Przegląd prasy

Nieślubne dzieci w Polsce 2003

Co ósmy polski noworodek przychodzi dziś na świat z rodziców, których nie łączy ślub. Daleko nam jeszcze do europejskich rekordów: w niektórych krajach co drugie dziecko jest nie-ślubne. Ale wszystko przed nami: nieślubnie poczętych Polaków przybywa szybciej, niż tych z małżeńskiego łoża. W tradycyjnym katolickim kraju trwa rewolucja obyczajowa – pisze w POLITYCE (nr 8) Barbara Pietkiewicz.
Polacy, w większości potępiający zdradę czy homoseksualizm – wobec związków i dzieci pozamałżeńskich odnoszą się z akceptacją. Do zmiany przyczyniły się m.in. akcje Owsiaka, które pokazały wagę troski o dziecko: niezależnie od jego statusu, stanu zdrowia itd. Zmieniło się też stanowisko Kościoła, niegdyś wrogo nastawionego do „nieprawego” macierzyństwa. Wciąż zdarzają się księża robiący trudności przy chrzcie nieślubnego dziecka, na ogół jednak matka, która decyduje się urodzić takie dziecko, dokonuje w ich oczach czynu niemal heroicznego – wprawdzie zgrzeszyła, uprawiając przedmałżeński seks, ale broni życia poczętego. 
Naturalnie zjawisko dzieci nieślubnych jest stare jak instytucja małżeństwa. Występowało w czasach uchodzących za moralnie rygorystyczne i wtedy, gdy obyczaje były mniej surowe. W latach 1918-39 dzieci nieślubne stanowiły 6 proc. urodzonych. Rodziły głównie panny i młode wdowy (dzieci rozwódek było mniej; mało było rozwodów). Skądinąd aż do 1939 r. prawo zakazywało ustalania ojcostwa, a więc i roszczeń o alimenty od ojca – stąd częste porzucanie noworodków przez matki. 
Po 1945 r. wskaźnik nieślubnych dzieci zmniejszył się (do 4 proc.). Wprawdzie tzw. moralność socjalistyczna nie uznawała urodzenia bez ślubu za grzech, ale opinia społeczna wciąż traktowała je jako dowód złego prowadzenia się matki. Coraz częstsze stało się zjawisko nakłaniania par, którym trafiła się „wpadka”, do ślubu. Statystyki mogły wykazać mniej nieślubnych dzieci nie dlatego, że panny strzegły swej cnoty, ale dlatego, że – jeśli nie chciały poddać się aborcji – wychodziły w ciąży za mąż.
Lata 90. przyniosły falę „monorodzicielstwa”, ciągle jednak wśród Polek samotnie wychowujących dzieci przeważają te, które urodziły jako mężatki. Tylko 10 proc. samotnych matek to panny, 30 proc. to rozwódki, 25 proc. wdowy; reszta została porzucona przez męża, ale formalnie pozostaje w małżeństwie. 
Samotne macierzyństwo staje się poważnym zjawiskiem społecznym. Jest specjalnością miejską, choć to w mieście powszechniejsza jest antykoncepcja. Nie znaczy to, że na wsi panny rzadziej zachodzą w ciążę; po prostu, takie ciąże tuszuje się tam małżeństwem. Znamienne, że o ile na początku lat 90. blisko połowa dzieci rodziła się w okresie pozwalającym przypuszczać, że poczęcie nie było skutkiem, lecz powodem małżeństwa, to w 2000 r. takich przypadków było niespełna 40 proc. – i równocześnie rosła liczb urodzeń pozamałżeńskich. Wniosek: kobiety w ciąży nie kwapią się już tak do ślubu, a ich rodziny nie wywierają już tak silnej na to presji.
Mitem jest pogląd o tragicznej sytuacji samotnej matki. Statystyki dowodzą, że dochód na osobę w niepełnych rodzinach jest niewiele niższy niż pełnych rodzinach z dwojgiem dzieci. Samotne matki mają też niezłe szanse na pracę, choćby z racji wieku i wykształcenia (41 proc. ma średnie). Z samego tylko faktu niepełności rodziny dostają zaś pomoc od państwa. 
Problemem są matki najmłodsze, mające poniżej 19 lat. Większość nie ma lepszego wykształcenia (70 proc. nie ma nawet podstawowego). Im niższe wykształcenie, tym rodzą one częściej, i to niezależnie, na wsi czy w mieście. Na liczbę urodzeń nie ma też, wbrew pozorom, wpływu ani liberalizm, ani rygoryzm przepisów aborcyjnych. Rolę gra natomiast region: nieślubnych dzieci więcej jest w województwach biedniejszych, z bezrobociem i alkoholizmem. Znaczenie ma też środowisko: słabe więzi rodzinne, brak poczucia lojalności i obowiązku, niesamodzielność, niefrasobliwość itd. I roszczeniowość: im dłużej podstawą utrzymania, choćby marnego, samotnej matki jest dobroczynność, tym bardziej staje się ona bierna. Ten syndrom wyuczonej bezradności rozprzestrzenia się niczym wirus: matki przekazują go dzieciom, które nie znając innego sposobu bytowania, powtarzają go w swoim dorosłym życiu.

KB


 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl