Książka o procesie Kurii: czy warto było się spieszyć?


Blizna będzie krwawić

Filip Musiał



W styczniu, dokładnie w 50. rocznicę procesu Kurii krakowskiej, nakładem wydawnictwa Znak ukazała się poświęcona tym wydarzeniom książka Wojciecha Czuchnowskiego. Jego niewątpliwą zasługą jest dotarcie do świadków oraz prześledzenie późniejszych losów osądzonych przed pięćdziesięcioma laty księży i świeckich. Problem w tym, że autor zniekształca fakty, dokonuje błędnych interpretacji i w złym świetle stawia wiele osób nieżyjących. Ponieważ nie mogą się bronić, obowiązek ten spada na historyka.


Autor „Blizny” wydaje się nie rozumieć, że ma do czynienia ze sprawą znakomicie przygotowaną od strony propagandowej. Powiela wykreowaną wtedy wizję, wedle której głównym oskarżonym był Kościół. Idąc tym śladem, podstawowe źródła historyczne znajduje w pionach UB zajmujących się duchowieństwem. Dokumentacji procesu trzeba było jednak szukać, posługując się żargonem bezpieki, nie „po linii Kościoła”, ale „po linii podziemia narodowego”, ponieważ oskarżonych skazano za tzw. „działalność szpiegowską” – a w istocie za współpracę z emigracją niepodległościową, czyli za kontakty z Wydziałem Krajowym emigracyjnej Rady Politycznej.

Fakty i propaganda

Oczywiście, propagandowo sprawę wykorzystano do walki z krakowską Kurią. W czasie procesu wyraźne były dwie płaszczyzny: realnych zarzutów stawianych oskarżonym i propagandowej fikcji. Prasa przedstawiała rozprawę jako sąd nad chciwymi duchownymi handlującymi dewizami, gromadzącymi wszelkie dobra i przedmioty zabytkowe, ukrywającymi broń i prowadzącymi antypaństwową działalność. Drugi nurt – realnych zarzutów – ginie za propagandową zasłoną. Czuchnowski nie dostrzega tego, pisząc: „podstawą oskarżeń stały się zeznania trzech złamanych w śledztwie księży: Przybyszewskiego, Schmidta i Kurowskiego”. Faktycznie były one pożywką dla reżimowych dziennikarzy, kołem zamachowym antykościelnej nagonki, ale nie podstawą oskarżeń.
Autor przyjmuje perspektywę komunistycznej propagandy, pisząc że ks. Lelito stworzył „siatkę szpiegowską”. W „Bliźnie” czytamy: „Funkcjonariusze UB, którzy cały czas obserwowali księdza, szybko wykryli, że Lelito namówił do współpracy jeszcze trzech duchownych oraz troje ludzi działających w katolickich organizacjach młodzieżowych”. Zdanie to rodzi przekonanie, iż „wpadka” osób współpracujących na terenie krakowskim z emigracyjną Radą Polityczną została zapoczątkowana przez rozpracowanie ks. Lelity. W istocie był on jedną z kilkunastu osób objętych obserwacją, a w areszcie znalazł się w drugiej – z trzech głównych – fali aresztowań związanych ze sprawą.
Autor stwierdza także, iż notariusze Kurii, księża Pochopień i Brzycki po „brutalnym śledztwie (...) załamali się i zaczęli obciążać kolejnych kapłanów: kanonika Tadeusza Kurowskiego, kanclerza Bolesława Przybyszewskiego, a wreszcie arcybiskupa Eugeniusza Baziaka”. Jednak analiza zarówno protokołów ich przesłuchań, jak i doniesień agentów przeczy temu, jakoby to na podstawie zeznań notariuszy mieli być aresztowani wymienieni księża. Co więcej, w aktach bezpieki zachowała się informacja, iż ks. Przybyszewskiego ujęto, ponieważ po przeprowadzeniu pierwszej rewizji zaczął się ukrywać, co ze zrozumiałych względów wzbudziło zainteresowanie UB. Czuchnowski szafuje określeniem „załamali się” w śledztwie w stosunku do osób, które już nie żyją, z którymi nie rozmawiał. Jest natomiast wyrozumiały dla swoich obecnych rozmówców.

„Złamani” na wolności

Podstawową metodą śledczą, perfekcyjnie stosowaną przez zespół zajmujący się sprawą ks. Lelity, było stworzenie wrażenia, że wszyscy przesłuchiwani „sypią” i obciążają siebie nawzajem. Stosując tortury psychiczne i fizyczne, podczas długotrwałych przesłuchań starano się aresztowanych doprowadzić do załamania. Często tylko chwilowego, ale wystarczającego do podpisania sfingowanego protokołu przesłuchania. Ten podpis służył następnie jako straszak i szantaż. W ten sposób tworzono fikcyjną rzeczywistość, która w sądzie stawała się „materiałem dowodowym”. Osoby żyjące, udzielające relacji, mogą wytłumaczyć, dlaczego mówiły o pewnych faktach, zarysować przyjętą przez siebie w śledztwie strategię. Zmarli są bezbronni – pozostały po nich jedynie protokoły przesłuchań skrojone na miarę oczekiwań śledczych i w zgodzie z planowaną kampanią propagandową.
Współpracownicy Rady Politycznej skazani w tzw. procesie Kurii zostali ujęci wraz z dowodami rzeczowymi – instrukcjami i materiałami nadesłanymi z zagranicy. Dodatkowo UB przechwyciło listy z tajnopisami, zarówno te wysyłane, jak i przychodzące z emigracji. Rozpracowanie prowadzone przez MBP pod kryptonimem „Ośrodek”, jak i lokalne – dokonywane przez WUBP w Krakowie pod kryptonimem „Blok”, a następnie „Przyjaciele” – dostarczyło ubekom wiedzę o szczegółach łączności z emigracją. Osaczenie agenturą najpierw na wolności, a później w celi dodatkowo uzupełniło informacje posiadane przez UB. Przytłoczeni taką ilością materiału oskarżeni nie mogli zataić faktu swojej współpracy z emigracją.
Zdumiewa, iż Czuchnowski za całkowicie normalną uznaje np. rezolucję literatów potępiającą skazanych księży, tłumacząc, „iż podobne oświadczenia podpisywał wtedy każdy, kto w jakikolwiek sposób uczestniczył w życiu publicznym”. Rodzi to wrażenie, że na wolności ludzie dopuszczali się czynów niemoralnych, które wszakże były usprawiedliwione przez panujący terror. Czyżby w piwnicach bezpieki terror ten był mniejszy, skoro autor z taką dezaprobatą przyjmuje fakty „sypania” i „łamania się” odizolowanych w nich osób?

Kalki i niedopowiedzenia

Czuchnowski pisze, iż „Jan Szponder, dowódca organizacji na południu Polski, ukończył studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a potem uciekł do Niemiec (...) skontaktował się z emigracyjnymi władzami Zjednoczenia Narodowego [winno być Stronnictwa Narodowego – FM.]. Oświadczył, że w Kraju podpisał zobowiązanie do współpracy z UB po to, by móc uciec na Zachód. Zjednoczenie [sic!] uznało, że tłumaczenia Szpondera są wiarygodne i włączyło go w pracę tak zwanej Rady Politycznej”.
Bulwersować może używanie przez autora określenia „tzw. Rada Polityczna”, które jest kalką komunistycznej propagandy. Jednak istotniejsze jest konstruowanie zdań niedopowiedzianych, pozostawiających czytelnikowi pole do dowolnej interpretacji. Czuchnowski nie precyzuje bowiem, kiedy Szponder (od 1940 r. działacz Narodowej Organizacji Wojskowej) miał pójść na współpracę z UB i jak się z niej wywiązywał. Sprawa nie jest całkowicie nieznana. Szponder został zwerbowany 7 czerwca 1947 r. Wpadł w kocioł i w obawie przed aresztowaniem – jak sam twierdził, aby chronić posiadane przez siebie informacje, które mógłby wydać – podpisał zobowiązanie o współpracy, donosy sygnując następnie pseudonimem „Andrzej”. Wykorzystywano go do rozpracowania struktur krakowskiego NOW. Według akt bezpieki w jej sieci działał do chwili ucieczki w 1949 r. (wcześniej nie zdążył ukończyć AGH). Sam Szponder twierdził, że uchylał się od współpracy, a sąd organizacyjny, przed którym stanął na własną prośbę na emigracji, zrehabilitował go uznając, że nie zdradził żadnych istotnych informacji. Nie wiadomo natomiast, co słusznie podkreśla Czuchnowski, jaką rolę odegrał Szponder na emigracji. W tym czasie jednak bezpieka krakowska nie wykorzystywała go operacyjnie. Pamiętajmy też, że w procesie Kurii krakowskiej skazano jego przyrodnią siostrę i kuzyna, a w procesach odpryskowych kolejnych członków rodziny.

Bliżej prawdy

Nie sposób sprostować wszystkich błędów i przeinaczeń, które znalazły się w „Bliźnie”. Można jedynie, tytułem przykładu, wskazać kilka z nich. Ks. Józef Lelito po wyjściu z więzienia nie „osiadł w niewielkiej parafii świętego Wojciecha we wsi Dankowice”, lecz po rekonwalescencji od 1959 r. pracował w parafii Józefów na terenie Archidiecezji Warszawskiej. Następnie wrócił do macierzystej diecezji i pełnił funkcję wikariusza w Lanckoronie (1961–1966), a dopiero później przeniesiono go do Dankowic, skąd w 1974 r. wyjechał do Rabki. Ks. Jan Pochopień opuścił więzienie 16 maja 1955 r., a nie w 1959 r.
NOW było organizacją wojskową politycznie podporządkowaną Stronnictwu Narodowemu, a nie Zjednoczeniu Narodowemu, jak autor konsekwentnie nazywa SN. Ks. Lelito nie obciążył w śledztwie rodziny Kamieniarzów z Jeziorzan, ponieważ nie miał z nimi kontaktu. Piotr Kamieniarz był „skrzynką pocztową” Michała Kowalika. Czuchnowski pisze także, iż w wyniku zeznań Michała Kowalika aresztowano „co najmniej trzynaście osób, w tym członków najbliższej rodziny: brata i szwagierkę” – nie wyjaśnia jednak, o kogo chodzi. Można domniemywać, że ma na myśli Adama Kowalika i jego żonę Stanisławę – jeśli tak, to myli się w relacjach rodzinnych. Adam Kowalik nie był spokrewniony z Michałem, natomiast jego żona Stanisława była przyrodnią siostrą Szpondera.
Odwołanie zeznań przez ks. Wita Brzyckiego w czasie rozprawy zostało zaprotokołowane. Czuchnowski twierdzi, że było inaczej, ponieważ uznaje, że opublikowana w 1953 r. książka „Proces księdza Lelity i innych agentów wywiadu amerykańskiego” jest wiernym stenogramem rozprawy. Tymczasem jest to wersja pocięta przez reżimowych ideologów i przystosowana do potrzeb propagandowych.
Wątpliwości budzą również dokumenty wybrane do publikacji, wśród nich protokoły przesłuchań arcybiskupa Baziaka oraz księży Przybyszewskiego i Skowrona. Autor „Blizny...” niejednokrotnie podkreśla, że duchowni zeznawali pod przymusem, że byli torturowani psychicznie i fizycznie, ale decyduje się opublikować protokoły, które w znikomym stopniu stanowić mogą źródło historyczne. Są one efektem długotrwałej „pracy” śledczego nad oskarżonym i mają służyć celom przyszłej rozprawy, a nie odtworzeniu prawdziwej wersji wydarzeń. Z prawnego punktu widzenia protokoły te są dowodem bez wartości, gdyż ich podpisanie było wymuszone. Na tej podstawie już po r. 1956 w drodze rewizji nadzwyczajnej umarzano wiele spraw sądowych, jako pozbawionych dowodów. Dziś, jeśli chcemy zrozumieć, co się wtedy działo, musimy je poddać drobiazgowej analizie, wyłuskując z nich prawdziwe informacje i wyjaśniając, dlaczego te, a nie inne fakty się w nich znalazły. Żeby to jednak uczynić, musimy sięgnąć do wielu innych źródeł i przeprowadzić ich niezwykle staranną krytykę. Tej pracy Czuchnowski nie wykonał.
Niezaprzeczalnym atutem „Blizny...” jest świetny warsztat pisarski autora; książkę czyta się lekko i szybko. Ale właśnie pośpiech związany z wydaniem jej w rocznicę procesu z pewnością nie wyszedł jej na dobre. Ta „blizna” nie jest zasklepiona, a podejście autora do zagadnienia powoduje, że znów zaczyna krwawić.

Filip Musiał jest pracownikiem krakowskiego IPN.


WOJCIECH CZUCHNOWSKI „BLIZNA. PROCES KURII KRAKOWSKIEJ 1953”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2003.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl