Teraz Polska

Marcin Król



Przyznaję się bez bicia: poszedłem do sklepu w pobliskim miasteczku, żeby kupić butelkę wódki. Ponieważ obecnie mamy dziesiątki nowych i nieznanych dotychczas nazw i marek, zapytałem sprzedawcę, która jest najlepsza. Odpowiedział bez wahania, że ,,ta a ta” (nie będę reklamował jednej marki wódki). Zapytałem dlaczego. „Bo nie polska – odpowiedział – na fińskiej licencji”. Mój świat się zawalił. Wódka dobra, bo nie polska. Niedawno Prezydent żartował, czy mamy wiele do wniesienia do Europy poza wódką, a tu się okazuje, że my nie chcemy pić naszej wódki, a nawet marnie ją oceniamy. Oczywiście picie wódki nie jest pożądane ani wskazane, więc być może polscy producenci starają się o polskich konsumentów i obrzydzają im picie produkując gorszy trunek niż w Finlandii.
Inne rozczarowanie przeżyłem kupując nowy odkurzacz marki Zelmer. Z dumą oglądałem odkurzacze tej firmy w zachodnich supermarketach. Okazało się jednak, że tylko marka jest polska – reszta nie. Naturalnie w czasach kapitalizmu i wolnego handlu zrozumiałe jest, że zachodnie firmy u nas inwestują, a nawet wykupują nasze najlepsze przedsiębiorstwa. Polski produkt polegałby zatem nie na tym, że jest wytwarzany w Polsce lub ma polską markę, lecz na tym, że powstaje dzięki polskiemu kapitałowi. Słyszymy o wielu polskich poważnych biznesmenach, lecz wielu z nich niczego nie produkuje, tylko pośredniczy lub ma mniejszościowy udział w wielkich firmach światowych, które w Polsce inwestują. Przecież Aleksander Gudzowaty nie produkuje w Polsce ropy, tylko zarabia na pośrednictwie. Zaś firma Optimus, której twórcę i byłego właściciela teraz się prześladuje bez jasnych powodów, konstruowała komputery, ale przecież z niepolskich części. Nie ma w tym naturalnie nic złego. Pytam tylko: gdzie jest polski kapitał inwestycyjny? Produkujemy naturalnie węgiel i kilka innych bardzo nisko przetworzonych produktów, ale produkcja ta jest możliwa dzięki kapitałowi skarbu państwa i z reguły nie jest dochodowa, lecz przynosi straty. Nawet tradycyjna polska specjalność o wysokim stopniu przetworzenia, czyli stocznie, upadają lub są na progu upadku. 
Polskim towarem rolniczym, który kupujemy z świadomością, że to polski wyrób, jest tylko świnia. Bo przecież bułki, które jadamy, są najczęściej nie z polskiej pszenicy, zaś kartofle o tej porze roku trzeba kupować raczej greckie niż polskie. 
Wszystkie te obserwacje nie zmierzają w najmniejszym stopniu do tego, żebym chciał obrażać nasza dumę narodową, lecz do zdania sobie sprawy z naszej sytuacji w przededniu wejścia do Unii Europejskiej. Chodzi mi nie o to, co Polska ma do zaoferowania Europie, ale czy istnieje polski kapitał, który może konkurować z europejskim i jak ten kapitał jest lokowany. Wprawdzie umowy z Unią zawiera rząd, ale rzeczywista współpraca będzie się odbywała nie tylko na poziomie państwowym, ale przede wszystkim na poziomie biznesowym i społecznym. Czy mamy do zaoferowania coś naprawdę naszego, poza robotnikami sezonowymi, czy też grupą specjalistów (informatycy, lekarze), których kształcenie w Polsce wciąż jest tańsze niż w Unii? 
Dlaczego to jest ważne? Nie z racji prestiżowych, ale dlatego, że chociaż należy się cieszyć z tego, że zagraniczny kapitał chce w Polsce inwestować, nasz kraj nie będzie względnie suwerenny (bo tylko o względnej suwerenności można tu mówić), dopóki nie będzie dysponował własnymi kapitalistami, którzy nie tylko pośredniczą lub produkują z zagranicznych podzespołów, ale sami mają dość pieniędzy i pomysłów, żeby uruchamiać polską produkcję. Nie ma w tym śladu nacjonalizmu, a tylko zdrowy rozsądek. Potęgi azjatyckie – dziś już zresztą nie tak potężne – wyrosły na równoczesnych inwestycjach zagranicznych oraz produkcji własnej. Jak jest nasza produkcja własna? Zachęcam czytelników do sporządzenia listy takich produktów, a chętnie znowu o tym napiszę.







 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl