Rosja a Irak: między Waszyngtonem i Paryżem


Dyplomatyczne szpagaty piskorza

Anna Łabuszewska



Ujawnione właśnie rozbieżne stanowiska Stanów Zjednoczonych oraz Francji i Niemiec wobec kryzysu irackiego postawiły Rosję w niewygodnej sytuacji. Jednoznaczne opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron sporu ewidentnie zaszkodzi jej interesom. 


Jednym z najważniejszych kierunków rosyjskiej polityki zagranicznej ostatniego dziesięciolecia było wygrywanie animozji pomiędzy Europą i Ameryką. Rosja bezskutecznie starała się rozbić jedność sojuszników i dzięki ich osłabieniu zaistnieć na arenie międzynarodowej jako niezależny gracz i jeden z ośrodków „wielobiegunowego świata”. I oto teraz – bez starań – los zsyła jej spełnienie tego marzenia. Tyle że okazuje się, iż w dzisiejszej sytuacji niesie to raczej kłopoty: Rosja nadal jest za słaba, aby prowadzić samodzielną politykę. Nie stać jej zatem ani na przewodzenie antywojennej opozycji przeciw USA, ani na odwrócenie się od najważniejszych partnerów handlowych w Europie i bezapelacyjne poparcie militarnych planów Ameryki. Moskwa musi zatem ostrożnie lawirować i raz zapalić Panu Bogu świeczkę, a raz diabłu ogarek.
Można by powiedzieć, że to ulubiona taktyka Władimira Putina. Poza nielicznymi, acz ważnymi wyjątkami (jak choćby przyłączenie się po 11 września 2001 r. do montowanej przez USA koalicji antyterrorystycznej), rosyjski prezydent na ogół ucieka w polityce od zdecydowanych kroków. Jego znakiem firmowym jest pozostawanie w zawieszeniu, tworzenie maksymalnej ilości alternatyw, zwlekanie z dokonaniem jednoznacznego wyboru, otwieranie furtek, a nie palenie mostów. Trzeba przyznać, że ta metoda bywa skuteczna. Ale czy i tym razem wystarczy, by obronić interesy Rosji w dynamicznie zmieniającej się sytuacji międzynarodowej? Czy w pewnym momencie nie okaże się, że w tej nowej grze trzeba będzie postawić prawdziwą stawkę na prawdziwego konia, a nie tylko wieloznacznie uśmiechać się i żonglować cytatami z klasyków?
Tymczasem wygląda na to, że rosyjski przywódca również w dzisiejszej sytuacji wybrał właśnie taki galaretowaty model postępowania. Podczas ostatniej wizyty w Berlinie i Paryżu (której owoce rosyjska prasa zbyt pochopnie określiła jako „narodziny drugiej Ententy”) unikał antyamerykańskich deklaracji. Mówił o pokojowych sposobach kontroli nad zbrojeniami Iraku i o roli Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Ropa w naczyniach połączonych

Podczas wszystkich kryzysów międzynarodowych ostatnich lat Moskwa jak lew broniła wyłącznego prawa Rady Bezpieczeństwa ONZ do decydowania w kwestiach wojny i pokoju. I nie bez kozery. Jakiekolwiek modyfikacje ładu międzynarodowego, którego podstawę stanowi Organizacja Narodów Zjednoczonych, pozbawiłyby Rosję prawa – choćby już tylko formalnego – do współdecydowania o losach świata. Obecnie Rosja jako stały członek Rady, dysponujący prawem weta, nadal może występować w roli potęgi światowej, a nie tylko mocarstwa regionalnego. I skwapliwie korzysta z tego narzędzia, które odziedziczyła w spadku po złotych czasach ZSRR. Szef rosyjskiej dyplomacji codziennie zmienia ton nadawanych komunikatów w sprawie stanowiska wobec kryzysu irackiego: jednego dnia podkreśla, że Rosji zależy na zachowaniu jednomyślności w Radzie Bezpieczeństwa, a już nazajutrz zapowiada, że rosyjska delegacja może zawetować wniosek USA o rozpoczęcie interwencji militarnej w Iraku. Prezydent Putin na zmianę dzwoni do George’a Busha i chińskiego przywódcy Jiang Zemina, z którym też konsultuje sytuację w Zatoce Perskiej.
W całym tym galimatiasie wspólnych i sprzecznych interesów widać jedno: Moskwa (jak i inni gracze przy irackim stoliku) stara się uzyskać gwarancje ochrony swoich interesów po amerykańskim Blitzkriegu. Konwulsje dyplomatyczne zdają się świadczyć o tym, że rosyjskie podanie o odpowiedni kawałek irackiego tortu nie zostało uwzględnione. Rosyjskie firmy naftowe chciałyby zaś, po pierwsze, mieć uprzywilejowaną pozycję w dostępie do irackiej ropy. Po drugie, Rosja liczy na zwrot irackiego długu (jeszcze z czasów ZSRR) w wysokości ok. 8 mld dolarów. Po trzecie, i najważniejsze, domaga się utrzymania w ryzach podaży irackiej ropy po zwycięskiej wojnie. Wzrost podaży bowiem doprowadzi do zbicia wywindowanych obecnie cen. Każde rosyjskie dziecko wie zaś, że budżet państwa stoi na wysokich cenach tego surowca. Spadek notowań ropy może znacznie osłabić gospodarkę, a w efekcie zdestabilizować kruchą równowagę społeczną w Rosji i do strajków głodowych przystąpią już nie tylko nauczyciele z obwodu irkuckiego, którzy nawet dzisiaj – przy doskonałej koniunkturze – miesiącami czekają na swe mizerne pensje.

Rosyjska pieczeń na francuskim ogniu

Ropa naftowa to wiele, ale to jeszcze nie wszystko. Pozostaje pole gry politycznej. Do niedawna Europejczycy krytycznie patrzyli Rosji na ręce w kwestii łamania praw człowieka w Czeczenii. Temat ten był kością niezgody podczas większości spotkań rosyjskich delegacji oficjalnych z przedstawicielami Europy Zachodniej. Tymczasem po paryskiej wizycie prezydenta Putina wydano komunikat o uzgodnieniu stanowisk Rosji i Francji w kwestii przeprowadzenia referendum w Czeczenii (zbiegło się to z decyzją USA o wpisaniu trzech czeczeńskich organizacji na listę ugrupowań terrorystycznych, o co Moskwa od dawna zabiegała). Oznacza to przyzwolenie na kontynuację linii Kremla wobec zbuntowanej republiki. Referendum konstytucyjne, planowane na marzec, jest pomyślane jako przełomowy moment w „uspokajaniu” Czeczenii przez federalne centrum. 
Czy paryskie oświadczenie przyjęto dlatego, że sytuacja na Kaukazie Północnym jest bliska idylli? Można mieć poważne wątpliwości. Przewodniczący delegacji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy lord Judd po ostatniej wizycie w republice oznajmił, że w obecnych warunkach referendum mija się z celem, a przedstawianie go jako świadectwa uregulowania problemu czeczeńskiego to nadużycie. O tym, że niewiele się zmieniło, świadczą też niedawne dane o stratach armii federalnej: nawet w rzekomo spokojnym okresie ginie ok. 300 rosyjskich żołnierzy miesięcznie (nie licząc tych, którzy zmarli w szpitalach z ran).
Tymczasem prezydent Putin obiecał w Paryżu poprawę klimatu inwestycyjnego, a gospodarze zapewniali, że pomkną do Rosji z kapitałami i będą działać na rzecz ożywienia wymiany gospodarczej.

Nowy pałac Saddama

To na razie tylko słowa. Każdy z uczestników „okołoirackich” targów będzie mógł przecież jeszcze nie raz zmienić zdanie. Tak jak ciągle zmienia je rosyjska telewizja państwowa, komentując bieżące wydarzenia. Kiedy już ostatecznie – z nieukrywaną zresztą radością – pogrzebano na srebrnym ekranie NATO, odtrąbiono rozpad Unii Europejskiej, koniec koalicji antyterrorystycznej, a nawet rozłam w tandemie Waszyngton–Londyn, po paru dniach zaczęto studzić nastroje i znowu powtarzać znane motywy o nadrzędnej roli Rady Bezpieczeństwa ONZ, konieczności wypracowania wspólnego stanowiska wszystkich zainteresowanych, wsparciu międzynarodowych inspektorów w Iraku itd. Trudno się dziwić, że Rosjanie trochę się w tym wszystkim pogubili. Z jednej strony, demonstracja protestu pod ambasadą Stanów Zjednoczonych w Moskwie zamiast spodziewanych kilku tysięcy zgromadziła ledwie sto osób, przeważnie emerytów. Z drugiej, w ambasadzie Iraku w Moskwie trwają zapisy rosyjskich ochotników, którzy rwą się na wojnę, deklarując chęć obrony Bagdadu własną piersią. 
Na razie do Iraku pojechał błysnąć dyplomatycznie łysiną lider rosyjskich komunistów Giennadij Ziuganow, który konsekwentnie krytykuje Putina za sprzyjanie USA. Towarzysz Ziuganow został dopuszczony przed oblicze miłościwie panującego i miał szansę wygłosić płomienną antyamerykańską mowę. Podobnie jak kilka miesięcy temu wiceprzewodniczący parlamentu i lider rosyjskich nacjonalistów Władimir Żyrinowski, który w stanie wskazującym na obejście zakazu picia alkoholu wykrzykiwał obelżywe słowa pod adresem Ameryki i jej prezydenta. Taśmę z zapisem „wystąpienia” pokazała telewizja, co przyczyniło się do natychmiastowego wzrostu podupadającej popularności Żyrinowskiego. Co prawda, niektórzy byli oburzeni knajackim językiem parlamentarzysty. Ale nie bardziej niż szokującą oprawą występów wokalnego duetu „Tatu” (fakt, że ich piosenka zajęła pierwsze miejsce na brytyjskiej liście przebojów, porównywano bez mała do podboju kosmosu przez Gagarina). Jeden z najpopularniejszych talk-show kanału NTW poświęcono parę dni temu dywagacjom: kto bardziej zasługuje na potępienie – nieodpowiedzialny polityk, używający publicznie przekleństw, czy podlotki, które pozują na dewiantki i apelują do niskich instynktów. 
Natomiast niezaprzeczalnie do wysokich ideałów odwołuje się przywódca państwa, stanowiącego jedną z części składowych Związku Białorusi i Rosji. Przyjmując niedawno listy uwierzytelniające od nowego ambasadora Iraku w Mińsku, Alaksandr „Bat’ka” Łukaszenka oprócz czołobitnego wyznania o wielkości Allaha wygłosił kilka krzepiących zdań, wspierających Saddama – bojownika przeciw amerykańskiemu dyktatowi. Państwowa prasa białoruska regularnie występuje z oskarżeniami pod adresem żarłocznej atlantyckiej soldateski, a w telewizji pojawiają się wypowiedzi o możliwym przygarnięciu Husajna przez Białoruś. Pokazano nawet dom (architektura w stylu „późny Gierek”), który zdaniem pomysłodawców znakomicie nadawałby się na nowy pałac Saddama. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl