Chirac obraża „nową” Europę


„Europa to Francja”

Wojciech Pięciak 



Nie, prezydent Chirac nie jest cholerykiem, nie cierpi na paranoję pieniaczą ani też nie jest politycznym idiotą, nawet jeśli to ostatnie sugerował pewien doradca premiera Blaira, gdy zapowiadał w rozmowie z „Timesem” (z 3 lutego), że „Chirac nie jest idiotą”, bo wie, że zagalopował się w kwestii irackiej i w końcu ustąpi duetowi Bush&Blair. 


Chirac nie ustąpił, za to przeciągnął na swą stronę większość Rady Bezpieczeństwa NZ, zmuszając USA i Wielką Brytanię do akceptacji faktu, iż debata o drugiej rezolucji Rady, która mogłaby legalizować interwencję w Iraku, jest odsunięta na początek marca. Potem zaś odegrał komedię – przez jednych nazwaną „niedyplomatycznym błędem” („Le Monde”), a przez innych „pokazem francuskiej arogancji” – i wskazał, także Polsce, miejsce w unijnym kąciku (dla Chiraca: „w rodzinie”). Przy okazji „biorąc pomstę” (jak pisał „Frankfurter Allgemeine”) za to, że Polacy, Węgrzy itd. (Anglików czy Hiszpanów Chirac przezornie pominął) ośmielili się podważyć dogmat, iż nie konsultowany z nikim głos Paryża i Berlina to „głos Europy” – i basta.
Jednak istota problemu leży gdzie indziej, poza sferą urażonej dumy czy histeryzowania nad niemiecko-francuską „osią zdrady” (Jerzy M. Nowakowski we „Wprost”). Chirac nie mówi, co wie, ale wie, co mówi. Pokazuje, nie tylko Bushowi, że Francja jest nadal, jakżeby inaczej, Grande Nation, mocarstwem, a nie jednym z wielu graczy w europejskiej „rodzinie”. Jakże inne, przykre wrażenie sprawia kanclerz Schröder – zakleszczony między krzepnącą opozycją, pełną zwątpienia własną SPD, a mizerią niemieckiej gospodarki – który swym fundamentalnym „nie” dla interwencji czepia się brzytwy, byle zostać u władzy. Chirac odwrotnie: wygląda na zadowolonego z siebie. I ma po temu powody.
W co więc on gra, gdy poucza Sekretarza Stanu Powella, że wojna „to zawsze rozwiązanie najgorsze” i „pokój jest możliwy”, trzeba tylko, bagatela, przekonać Husajna do współpracy z ONZ – a z drugiej strony zostawia sobie otwarte wszelkie opcje, z udziałem Francji w interwencji zbrojnej włącznie (Chirac do żołnierzy: „Musicie być gotowi na każdą ewentualność”)? Odpowiedź jest bardzo francuska: chodzi o interesy. Te same, które Chiracowi nie każą być drobiazgowym w kwestiach etycznych i formalnych, gdy w grę wchodzi traktowanie jak francuskiego folwarku tych państw Afryki, dawnych francuskich kolonii, które Paryż uważa za swą strefę wpływów, choćby chodziło o kwestie natury prestiżowo-sentymentalnej. Chirac, który tak dba o legalizm i dowartościowanie roli ONZ w przypadku Husajna, nie przywiązywał wagi do kwestii formalnych, gdy w minionych latach wysyłał Legię Cudzoziemską do walk w Republice Środkowoafrykańskiej (w 1996 r.) czy dziś na Wybrzeżu Kości Słoniowej, gdzie status wojsk pokojowych legioniści – uczestniczący w starciach między tamtejszymi wojskami rządowymi a rebeliantami od miesięcy – dostali, co za zbieg okoliczności, na tym samym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa, na którym występował Powell (w latach 90. Paryż trzymał łącznie 8 tys. swych żołnierzy w siedmiu krajach Afryki). A w minionym tygodniu Chirac zignorował protesty innych krajów Unii i zaprosił na międzynarodową imprezę do Paryża prezydenta Zimbabwe, którego reszta UE próbuje bojkotować, bo sfałszował wybory prezydenckie i mordował opozycję. 
Afryka to nie Irak. Na interwencji, która obali dyktaturę Husajna, Paryż może sporo stracić. Dlatego zachowuje sobie otwartą także „opcję wojenną”, by uczestniczyć w późniejszym „ustawianiu” (by użyć języka z Rywin-gate) polityki na Środkowym Wschodzie. A jakie interesy ma Francja w Iraku? Rozległe. Po pierwsze, gospodarka: od lat 70. Irak jest uprzywilejowanym i głównym partnerem Francji na Środkowym Wschodzie; w 2002 r. wymiana handlowa sięgnęła 1,6 miliarda euro. Od 1995 r. francuski gigant TotalFinaElf, ściśle związany z państwem, ma wstępną umowę z Husajnem na eksploatację wielkich złóż ropy w zachodnim Iraku (Irak ma w ogóle drugie co do wielkości złoża na świecie), ale nie może ich podpisać z powodu sankcji ONZ. O te złoża zabiega też ok. 40 innych koncernów światowych. Padnie Husajn, Total straci – chyba że wcześniej Bush okupi się Chiracowi jakimiś obietnicami. Po drugie, polityka: Chirac walczy o pozycję gracza, bez którego akceptacji nic stać się nie może, w Europie i świecie. Rodzimi żurnaliści nadali mu kiedyś przezwisko: „Kameleon Bonaparte”: że giętki, cyniczny człowiek władzy, z lekką manią wielkości... 
Król Francji Ludwik XIV zasłynął zdaniem: ,,Państwo to ja”. Przekaz Chiraca brzmi: „Europa to Francja”. Tak mu się przynajmniej wydaje. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl