Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Specjalna czyli nadzwyczajna

Anna Mateja Niech wszyscy wiedzą tyle samo...








 

 




  
Specjalna czyli nadzwyczajna

Lew Rywin, odmawiając odpowiedzi na pytania członków sejmowej komisji śledczej, postawił, choćby i mimochodem, dwie kolejne ważkie kwestie związane z jego (i podobnymi) sprawami. Pierwszą jest znaczenie wymiaru proceduralnego prawa. Drugą: charakter ustrojowy nadzwyczajnych instytucji w rodzaju sejmowej komisji śledczej właśnie. 
Możliwość odmowy odpowiedzi na pytania (przez podejrzanego) lub składania wyjaśnień (przez oskarżonego) należy do istoty prawa do obrony w procesie karnym. Aby zostało ono zachowane, musi być respektowane bez żadnych wyjątków – zwłaszcza bez względu na stosunek do podejrzanego czy oskarżonego. To prawnicze abecadło. Oczywiście – w przypadku Rywina rzecz mogła się wydawać nieco skomplikowana: choć przed komisją stawał jako świadek (bo w innym charakterze stawać przed nią nie mógł), to równocześnie jest podejrzanym w procesie prowadzonym przez prokuraturę. Sama komisja dodatkowo zagmatwała sprawę… nie odbierając od Rywina przyrzeczenia prawdomówności (jakie przed sądem składać muszą świadkowie, a od którego zwalnia się oskarżonych, bo ci mogą w swej obronie kłamać bądź zatajać prawdę). Swoje dołożył sam Rywin, ogłaszając z góry, że nie odpowie na żadne pytanie (jako podejrzany ma prawo odmówić odpowiedzi na poszczególne pytania – bo generalna odmowa przysługuje tylko podejrzanym i oskarżonym). 
Te proceduralne zawiłości prowadzą do kwestii statusu komisji śledczej: otóż ma ona charakter nadzwyczajny. Niektórzy prawnicy (prof. Jan Widacki) twierdzą nawet, że jej działalność jest wyjątkiem od zasady trójpodziału władz. Normalnie bowiem postępowania karne prowadzić powinny organy śledcze (prokuratura) i sądy. Zadaniem komisji sejmowej jest zaś co najwyżej ustalenie ewentualnego wymiaru politycznego korupcyjnej propozycji Rywina. Naturalnie oba wątki mogą się przeplatać: elementy polityczne łączyć z kryminalnymi. Nie znaczy to jednak, że komisja sejmu III RP powinna mieć większe uprawnienia niż sąd III RP. 

 
Krzysztof Burnetko






Niech wszyscy wiedzą tyle samo...

Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu przedstawiło kolejny pomysł na wyrównywanie szans młodego pokolenia: obowiązkowa dla wszystkich szkół – tak publicznych, jak niepublicznych – „siatka godzin”, czyli sztywna regulacja, ile godzin w tygodniu ma być przeznaczone na poszczególne przedmioty. 
Dotąd szkoły prywatne i społeczne mogły realizować materiał z poszczególnych przedmiotów według własnych programów autorskich. Był to zresztą jeden z najważniejszych powodów ich powstania: opracowanie programu nauczania, uwzględniającego w pierwszej kolejności talenty, zainteresowania i potrzeby uczniów (oraz szanującego ich prawo do wolnego wyboru), a nie wymogi urzędników. Ministerialne podstawy programowe, zawierające obowiązkowy materiał z każdego przedmiotu, były wskaźnikiem tego, co uczniowie musieli wiedzieć po ukończeniu kolejnego etapu kształcenia. Ile potrzebowali na to godzin, zależało w szkołach niepublicznych od kreatywności nauczycieli i zdolności uczniów, którzy zaoszczędzone godziny mogli przeznaczyć na naukę przedmiotów potrzebnych na maturze czy do egzaminów na studia.
Skoro było tak dobrze, dlaczego zaczęto poprawiać? Urzędnicy MENiS twierdzą, że chodzi o to, by uczniowie po różnych szkołach mieli porównywalną wiedzę. „Cykl nie krótszy, wymiar nie niższy” – jak napisano w projekcie nowelizacji ustawy oświatowej, która ma wprowadzić obowiązkową siatkę godzin. Oczywiście, reguły powinny być jednakowe dla wszystkich – tyle że na etapie wyników nauczania, a nie ich osiągania. Rzecz w tym, że urzędnikom łatwiej sprawdzić, czy odbyła się narzucona liczba godzin i „materiał został zrealizowany”, niż opracować wiarygodne sposoby weryfikacji wiedzy, jaką podczas tych godzinach przekazano. To po pierwsze.
Po drugie, i ważniejsze: jeśli uczniowie mają posiąść porównywaną wiedzę (i mieć zbliżone szanse podczas egzaminów do następnych etapów kształcenia), to dlaczego wysiłki ministerstwa nie skupiają się na tym, by dzieci ze szkół publicznych (zwłaszcza tych wiejskich, bo tu dysproporcje są największe) mogły uczyć się tak, jak dzieci ze szkół prywatnych? To też zbyt trudne? Tylko w takim razie, po co nam ministerstwo, które mnoży biurokratyczne byty, zamiast zajmować się rozwiązywaniem rzeczywistych problemów, przerastających możliwości jednostek? Bo tak się składa, że jeśli w polskiej edukacji ostatnich lat dokonało się coś ważnego, to było to w głównej mierze zasługą „Siłaczek” – jednostek, które bez odgórnych dyrektyw zakładały szkoły społeczne, pisały nowe podręczniki nie mogąc doczekać się jednolitych podstaw programowych i wymagań egzaminacyjnych; ludzi, którzy mieli odwagę wprowadzać coś nowego i trudniejszego.


Anna Mateja











Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl