Scenariusz interwencji w Iraku


Godziny wojny 

Edward N. Luttwak z Waszyngtonu 



Najpierw dwie doby zmasowanego ataku z powietrza, potem trzy szybkie ofensywy z północy i południa. Bez krwawych ulicznych walk, za to przy użyciu supernowoczesnej technologii – tak wygląda plan operacji w Iraku pod patronatem USA. Jej najważniejszym celem pozostaje wyzwolenie kraju spod władzy nieobliczalnych zbrodniarzy. 


Nawet teraz Saddam Husajn może jeszcze uniknąć wojny, która z pewnością obali jego reżim i prawie na pewno doprowadzi do niepewnej ucieczki lub śmierci dyktatora – razem z całą rodziną i być może tysiącami stronników. Nie musi nawet wydać wszystkich zakazanych pocisków, które posiada. Wystarczy, że każe otworzyć przekonującą liczbę składów amunicji, bunkrów i jaskiń, w których ukryta jest broń biologiczna, chemiczna i nuklearna, a marsz wojenny zatrzyma się, zaś inspektorzy ONZ będą kontynuować pomiary i niszczyć to, co znaleźli. 
Polityczne poparcie dla wojny zniknie nawet wśród zwolenników administracji prezydenta George’a Busha, a już z pewnością wśród większości Amerykanów i sojuszników Stanów Zjednoczonych. 
Co prawda niektórzy urzędnicy z Waszyngtonu i miliony Irakijczyków będą gorzko rozczarowani, że znowu nie udało się skończyć ze znienawidzonym tyranem i jego morderczą polityką, ale prezydent USA łatwo z tego wybrnie. Bush, który nigdy nie poświęcił się całkowicie ambitnemu celowi zniszczenia irackiego reżimu i który – w obliczu światowej krytyki – uporczywie żądał przede wszystkim jego rozbrojenia, byłby w pełni usprawiedliwiony ogłaszając bezkrwawe zwycięstwo. 

Stalingrad nad Tygrysem?

Jako marszałek polowy (wyjątkowej rangi – siedmiogwiazdkowy), dożywotni prezydent i premier Republiki Irackiej, przewodniczący Rady Dowództwa Rewolucji, sekretarz generalny rządzącej partii Baas i szef armii, Saddam Husajn ma z pewnością wystarczający zakres władzy, by wydać niezbędne rozkazy. Ale tylko nieliczni z tych, którzy śledzą losy jego kariery, wierzą, że uratuje się od katastrofy. Husajn bowiem konsekwentnie okazywał się mistrzem w organizowaniu represji w swoim kraju, ale skrajnym głupcem w takich kwestiach jak wojna, pokój i strategia wojskowa. 
Kiedy w 1991 r. Saddam stanął przed ultimatum ONZ, do końca wierzył, że Stany Zjednoczone i ich sojusznicy nie zaatakują Iraku – mimo licznej armii, którą wysłano do konfrontacji z jego wojskami. Możliwe, że dziś – może zmylony pustymi oświadczeniami, które co dzień napływają z Paryża, Berlina i Watykanu? – nie docenia George’a W. Busha, tak jak wcześniej nie doceniał jego ojca. Bardziej prawdopodobne jednak, że Husajn żyje w przekonaniu, iż może wygrać tę wojnę, jeśli tylko zastosuje odpowiednią taktykę. Polegałaby ona na wycofaniu najlepszych jednostek z dala od granic Iraku i zachowaniu ich do „stalingradzkiej” obrony Bagdadu: ulica po ulicy, budynek po budynku. W tym optymizmie mógł się zresztą umocnić, słysząc pesymistyczne wypowiedzi niektórych zachodnich komentatorów wojskowych, którzy przestrzegają przed sporymi stratami w walkach na zabarykadowanych ulicach, pod ciągłym ostrzałem okopanych czołgów, pocisków moździerzowych, snajperów i tysięcy milicyjnych ochotników – jak to było w październiku 1993 r. w stolicy Somalii, Mogadiszu. Także iraccy oficjele przypominają Amerykanom o sromotnym odwrocie po śmierci ich 18 żołnierzy i zapowiadają, że nawet jeśli amerykańskie i brytyjskie jednostki przedostaną się do Bagdadu, to nigdy nie przedrą się do centrum miasta ani pałaców Saddama i znowu będą zmuszone do ucieczki – tracąc wcześniej tysiące żołnierzy. 
Metoda prowadzenia wojny, która rozpoczyna się w sposób, w jaki większość wojen się kończy: uliczną obroną stolicy, jest na pewno oryginalna. Poniechanie obrony granic w obliczu miażdżącej przewagi amerykańskiego lotnictwa oraz chęć wciągnięcia sił wroga w głąb kraju, by dopiero tam toczyć z nim powolny, krwawy bój, świadczy o realizmie irackich strategów. Taktyka taka odpowiada Husajnowi także dlatego, że i oddziały jego ochrony – Specjalna Gwardia Republikańska, której 13 tys. żołnierzy to najbardziej zdyscyplinowane i najlepiej wyposażone wojsko irackie – są przygotowane głównie do walk w mieście. Specjaliści od walk ulicznych są też w pięciu samodzielnych (i liczących 25-30 tys. członków) jednostkach bezpieczeństwa Saddama rozlokowanych w całym kraju. Jeśli Husajn zechce osiągnąć przewagę liczebną, może sięgnąć po Fedayeen Saddam – żołnierzy jednostki zorganizowanej przez jego synów i liczącej 15 tys. mężczyzn z zaprzyjaźnionych klanów. A gdy w grę wejdą rzeczywiście duże dysproporcje sił, w odwodzie pozostaje ludowa armia Jaysh al-Sha’abi – partyjne oddziały milicyjne, które w samym Bagdadzie liczą 150 tys. kobiet i mężczyzn. 

Awanturnicy i spiskowcy

Przytoczone liczby robią wrażenie, ale każda z tych grup ma paraliżujące je wady. Ogromna milicja partyjna w większości składa się ze słabo wyszkolonych cywili uzbrojonych w krótką broń – bez wątpienia większość z nich rozproszy się, kiedy tylko znajdzie się pod ostrzałem. Walki uliczne wymagają większej biegłości, spoistości i sprawnego dowodzenia niż walka w otwartym polu – nawet w heroicznej bitwie o Stalingrad ochotnicze oddziały robotników załamały się już na początku walki. Pięć różnych rodzajów tajnej policji składa się raczej z urzędników, egzekutorów i oprawców niż z zawodowych żołnierzy, którzy potrafiliby walczyć na tyle sprawnie, by uniknąć poważnych strat. Z kolei Fedayeen Saddam to wiejscy awanturnicy, którzy mają za sobą skąpe szkolenie bojowe i dlatego są nieprzydatni w walce z doborowymi jednostkami; nie mają też atutu w postaci znajomości Bagdadu. 
Żaden z tych braków nie dotyczy Specjalnej Gwardii Republikańskiej. Jej członkowie będą szczególnie lojalni Saddamowi, bo większość z nich pochodzi z jego klanu – Al Bu Nasir i ojczystego regionu wokół miasta Tikrit nad Tygrysem. Są oddanymi pretorianami – z lepszymi mundurami i żołdem niż zwykli żołnierze oraz... oficerowie. Ci na dodatek są o wiele za blisko pałacowej polityki, by pozostawać w bezmyślnym i niewzruszonym oddaniu dla Saddama. Nie bez powodu wielu z nich zostało straconych za spiskowanie przeciw Husajnowi – i nie wszyscy byli niewinni. 
Saddam może oczywiście zawezwać do Bagdadu o wiele liczebniejsze siły całej Gwardii Republikańskiej. Jej dziesięć dywizji (100 tys. opłaconych zawodowych żołnierzy) jest lepiej wyszkolonych i uzbrojonych niż regularna armia, której poborowi są dziś słabsi niż w czasie pierwszej Wojny w Zatoce w 1991 r. – kiedy przed poddaniem się próbowali stawiać opór. Już wtedy zresztą cztery dywizje Gwardii – w przeciwieństwie do regularnej armii – twardo walczyły z oddziałami amerykańskimi. Jednak mimo elitarnego statusu, gwardyjskim załogom czołgowym i artyleryjskim brakło umiejętności, by utrzymać pozycje i uniknąć strat. Obecnie połowa dywizji Gwardii to lekkie jednostki z przewagą piechoty do walk ulicznych, ale reszta to oddziały pancerne (Al Medina, Al Nida) lub zmechanizowane (Hammurabi, Tawakalna, Adnan) i przez to zależne od transportowców, które dziś są łatwym celem dla samosterujących rakiet.
Trudno uwierzyć, że mieszkańcy Bagdadu, którzy tak długo cierpieli pod jarzmem Husajna (zwłaszcza szyicka wyalienowana większość i przynamniej milion niezadowolonych z dotychczasowych rządów Kurdów), pozostaną niewzruszeni na wieść o zbliżaniu się wojsk amerykańskich i brytyjskich. Nie należy wprawdzie oczekiwać spontanicznego powstania, które odda tym siłom miasto bez strzału – przynajmniej tak długo, jak Bagdadczycy będą się obawiali odwetu Saddama, a jego służby bezpieczeństwa pozostaną na służbie zamiast salwować się ucieczką. Jednak stosunkowo szybko może dojść do sąsiedzkich „polowań” na oprawców i informatorów reżimu, a wroga atmosfera może zniechęcić broniące miasta garnizony i skłonić je do dezercji. Całkowicie nieprawdopodobny wydaje się za to pogląd, że tysiące karabinów rozprowadzonych przez reżimową partię Baas zostaną użyte do czynnej walki w imię Saddama. 
Zaś co do obaw niektórych zachodnich analityków o ciężkie straty: istnieje smutny, ale mocny kontrargument widoczny prawie każdego dnia w potyczkach między jednostkami izraelskimi i o wiele liczniejszymi Palestyńczykami w Gazie. Ci ostatni mają o niebo więcej doświadczenia w walkach ulicznych od żołnierzy irackich i są z pewnością dzielni – nie boją się walki i śmierci. A jednak stojący po przeciwnej stronie świetnie wyszkoleni Izraelczycy ponoszą minimalne straty – mimo że w wąskich uliczkach Gazy nie mają takiej swobody korzystania z przewagi ogniowej, jaką w alejach Bagdadu mieć będą Amerykanie i Brytyjczycy. 

Ofensywy z południa i z północy

Żaden z tych czynników nie gwarantuje oczywiście łatwego zwycięstwa. Najpierw główne natarcie z Kuwejtu (amerykańska 3. i 4. zmechanizowana dywizja piechoty, 1 dywizja kawalerii pancernej oraz brytyjska 7. brygada pancerna) musi jak najszybciej przebyć 500 km dość dobrą, ale wąską siecią dróg, by dotrzeć do Bagdadu. Ten sam dystans pokonają potem drogą powietrzną lżejsze oddziały (natarcie mają wesprzeć śmigłowce bojowe elitarnej 101. dywizji powietrznodesantowej). Wylądują zapewne na pustyni niedaleko Bagdadu i połączą się z kolumnami pędzącymi z Kuwejtu. 
Także natarcie na drugie co do wielkości irackie miasto Al-Basra nie będzie łatwe. Al-Basra leży niespełna 80 km od Kuwejtu, ale celem tej misji będzie zniechęcenie Iranu do pomysłu przekroczenia rzeki Shatt, stanowiącej granicę obu państw, a jednocześnie sporne terytorium i scenę najgorętszych walk w wojnie iracko-irańskiej z lat 1980-88. Dlatego zachodnie jednostki będą musiały być wąsko rozmieszczone od południowego krańca Iraku w Al-Fau, aż do Al-Amary – około 240 km od Kuwejtu. Ten obszar – gęsty od rzek, kanałów i bagien – będzie sektorem działań amerykańskiej i brytyjskiej piechoty morskiej. Oddziały te dysponują nie tylko najlepszą piechotą w regionie, ale i mnóstwem łodzi i bojowych amfibii. 50 tys. żołnierzy na lądzie to wcale nie tak dużo, zważywszy na rozmiary i trudność tego sektora: irańscy agenci są wmieszani w lokalną grupę współbraci – szyitów, którzy co prawda nie pomogą znienawidzonemu reżimowi, ale nie pałają też miłością do przybyszy z Zachodu. 
Wreszcie cztery amerykańskie brygady, które mają przejechać przez wyswobodzony Kurdystan w północno-wschodnim Iraku w kierunku miast Mosul i Kirkuk, mogą mieć trudności już z osiągnięciem swojej „linii startowej”. Nawet jeśli ich żołnierze wylądują od razu na lotniskach w głębi Turcji (np. w Diyarbakir), to wozy bojowe i transportowe muszą dotrzeć tam z portów w Iskenderun i Mersin i pokonać prawie 500 km górskich dróg. 
Te trzy duże ofensywy – z relatywnie małymi jednostkami lądowymi i wieloma przeszkodami terenowymi do pokonania (nie mówiąc o sporych odległościach) – byłyby przedsięwzięciami niezwykle ryzykownymi, gdyby nie jedno: siły powietrzne. Nawet najmniejsze oddziały będą zdolne do pokonania liczniejszych wojsk dzięki możliwości przywołania nalotów. Prawdopodobieństwo trafienia przeciwnika, a nie swoich żołnierzy będzie o wiele wyższe niż w jakiejkolwiek poprzedniej wojnie, co udowodniła już operacja w Afganistanie – gdzie w przeciwieństwie do dotychczasowych doświadczeń, technika zadziałała dzięki nowoczesnej elektronice, od nawigacji satelitarnej GPS po rakiety samosterujące. 
Myśliwce wielozadaniowe i śmigłowce bojowe będą też – już tradycyjnie – przechwytywać kontrataki przeciwko skrzydłom poruszających się kolumn i przełamywać blokady na ich drodze, pozwalając na utrzymanie marszruty. 

Pierwsze 48 godzin 

Takie i inne działania będą niezbędne, by dotrzeć do Bagdadu najszybciej jak to możliwe. Im szybciej zobaczymy miliony mieszkańców irackiej stolicy radośnie świętujących swoje wyzwolenie, tym szybciej szkoda w postaci wojny zostanie naprawiona. Byłoby katastrofą, gdyby z powodu chęci zminimalizowania ofiar własnych główne natarcie zostało przełożone bądź dostosowane do zbyt przezornej taktyki. Jeśli zasłużeni oficerowie sprzeciwią się – w trosce o życie swoich żołnierzy – ryzyku zbyt wielkich strat, trzeba będzie ich natychmiast upomnieć: bo zachowawczość taka grozi powtórką z Tora-Bora. Osama bin Laden zdołał wtedy uciec i umocnił swój mit, bo ktoś uznał wówczas wysłanie amerykańskich jednostek na ostatnią linię za zbyt ryzykowne. 
Zanim jednak to wszystko nastąpi, dojdzie do wstępnego strategicznego ataku z powietrza o bezprecedensowych rozmiarach. Stanie się tak nie z powodu większej liczby samolotów w regionie niż w 1991 r. Przeciwnie – teraz będzie ich o ponad połowę mniej, w sumie nie więcej niż 700: amerykańskie F-16, F-15 i F-117 operujące z baz w Turcji, Kuwejcie, Arabii Saudyjskiej i Katarze, brytyjskie Tornado GR-4 z baz w Kuwejcie i z sześciu lotniskowców – „Ark Royal” i „Truman” na Morzu Śródziemnym, „Constelation” i „Lincoln” w Zatoce Perskiej oraz „Roosevelt” i „Kitty Hawk” na Morzu Arabskim. 
W 1991 r. mniej niż 150 myśliwców amerykańskich i nieliczne maszyny brytyjskie i francuskie mogły zrzucać „inteligentne” bomby, które stanowiły jedynie 10 proc. ich środków ogniowych, ale były odpowiedzialne za 90 proc. trafień. Teraz wszystkie samoloty uderzeniowe USA i Wielkiej Brytanii są uzbrojone w takie pociski – także ciężkie bombowce B-1 (z bazą w Omanie) i najnowocześniejsza jednostka na świecie: niewidoczny dla radarów samolot B-2; na czas operacji w Iraku zbudowano dla jego dwóch egzemplarzy specjalną bazę na wyspie Diego Garcia na Oceanie Indyjskim. Liczba celów, które mogą zostać zaatakowane w ciągu pierwszych 48 godzin ataku, powinna być zatem czterokrotnie większa niż w 1991 r. – kluczowa dla całej operacji wstępna kampania powietrzna ma być intensywniejsza i znacznie krótsza niż ówczesne trzy tygodnie. Ponad 900 rakiet typu Cruise, odpalonych z amerykańskich i brytyjskich lotniskowców i łodzi podwodnych – trzy razy więcej niż w 1991 r. – ma podwoić siłę wstępnego uderzenia. 
Celem nalotów mają być – jak podczas poprzedniej interwencji – sztaby wojskowe, służb bezpieczeństwa i partyjne, stanowiska łączności, sieci elektryczne i telefoniczne oraz oczywiście pałace i kryjówki Saddama Husajna. Ale największą grupą celów będą tym razem budynki rządowe, centra dowodzenia, baraki, bunkry, składy amunicji i wszystkie znane pomieszczenia ewakuacyjne i obozowiska ulubionych sił Saddama: Specjalnej i regularnej Gwardii Republikańskiej (szczególnie w rejonie Bagdadu) oraz pięciu różnych organizacji bezpieczeństwa. Bez względu na to, co wydarzy się później w bezpośredniej walce i jaki będzie jej wynik, wojna rozpocznie się skomasowanym atakiem na oprawców Irakijczyków. 


13 lutego 2003 


Przełożył Mateusz Flak



EDWARD N. LUTTWAK jest amerykańskim politologiem, doradcą w Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie. Stale współpracuje z „TP”.
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl