się w świecie, w jego kulturach, krajobrazach i sztuce.
Pamiętam zwłaszcza jeden z tych ateńskich dni. Teraz, w gorączce, wracał do mnie kilkakrotnie z najdrobniejszymi szczegółami. Pojechaliśmy autobusem kursowym na przylądek Sunion. Po obejrzeniu cudownych ruin świątyni Posejdona zeszliśmy ze stromego urwiska na sam dół, nad wodę. Ja się wtedy nigdzie nie ruszałam bez maski, fajki i płetw, więc spytałam Janka czy nie chce spróbować? Chciał i okazało się, że to był jego pierwszy dzień płetwonurkowania. Zachwycił się morskim dnem i bezpośrednim z nim kontaktem, cieszył się jakąś świeżą, niemal dziecinną radością. Potem leżeliśmy na dwóch wystających z wody skałkach, a powietrze leciutko drżało od upału; również słońce – porozbijane na tysiące małych odblasków i migotań – drżało na wodzie. Najlepiej z całego dnia zapamiętałam właśnie to rozchwiane w morzu światło.
Do naszego poznania się czytałam tylko „Polską jesień”. Teraz rzuciłam się na inne książki Janka: wczesne opowiadania partyzanckie, „Wyspę”, „Ikara”, wspaniałe relacje z podróży, to, co ukazywało się aktualnie. Najważniejsza stała się dla mnie książka „Przed nieznanym Trybunałem”. W niej – tak mi się wydawało – Janek zaczął pisać książkę swojego życia i to jest dopiero pierwszy tom. Często o tym rozmawialiśmy. Rozmowy toczyły się na Helclów w Krakowie, na Podwalu we Wrocławiu, czasem w dużym drewnianym domu w Kasince, na jednym z beskidzkich szczytów. Bywało tam dużo ciekawych ludzi z Polski i z zagranicy, a każdy pozostawał pod wrażeniem pobytu. Spytałam kiedyś Janka, skąd się bierze ten niezwykły urok Kasinki? – Bo to jest dom, a nie dacza – odpowiedział.
Chociaż pogoda w Polsce zmienna, a niebo często zachmurzone, nasza przyjaźń pozostawała nadal w słońcu. Wpływało na to chyba jakieś wewnętrzne światło, które promieniowało od Rodziny Szczepańskich. Danusia i Janek, piękno i głębokość ich wzajemnego uczucia, miłość dzieci, wnuków, życzliwość i uczynność dla ludzi, prostota i bezpośredniość obcowania, uczciwość i prawość tak naturalne jak powietrze, którym się oddycha – to wszystko tworzyło z ich małego światka jakby osobną, wydzieloną enklawę. Nie było tam miejsca na różne wyrachowania, ugody, małe zawiści, tchórzostwa, pogonie za karierą, apetyty na honory czy skłonność do wyciszania sumień – była przezroczystość, jednoznaczność, spokojna pewność i właśnie światło.

*

Pamiętam burzliwy rok 1980 i jedno z jego końcowych wydarzeń: Walny Zjazd Związku Literatów Polskich i wybór Janka na Prezesa. Nie podzielał naszego entuzjazmu i nadziei pod koniec zjazdu. Był przygnębiony i głęboko zamyślony. On już wtedy rozpoczynał „Kadencję” – jej przebieg i jej pisanie. Nikt, kto nie miałby talentu Janka, nie potrafiłby zrobić z tego suchego pozornie zbioru faktów i urzędowych dokumentów – takiej fascynującej książki. Nikt, kto nie miałby charakteru Janka, nie uchroniłby w tym czasie organizacji ludzi pióra – od utraty godności. Chociaż był to czas trudny i niedobry, udało się go przeżyć bez zawstydzających wspomnień. Myślę, że jakiś wpływ na to miały również długie rozmowy krakowsko-wrocławsko-kasinkowe, które wprowadzały porządek i pion.
Lata 90. zaczęły się od krótkiego okresu olśnienia. Wszystko stało się nagle bardzo jasne, bardzo kolorowe i trudno było uwierzyć, że się w ogóle takiej chwili dożyło. Potem z kątów zaczęły wyłazić cienie, kawałki mgły, brudnawe opary. Tempo tych zmian było tak zaskakujące, że znów trudno w to było uwierzyć. Janek znosił to bardzo źle. On miał w sobie zawsze potrzebę wyrozumiałości: poznać motywy, doszukać się dobrych intencji. Teraz nie mógł zrozumieć, co się nagle stało z ludźmi? Skąd to wściekłe warcholstwo, jątrzenie, cwaniactwo, pazerność, pogarda dla elementarnej uczciwości, niezmierzone pokłady chamstwa?
Do tego zaczęło się nagle psuć jego żelazne dotąd zdrowie. Pamiętam, przyjechał do Wrocławia na spotkanie autorskie i szliśmy od nas na Rynek pieszo, żeby obejrzeć przebudowany fragment miasta. To był niecały kilometr. Janek ledwie doszedł; na Rynku musiał się oprzeć o mur, był bardzo blady, nogi mu się plątały. Byliśmy zdumieni, a on zakłopotany, bo nie przywykł do tego, że coś mu dolega i ktoś patrzy na niego z niepokojem.
Jego pierwszy szpital był na krakowskim Kazimierzu z powodu kłopotów z sercem. Byłam tam, pamiętam, jak uparcie wtedy pracował, pisząc kartkę za kartką na małym, drewnianym pulpicie.
Kończyło się stu- i tysiąclecie. Gwałtowność zachodzących zmian dotyczyła również choroby Janka. Zaczął wtedy półżartobliwie mówić, że tyle godzin przegadaliśmy o jego Najważniejszej Książce, a on jej już napisać nie zdąży.
Schowałam listy od Janka z drugiej połowy 2002 roku. Krótkie, coraz mniej wyraźne; ostatnich w połowie nie da się odczytać. Jest w nich zdziwienie własną rosnącą słabością i prawie zawsze coś o Danusi. Że jeszcze trwa właściwie dzięki niej. Że jest jego siłą, oparciem, powietrzem.

*

Janku, nasz kochany, wspaniały, ważny Przyjacielu! Tak dawno już nie słyszałam Twojego głosu. Nie będę mogła nawet przyjechać na Twój pogrzeb.
Ale wiem, czuję, wierzę – że tam, gdzie jesteś teraz, wędrujesz w słońcu.




Potok
Jacek Woźniakowski

Nie znałem nikogo, kto by tak jak Jaś Szczepański zapisywał tekst, czy to listu do czytelnika, który prosił o literacką poradę, czy recenzji filmowej, czy reportażu, czy opowiadania. Bez marginesu, od brzegu do brzegu karty papieru, równym, nadzwyczaj czytelnym, lekko skośnym pismem, zawsze tego samego, średniego formatu, prawie bez wstawek czy skreśleń. Kiedy patrzyłem na spokojną robotę Jasia wśród gwaru redakcji „Tygodnika Powszechnego”, wydawała mi się niemal magiczna, a ponieważ nie był w żadnym razie pedantem, zastanawiałem się nieraz, co takie pisanie oznacza? Czy w czasie wędrówek krótkim, stanowczym krokiem po Krakowie albo po otaczającym dom w Kasince gorczańskim lesie – a może w czasie prac w ogrodzie – Jaś szukał tak długo właściwego wyrazu dla swoich obserwacji i refleksji, aż mu się wszystko na pamięć ułożyło w głowie: owe ergangene Gedanken, myśli wychodzone, dojrzałe do utrwalenia?
Trochę podobnie intrygowało mnie jego narciarstwo. W taternictwie letnim dorobił się niejednego aussera (drogi nadzwyczaj trudnej). „Siaś” Siedlecki, zmarły niedawno sławny polarnik, okazał się doskonałym psychologiem, kiedy całkiem wówczas niedoświadczonego we wspinaczce Jasia wziął od razu na Zamarłą Turnię. To był zalążek późniejszej ich współpracy na Spitsbergenie. Na nartach jednak Jaś chodził wytrwale i wytrzymale, ale jakby nieelastycznie, może trochę podobnie do księdza Wojtyły, który kilometrami dźwigał ciężki plecak, ale zjeżdżał dosyć sztywno. 
Czyżby to miało oznaczać brak giętkości charakteru? Czy ujawniało tylko jakieś cechy fizjologiczne albo po prostu brak treningu? Oczywiście zarówno w połowie zeszłego wieku, jak i dzisiaj takiej zabawy w odczytywanie symptomów, analogii i przenośni nie należy rozciągać. Mówiąc jednak przenośnie, Jaś miał bardzo twardy kręgosłup – tak twardy, że chyba sam o tym nie wiedział: pewne wątpliwe formy elastyczności moralnej czy to w stosunkach osobistych, czy w życiu publicznym po prostu do niego nie docierały, wobec nich jakby wyłączał uwagę i zainteresowanie. Zarazem jednak, i tu analogie sztywności na dobre się kończą, Jaś z niezwykłą finezją dostrzegał drobne nawet odcienie ludzkich zachowań, wypowiedzi, motywacji, intencji. Obserwował bez uprzedzeń i bez rozrzewnień, chętnie i precyzyjnie dzieląc się śmiesznymi epizodami tych obserwacji, ale wystarczy przypomnieć sobie ufny uścisk jego dłoni na powitanie i krótkie spojrzenie prosto w oczy, żeby wiedzieć, jak daleki był od jakichbądź konwencji i od obojętności.
Taka też była asceza jego i Danusi mieszkania. Żadnych patarafek, zbieractwa, wygodnictwa, ale przyjazna uwaga. Gdzie się podziewały niezliczone książki w różnych językach, które Jaś poznawał jakby mimochodem, wracając naturalnie do Conrada i często do „Czarodziejskiej góry”? Gdzie ślad po hinduistycznych studiach i po ulubionym dobrym królu Aśoce? Nie wiem. Jaś był ostatni, któryby (jak mówi Młynarski) chciał „erudycją błysnąć”
Ale myślę, że pewne pomysły dawały mu cichą satysfakcję. O jednym opowiem. Wygramoliliśmy się wtedy, przez Dubrawiska i górną Pańszczycę, na Krzyżne, trochę późno ruszając, ale wiosenny śnieg był cudowny, nietknięty chyba żadnym śladem, lawiny gdzie miały zejść, już zeszły, więc świetnie się zjeżdżało w chylącym się ku zachodowi słońcu, pięknymi kotłami doliny Waksmundzkiej. Już było ciemnawo, kiedyśmy przekraczali bodaj Suchą Wodę. Wówczas wpadł Jasiowi do potoku i popłynął kijek. Nie zdołaliśmy go wypatrzeć, ale Jaś knuł jakiś plan, więc rozstaliśmy się – on poszedł na Halę Gąsienicową, a ja zgodnie z obietnicą daną rodzinie zjechałem do Brzezin i szosą, po nocy, do domu. Nazajutrz rano Jaś wrócił nad wodę dokładnie tam, gdzie zgubił kijek i wrzucił do potoku drugi kijek, po czym biegł kilkadziesiąt czy nawet kilkaset metrów za jego spływem. Kijek zatrzymał się grzecznie w którejś zatoczce, obok swego zgubionego wczoraj kolegi. Jaś go za tak skuteczną pomoc chwalił. 







JAN JÓZEF SZCZEPAŃSKI

urodził się 12 stycznia 1919 w Warszawie; jego ojciec Aleksander Szczepański (zm. 1937) pełnił funkcję konsula RP w Zagrzebiu, Bytomiu i Chicago, matka, Maria ze Znatowiczów, była poetką i tłumaczką z serbochorwackiego; siostra ojca to pisarka Maria Kuncewiczowa. Po służbie w podchorążówce Szczepański rozpoczął w 1938 r. studia indianistyczne na Uniwersytecie Warszawskim (ukończone w 1947 r. na UJ). Walczył w kampanii wrześniowej, po ucieczce z transportu jeńców zamieszkał z matką w Krakowie. Żołnierz ZWZ, potem AK, od czerwca 1944 w oddziale partyzanckim na Kielecczyźnie, w grudniu 1944 schronił się w Goszycach, majątku teściów Jerzego Turowicza. Po wojnie pozostał w Krakowie; w 1947 r. ożenił się z Danutą Wolską. W tym samym roku ogłosił w „Tygodniku Powszechnym” opowiadanie „Buty”, w 1949 r. wszedł do redakcji pisma (do jego zamknięcia w 1953 r.). Po roku 1956 pozostał współpracownikiem „TP”, m. in. jako recenzent filmowy.
W latach 1953–1958 pracował w Polskim Wydawnictwie Muzycznym, 1959–1966 w krakowskim Teatrze „Groteska”. Od końca lat 50. wiele podróżował (wyprawa na Spitsbergen, rejsy na statkach handlowych do Zatoki Perskiej, Indii, Afryki Wschodniej i Południowej, Ameryki Południowej, stypendia we Francji i USA, podróże do Włoch, ZSRR, Grecji, Meksyku, RFN, Nepalu i Pakistanu). W 1975 podpisał „Memoriał 59” przeciw zmianom w konstytucji PRL, później sygnował m.in. deklarację Towarzystwa Kursów Naukowych i współpracował z Polskim Porozumieniem Niepodległościowym. W grudniu 1980 został prezesem Związku Literatów Polskich; po wprowadzeniu stanu wojennego i zawieszeniu ZLP interweniował w obronie uwięzionych kolegów i uczestniczył w niezależnym ruchu kulturalnym. W 1989 wziął udział w obradach Okrągłego Stołu; zjazd założycielski Stowarzyszenia Pisarzy Polskich wybrał go na prezesa, po ustąpieniu z funkcji został prezesem honorowym. Od 1994 był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności.
Debiutował w 1943 r. wierszem w konspiracyjnym piśmie „Droga”. Jego pierwszą książką były, z przyczyn cenzuralnych, „Portki Odysa” (1954); napisane wcześniej „Polska jesień” (pierwsza wersja 1940) i „Buty” ukazały się w r. 1955 i 1956. Kolejne książki to zbiory opowiadań: „Tombakowy pierścionek” (1957, z B. Mańkowskim), „Dzień bohatera” (1959), „Motyl” (1962), „Rafa” (1974), „Kipu” (1978), „Autograf” (1979), „Ultima Thule” (1987), „Historyjki” (1990), „Mija dzień” (1994), „Jeszcze nie wszystko” (1997), „Rozłogi” (2001); powieści: „Pojedynek” (1957), „Ikar” (1966), „Wyspa” (1968), „Kapitan” (powst. 1969, wyd. 1986); eseje: „Przed nieznanym Trybunałem” (1975), „Maleńka encyklopedia totalizmu” (1990), „Wszyscy szukamy” (1998); reportaże: „Zatoka białych niedźwiedzi” (1960), „Do raju i z powrotem” (1964), „Czarne i białe” (1965), „Świat wielu czasów” (1969), „Koniec westernu” (1971), „Nasze nie nasze” (1984) oraz „Kadencja” (1986) – relacja z okresu prezesury w ZLP. Szczepański był także tłumaczem (m.in. Conrada) i scenarzystą filmowym
(m. in. „Wolne miasto” – 1958, „Na melinę” – 1965, nie dopuszczony do rozpowszechniania, „Westerplatte” – 1967, wszystkie w reżyserii Stanisława Różewicza; „Stajnia na Salwatorze” – 1967, reż. Paweł Komorowski; „Z dalekiego kraju” – wspólnie z Andrzejem Kijowskim, 1981, reż. Krzysztof Zanussi). Był laureatem nagród im. Hemingwaya (1959), PEN Clubu (1976 i 2001), Fundacji Jurzykowskiego (1978), im. Herdera (1982), im. A. Bocheńskiego (1987). Odznaczono go Krzyżem Armii Krajowej i Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł 20 lutego 2003 w Krakowie. 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl