Sprzedać „Dwójkę”!

Andrzej Kaczmarczyk



Mamy już pierwszy sukces i pierwszą ofiarę dochodzenia w aferze Rywina. Sukcesem jest zablokowanie prywatyzacji Programu 2 TVP, która, prawdopodobnie, oznaczałaby uwłaszczenie grupy medialno--politycznych oligarchów. Ofiarą – sam pomysł prywatyzacji „Dwójki”. Zablokowanie jego realizacji, być może na lata, godzi w obywatelskie prawo do informacji.



O pomysłach sprzedaży publicznej „Dwójki” lub „Trójki” media donosiły od dawna. Możliwość prywatyzacji stwarzała nowa ustawa o radiofonii i telewizji. Sprawa doczekała się jednak rozgłosu dopiero przy okazji afery Rywina. Od kiedy idea prywatyzacji „Dwójki” związała się, w oczach opinii publicznej, z aferą korupcyjną, poszukiwania pomysłodawcy przypominają chodzenie od Annasza do Kajfasza. Polityka, który w takiej atmosferze zaproponowałby prywatyzację kawałka publicznego molocha, bracia posłowie roznieśliby na szablach.
Na szczęście nie jestem politykiem, nie mam też pieniędzy na kupno choć garści udziałów nowej telewizji, więc mogę głośno zaproponować: sprywatyzujmy „Dwójkę”, a „Trójkę” zregionalizujmy! To, co zostanie, pozbawmy prawa do emisji reklam, opłacając z taniego, jednak w pełni ściągalnego abonamentu. Przyznam się od razu, że mam w tym interes. Taki sam, jak miliony innych obywateli: chcę realizacji konstytucyjnej zasady wolności słowa oraz dostępu do informacji z jak największej liczby konkurencyjnych źródeł. Niekoniecznie telewizyjnych, bo wbrew pozorom nowa ustawa o radiu i TV zdecyduje nie tylko o kształcie TVP, czy – szerzej – rynku mediów elektronicznych. Jej konsekwencje odczują również gazety i czasopisma. 
Czytelnicy, słuchacze i widzowie są przekonani, że wydawcy i nadawcy z myślą o nich tworzą oraz uatrakcyjniają swą ofertę. To często błędne przekonanie. Media żyją z reklam, co widać najlepiej na przykładzie komercyjnych mediów elektronicznych, które ani nie dostają abonamentu, ani nie mogą sprzedać w taki sposób produktu, jak prasa. Mimo kryzysu mówimy o sumie prawie 10 mld zł rocznie w skali kraju (liczone według oficjalnych cenników). To te miliardy powodują, że opłaca się kupować drogie licencje na sprawdzone programy lub nadawać wydanie programu informacyjnego z drugiego kontynentu. To dzięki nim dostajemy nie tylko główne wydanie gazety, ale też stertę kolorowych dodatków i magazynów. Nasza ulubiona rozgłośnia czy stacja telewizyjna może nas nawet kochają, ale na pewno nie żyją samą miłością. Żyją z reklamy.
Do mojej redakcji codziennie dociera internetowe wydanie „Pressserwisu” – branżowego serwisu dla ludzi mediów. Przeciętny widz i czytelnik na próżno szukałby w nim informacji, zapełniających gazetowe lub telewizyjne czołówki. Serwis jest długą litanią nowych kampanii reklamowych oraz informacji o obsługujących je domach medialnych i mediach, którym zlecono publikację. Kto jest na liście – dolce vita. Kto nie jest – żyzń prakliata.
2/3 dochodów z tortu reklamowego w Polsce zagarnia rynek telewizyjny. Połowa tego kawałka trafia do telewizji publicznej: trzech programów ogólnopolskich i jednego satelitarnego. TVP – dyktatora rynku – zasilają więc dochody z reklam, abonament i korzyści, jakie daje posiadanie półwiecznego archiwum. Konkurencją są: trzy programy naziemne i cztery satelitarne (w tym TV Puls w stanie śmierci klinicznej). 25 proc. wydatków na reklamę przechwytuje prasa. Reszta trafia do radiofonii (część także do publicznej, czyli korzystającej z abonamentu).
W kraju kryzys, więc firmy ograniczają wydatki, także na reklamę. Radia tną koszty, zmieniając ramówkę w myśl haseł: „Więcej grania, mniej gadania” czy „Jeszcze więcej muzyki”. Upragnionym docelowym odbiorcą mediów jest już chyba tylko dynamiczny i z pieniędzmi 20-40-latek. Kto poza nim kupi unowocześnioną wersję samochodu tylko dlatego, że ma inną wycieraczkę? Albo doskonale zbędny produkt, jakim są nowe dzwonki do telefonu komórkowego? Nabywca jedynie proszku do prania musi zrozumieć: mało kupujesz, mało dostajesz.
Wśród nadawców telewizyjnych toczy się bój. Potajemnie do oficjalnych cenników stosują rabaty, nawet 70 proc. W tej wojnie, jak w obozie wygłodniałych uchodźców, wygrają nie najbardziej potrzebujący, lecz najsilniejsi, a najsilniejszy jest magazynier, czyli TVP. Według danych Expert Monitora, firmy badającej rynek reklam, TVP za reklamy wyemitowane w 2002 r. powinna otrzymać ponad 2,5 miliarda złotych. Zdaniem Krajowej Rady uzyskała niecały miliard. Różnicę czynią rabaty.
Można by powiedzieć: niech walczą, to wolny rynek. Rynek nie jest jednak wolny, ale reglamentowany, podzielony przez ustawodawcę i Krajową Radę. Coraz tańsza reklama telewizyjna staje się najprostszym sposobem dotarcia do odbiorcy, zmniejszając wpływy reklamowe prasy. Jeśli jednak 70 proc. Polaków czerpie informacje z telewizji, a tylko 1/3 z gazet, może nie zginiemy? Nieprawda. Dzień pracy dziennikarzy mediów elektronicznych zaczyna się od prasówki (o ile ich firmy zatrudniają jeszcze dziennikarzy, a nie media workers, czyli pracowników mediów). To dziennikarze prasowi prowadzą śledztwa i przeprowadzają analizy. I to w gazetach toczy się dyskusja o stanie III RP. Jeżeli terroryści mają wolne, a tornado nie przeszło przez Trafalgar Square – wieczorne, główne wydania programów informacyjnych otworzą newsy, które rano zamieściły „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita” lub „Super Ekspres”. Potem skomentują to publicyści „Polityki”, „Newsweeka” i „Tygodnika Powszechnego”, bo polskim mediom elektronicznym brakuje także komentatorów. To prasa jest pracowitą pszczołą. Media elektroniczne – błyskotliwym trutniem (najbliżej baru siedzi truteń publiczny).
Czeka nas gorąca wiosna medialna: działania Komisji Śledczej, która oprócz poszlak może ustali też fakty; wybór trzech z dziewięciu członków Krajowej Rady i nowych składów rad nadzorczych wszystkich spółek radiofonii i telewizji publicznej. Zostanie też podjęta decyzja co do kontynuacji prac nad nowelizacją ustawy o radiofonii i telewizji, która może na długo zakonserwować rynek medialny, wzmacniając pozycję i uprawnienia Krajowej Rady. Mam jednak nadzieję, że prace rozpoczną się od nowa. I to nie ze względu na tajemniczą „grupę trzymającą władzę”, lecz dlatego, że ta nowelizacja skonstruowana jest w myśl filozofii państwa posiadającego, nawet za cenę psucia rynku, a nie zgodnie z zasadą państwa regulującego. Poza tym, nawet jeśli nie wiadomo, w czyim interesie ustawę napisano, na pewno nie jest to interes ogółu obywateli – a zwłaszcza ich prawa do wolności słowa i dostępu do informacji.

ANDRZEJ KACZMARCZYK jest dziennikarzem krakowskiej rozgłośni Polskiego Radia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl