Ci, którzy się „załamali”, też byli męczennikami


Nie szargać pamięci!

Ks. bp Ignacy Jeż



Ocenianie oskarżonych w procesie Kurii słowami: „wielu nie wytrzymało tortur fizycznych i psychicznych, więc sypali”, „gadali świeccy, gadali księża”, „podczas przesłuchań gadał bez opamiętania, obciążając wielu ludzi”, zrodziło we mnie pytanie, czy mamy do takich ocen prawo.


W czasie procesu Kurii krakowskiej w 1953 r. byłem rektorem Seminarium Duchownego im. św. Jacka w Katowicach. Po odebraniu praw państwowych gimnazjum katolickiemu, ks. bp Stanisław Adamski nie zlikwidował szkoły, tylko przekształcił ją w niższe seminarium duchowne. Gdy pytałem go, czego oczekuje od tego zakładu, powiedział: „Jeżeli 10 proc. chłopców przyjętych do pierwszej klasy (wtedy: ósmej), po wewnętrznej maturze zdecyduje się pójść do wyższego seminarium, by studiować teologię, będę zupełnie zadowolony, boć reszta będzie miała katolickie wychowanie i odegra swoistą rolę w życiu jako katolicy świeccy”. To mnie, jako odpowiedzialnemu za kierunek wychowania, wystarczyło.
Byłem młodym jeszcze księdzem, ale z dużym doświadczeniem: poza pięcioma latami pracy duszpasterskiej w parafii NMP w Wielkich Hajdukach (dzisiaj Chorzów Batory) pod Katowicami (w tym dwa lata przed wojną, trzy w czasie okupacji niemieckiej), byłem dwa i pół roku w obozie koncentracyjnym w Dachau, które spokojnie można było liczyć podwójnie. Ustawienie linii wychowawczej szkoły katolickiej w systemie komunistycznym nie było łatwe. Chłopcy przecież nie tylko chodzili do szkoły, ale czytali ówczesną prasę, słuchali wiadomości radiowych. Relacje z procesów: Kurii krakowskiej czy ks. biskupa Czesława Kaczmarka miały odpowiednie zabarwienie. Szkoła katolicka musiała do tych wydarzeń dać swój komentarz. I dawała.
Dla nas, wychowawców w katolickiej szkole, nie było wątpliwości, że proces Kurii krakowskiej jest prowokacją, sprawą kunsztownie i precyzyjnie sfingowaną, a ludzie stający przed sądem są ofiarami systemu i propagandy, która chciała przedstawić Kościół opinii społecznej w jak najgorszym świetle. O podsądnych mówiliśmy jak o bohaterach i męczennikach, którym należy się szacunek i cześć, choć przedstawia się ich jako ludzi słabych i załamujących się. Może taka „linia obrony” była niebezpieczna i ryzykowna, ale zgodna z katolickim sumieniem. Na lekcjach tzw. „Służby Polsce” prof. Józef Kokot dał uczniom skrypt, w którym po lewej stronie były tezy programu państwowego, a po prawej – katolicka na te tezy odpowiedź. Gdy zamknięto barak „Krucjaty Trzeźwości” prowadzonej przez ks. Franciszka Blachnickiego, przyjęliśmy jego młodzież do naszych sal szkolnych, bo jego działalność również była zgodna z naszą linią wychowania. Liczyliśmy się z konsekwencjami, także z zamknięciem seminarium, co stało się w 1962 r.
Długo zastanawiałem się, czy zareagować na wywiad Jana Strzałki z ks. Czesławem Skowronem „Czasami mocni, czasami słabi” („TP” nr 4/2003). Jednak ocena postawy oskarżonych wyrażona słowami: „wielu nie wytrzymało tortur fizycznych i psychicznych, więc sypali”, „gadali świeccy, gadali księża”, „podczas przesłuchań gadał bez opamiętania, obciążając wielu ludzi”, porównań, że niby świeccy lepiej sobie poradzili w procesie od duchownych, zrodziła we mnie pytanie: czy można tak oceniać?
Gdy znalazłem się w 1942 r. w obozie w Dachau jeszcze nie wiedziałem, co to jest głód. Przy śmietniku zobaczyłem więźnia, profesora, zbierającego obierki ziemniaka, żeby nimi zapchać żołądek. Robił to mimo ostrego zakazu władz obozowych i rad współwięźniów, że bardziej sobie nimi zaszkodzi, niż pomoże. Nie przyjmował jednak żadnych argumentów. Mnie ogarnęła nad nim litość. Zrozumiałem, że są takie momenty w życiu, gdy trudno ocenić postępowanie drugiego człowieka. Dlaczego więc w ogóle go w takiej sytuacji oceniać?
Stawiając to pytanie, chcę bronić naszej linii wychowawczej wobec młodzieży, która teraz, w dojrzałym wieku, czytając wywiad zestawi go z tym, co mówiliśmy im, gdy byli młodzi: że ówcześni podsądni byli bohaterami i męczennikami. Pamięć, jaka została z tych czasów okropnych, klimatu nieludzkiego jest świętością. Czy wolno do tamtych czasów przykładać miarę czasów obecnych? My, o wiele starsi, też inaczej patrzymy na to, co przeżyliśmy. Rzymianie mówili „de mortuis nihil nisi bene”. Kto wie, czy nie należałoby tego powiedzenia rozszerzyć, gdy idzie o niektóre dziedziny życia niedalekiej przeszłości.


KS. BP IGNACY JEŻ (ur. 1914) jest biskupem-seniorem diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl