Lekcja historii

STANISŁAW LEM



Teraz, kiedy prawdziwa nawała pokojowa opanowała świat, kiedy coraz więcej jest przeciwników ataku na Irak i w protestach uczestniczą milionowe rzesze, warto odwrócić czas jak na scenie obrotowej i spojrzeć na to, co się działo w 1939 roku, kiedy Niemcy napadły na Polskę.
Atak ten poprzedzony był zrazu powolnymi, a potem przyspieszonymi krokami Hitlera, mającymi na celu unieważnienie klauzul Traktatu Wersalskiego, które silnie ograniczały zbrojenia Niemiec. W wiele lat po wojnie przeczytałem, że jeszcze przed ponowną militaryzacją Nadrenii, którą w Wersalu ustanowiono strefą zdemilitaryzowaną, doszło do tajnego porozumienia niemiecko-sowieckiego i na jego mocy Niemcom umożliwiono eksperymentowanie z bronią, także pancerną, na poligonach wewnątrz Rosji. Niemcy wykorzystali zresztą sposobność, by nanieść na mapy sztabowe rozmaite szczegóły, których znajomość pomogła im podczas kampanii sowieckiej.
Rzeczpospolita w ciągu miesiąca dostała się pod panowanie dwóch napastników, ale sojusznicy nasi, to znaczy Anglia i Francja, byli zobowiązani paktem do wejścia w akcję przeciwko Niemcom. I rzeczywiście to zrobili, aczkolwiek z pewnym pomiarkowaniem, bowiem zamiast prawdziwej walki doszło najpierw do tak zwanej drôle de guerre, czyli dziwacznej wojny, podczas której Francuzi siedzieli cicho za Linią Maginota. Alianci szykowali się jednak do kampanii, która doprowadziła do ogromnych zmian w dyslokacji sił na terenie Europy i nie tylko Europy. Działania angloamerykańskie, mimo początkowych klęsk, sprawiły, że siły niemieckie rozproszyły się na licznych teatrach wojennych, nawet i w Afryce. 
Gdyby do tego nie doszło, gdyby na przykład w Anglii powstał był wtedy taki ruch, jaki teraz hasłem „no war” usiłuje obalić rząd Blaira, i zadziałał skutecznie, a Ameryka nie zdecydowała włączyć się do wojny, wówczas siły, jakimi Niemcy dysponowali na Wschodzie, zostałyby odpowiednio zwiększone. Siły zaś sowieckie poniosłyby poważną stratę – nie byłoby umowy lend-lease, dostaw żywności amerykańskiej czy ogromnej masy środków łączności niezwykle ważnych dla Armii Czerwonej. Rosjanie przegraliby walkę o Stalingrad, a Niemcy odcięliby ich od zasobów ropy. Zapewne, zgodnie z planami Hitlera, po zajęciu Moskwy nastąpiłoby zatrzymanie sił niemieckich gdzieś na linii Uralu. 
Dalsza gdybologia jest utrudniona; nie wiemy, czy wobec przewagi Niemiec państwa zachodnie pozostałyby bierne. Być może widząc tak olbrzymią supremację i eurokontynentalizację niemiecką, Stany Zjednoczone w końcu by wkroczyły, a w 1945 czy 1946 roku pierwsze bomby atomowe spadłyby na Niemcy, a nie Japonię. To już czysta hipoteza, na którą nie nastaję. Jedno jest dla mnie jasne: my, Polacy, pozostalibyśmy dłużej pod okupacją niemiecką i oznaczałoby to dla nas biologiczną wręcz katastrofę. Rozbicie Sowietów byłoby naszym mniejszym zmartwieniem, ale panowanie niemieckie trwające nie wiadomo jak długo stałoby się koszmarem.
Na szczęście w latach 40. wielotysięczne manifestacje nie próbowały powstrzymać Anglii przed wkroczeniem do wojny przeciwko Niemcom. Dziś ruch pokojowy stał się istotnym czynnikiem na scenie politycznej, nabrał samoczynnego napędu i lawinowo się potęguje. Przybiera czasem postać szaloną – siedemset pięćdziesiąt australijskich niewiast kładzie się na golasa, by utworzyć ze swych ciał słowa „no war”. Skutki są jednak poważne: na przykład Austria zamyka swój obszar powietrzny przed Amerykanami i wzbrania się przed przepuszczeniem jakichkolwiek transportów wojskowych. Podczas gdy Francja w osobie Chiraca, który nas chamsko rugał za nasze proamerykańskie stanowisko, nie zdecydowała się jednak całkiem wykluczyć ewentualności podłączenia się do walki przeciwko Irakowi, o ile stałaby za tym rezolucja Narodów Zjednoczonych, o tyle Schröder odżegnuje się od wojny w sposób kategoryczny. Amerykanie rozważają możliwość przeniesienia baz wojskowych z Niemiec do Polski i Rumunii. A wszystko to zapoczątkowała skromna zrazu opozycja wobec uderzenia na Irak.
„Spiegel” w pięciu odcinkach drukował relację autora nazwiskiem Connolly (był on zdaje się doradcą prezydenta USA) opisującą manewry i wybiegi Saddama i jego niesłychaną przewrotność, mającą na celu utrudnić i udaremnić pracę inspektorów ONZ. Zwolennicy ataku na Irak tłumaczą, że trudno liczyć, by inspektorzy znaleźli cokolwiek w kraju tak wielkim, zresztą Saddam może czasowo wstrzymać zbrojenia, a kiedy inspektorzy wyjadą, zacznie dalej działać. Charakterystyczne jednak, że ruch stojący za pokojem właściwie nie próbuje pytać, w jakiej mierze intencją Saddama jest uzyskanie broni nuklearnej.
We wszystkich państwach, które nie są rządzone w sposób dyktatorski czy półdyktatorski, najważniejsze są dzisiaj badania opinii publicznej. Wedle nich redaguje się treści przekazywane w telewizji, prasie, radiu czy internecie. Jakikolwiek ruch Stanów Zjednoczonych przeciw Irakowi jest z góry wyklęty i przeklęty, i nawet gdyby okazało się, że jednak inspektorzy znaleźli, mówiąc umownie, dymiący pistolet, niczego to nie zmieni: ruch za pokojem ma już własną dynamikę i coraz trudniej go powstrzymać.
Jest to sytuacja bardzo utrudniająca życie Bushowi i jego administracji. Nie potrafię powiedzieć, jak z niej wybrnąć, wiem tylko, że w latach 40. ubiegłego stulecia sytuacja była zupełnie odmienna: rządy rządziły, opozycja w demokracjach parlamentarnych, owszem, istniała, ale to nie znaczyło, że głos Chamberlaina przeciwko głosowi Churchilla jest decydujący, społeczeństwa nikt nie pytał o zdanie, a ruch pokojowy nie był czynnikiem sprawczym w wielkiej skali. Warto tę lekcję historii przypomnieć. Mówi się przecież, że historia magistra vitae... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl