Przyzwoitość nie jest chlebem powszednim

Z prof. Jerzym Jedlickim, historykiem idei, rozmawiają Krzysztof Burnetko i Jarosław Makowski



TYGODNIK POWSZECHNY: – Wszyscy narzekają, że żyjemy w nieprzyzwoitych czasach, ale ostatnio znowu zaczęto w Polsce słowa „przyzwoitość” używać. Paradoksalnie okazją jest wielka afera korupcyjna. To w związku ze sprawą Rywina mówi się o skrajnie nieprzyzwoitej propozycji łapówkarskiej złożonej ludziom, którzy w przeszłości wielekroć właśnie w imię przyzwoitości gotowi byli iść do więzienia. W imię przyzwoitości także wzywa się szefa publicznej telewizji, by zawiesił pełnienie funkcji do wyjaśnienia afery, bo może być w nią zamieszany. Inna sprawa, że prezes i Rada Nadzorcza TVP oraz Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji niewiele sobie z tego robią. Jak to więc jest z tą przyzwoitością w Polsce? 
JERZY JEDLICKI: – Przyzwoitość nie jest chlebem powszednim, szczególnie w okresach wielkich zmian, a tych doświadczamy od kilkunastu lat w Polsce. Żyjemy w warunkach przyspieszonych przeobrażeń: po pierwsze, wciąż jeszcze oswajamy się z nowym systemem ustrojowym i ekonomicznym, uczymy się go; po drugie, zostaliśmy dość gwałtownie – jak nigdy przedtem w historii – poddani masywnej inwazji nowych wzorów cywilizacyjnych, a wraz z nimi pokus ponad stan.
Jednym ze szczególnie niebezpiecznych zjawisk jest – z pozoru niewinny – kult prestiżu, który w niespotykanej dotąd mierze zdaje się warunkować zachowania społeczne: od urzędników, nawet gminnych, przez świat biznesu – różnych nuworyszów, prezesów spółek, menedżerów itp., po polityków – lokalnych i najwyższego szczebla. Znamienne przy tym, że prestiż stanowiska i pieniądza może rodzić, bądź potęgować, bezczelność i bezwstyd. To dlatego Lew Rywin, znany i przecież ceniony producent filmowy, nie widział nic nieprzyzwoitego w zaproponowaniu Adamowi Michnikowi targu: poprawiona ustawa za pieniądze i stanowisko. I to wyobrażenie o prestiżu przywiązanym do posady prezesa TVP sprawia, że Robert Kwiatkowski nie musi – wbrew temu, co nakazywałby dobry obyczaj – zawiesić pełnienia obowiązków. Wygląda na to, że tam, gdzie toczy się walka o wielką władzę i wielkie pieniądze, nie ma miejsca na skrupuły, a tym bardziej na przyzwoitość.
Swego czasu Władysław Bartoszewski napisał książkę: „Warto być przyzwoitym”, w której dowodził, że w życiu publicznym – mimo wszystko – na dłuższą metę popłaca kierowanie się poczuciem przyzwoitości i innmi tego rodzaju wartości. A analizował dużo trudniejsze czasy, bo okres okupacji i komunizmu. Czy we współczesnej demokracji przyzwoity polityk ma w ogóle szansę na zaistnienie? W polityce nade wszystko liczy się dziś skuteczność, a standardy zachowania polityków wyznaczają media. Trzeba więc działać w warunkach, z jednej strony – „republiki kolesiów”, a z drugiej – „cywilizacji gładkich”.
– Tezie Bartoszewskiego zaprzeczył niestety los partii, z którą sympatyzował, a mianowicie Unii Wolności. Oczywiście i ona nie była bez skazy, ale – w porównaniu z innymi – uchodziła za ugrupowanie ludzi uczciwych. I to jej wcale nie pomogło: społeczeństwo ją utopiło, odesłało na margines nie dlatego, że była partią ludzi zepsutych czy skorumpowanych. Przeciwnie: jeżeli Unia czymś wyborców drażniła, to w dużym stopniu swoją uczciwością właśnie.
Analogiczna sytuacja dotyczyła Vaclava Havla w Czechach: czytam, że połowa społeczeństwa nie lubiła swojego prezydenta, choć może on służyć za wzór prawości i mądrości. Dlaczego tak się dzieje? Nie do końca rozumiem ten mechanizm, ale chyba polega on na tym, iż ludzie pokroju Havla czy Mazowieckiego drażnią pospólstwo tym właśnie, że kierują się zasadami: że są nieprzekupni, odrzucają układy, nie ubiegają się o poklask itd. Są lepsi od otoczenia i tego im nie można darować.
– Ale to znaczyłoby, że również całe społeczeństwo stało się cyniczne. 
– Nie aż tak. Powód takich zachowań jest prosty: nikt nie lubi lepszych od siebie; tych, którzy pokazują, że jednak można żyć i postępować godniej. Oczywiście, taka niechęć może prowadzić do tego, że stopniowo traci się wyczucie etyczne: świadomość, co uchodzi, a co nie powinno uchodzić w życiu publicznym. W końcu przestajemy sobie nawet zdawać sprawę, że w ogóle obowiązują jakieś normy i reguły – i kiedy się je narusza. To nie jest cynizm, bo cynizm zakłada świadomość czynienia zła. 
Normy moralno-obyczajowe, a przyzwoitość do nich należy, są uwarunkowane społecznie: charakteryzują pewne klasy czy środowiska. Sięgając do historii: mieliśmy etos szlachecki, z kluczowym dla niego pojęciem honoru. Była moralność mieszczańska, którą cechowały takie pojęcia, jak rzetelność, pracowitość, zaufanie. Był inteligencki kodeks dobrego wychowania, w którym ceniło się bezinteresowność, a szacunek dla człowieka nie zależał od jego dochodu ani majątku. Na innym poziomie funkcjonowały katolickie reguły przyzwoitości z ich obsesyjnym naciskiem na sprawy ciała i płci.
Te klasowe czy środowiskowe normy mogły ze sobą konkurować, ale każdy mniej więcej wiedział – zależnie od swego miejsca w społeczeństwie – czego się trzymać, aby uniknąć wstydu i hańby. Dziś jednak, wskutek radykalnych zmian w strukturze społecznej, wszystkie te zbiory zasad mocno się rozmyły. 
Jest wprawdzie taki zbiór reguł przyzwoitości, który można nazwać demokratyczno-liberalnym. Charakteryzuje się on poszanowaniem praw drugiego człowieka, chroni różnorodność kultur, swobodę przekonań światopoglądowych, prawo do prywatności. Innymi słowy: jest to rodzaj politycznej poprawności współczesnego społeczeństwa. Tyle że u nas ciągle się ją ośmiesza. Ci, którzy dziś szydzą z politycznej poprawności (nazwa jest zresztą myląca), nie chcą widzieć, że jest ona właśnie zbiorem reguł dobrego wychowania i przyzwoitości, jakie winny przyświecać demokratycznemu społeczeństwu. Skutki ich wykpiwania widzimy w polskim życiu publicznym każdego dnia.
Istnieje też, przynajmniej w teorii, to, co nazwałbym kanonem moralności obywatelskiej: chodzi o stosunek obywatela do państwa. Kanon taki i u nas zapewne stopniowo się wyklaruje, ale nie można się łudzić, że z dnia na dzień dopracujemy się takich wysokich standardów i że zaczną one być powszechnie przestrzegane. To jest proces na długie lata. Musimy więc na razie pogodzić się z faktem, że żyjemy w okresie pozbawionym wyraźnych norm etycznych i obyczajowych, które regulowałyby obszar relacji między ludźmi a instytucjami zaufania publicznego. 
Nie jest też tak, że ta anomia dotknęła jedynie klasę polityczną – tak zwane u nas elity. Deficyt reguł przyzwoitości w sferze publicznej wydaje się powszechny, choć media pokazują najchętniej, że Rzeczpospolita psuje się od głowy, bo ludzie lubią w to wierzyć.
Czyżby więc było jeszcze gorzej i w Polsce nikomu nie opłacało się być przyzwoitym? Bo takie jest poczucie społeczne: że im bardziej ktoś jest butny i arogancki, tym bardziej wydaje się nie do ruszenia. A człowiek przyzwoity uchodzi, mówiąc brutalnie, za frajera. W biznesie choćby: ten, kto w terminie reguluje należność, postrzegany jest jako naiwniak. Normą stało się bowiem zwlekanie z zapłatą długów, ile się da. Wielu uczyniło z tego strategię biznesową. 
– Prawdomówność i rzetelność – czy to w interesach, czy w polityce – czasem się zapewne opłaca, a czasem nie. Dlaczego jednak mielibyśmy je łączyć z kwestią opłacalności? Przyzwoitość i opłacalność to są odrębne skale wartości. Czy tylko dlatego mam nie łgać i nie fałszować księgowości, że może mi to zaszkodzić?
To, że dziś w Polsce opłaca się postępować nieprzyzwoicie, wynika z wad systemowych. Z nich największą jest źle funkcjonujący wymiar sprawiedliwości: od policji poczynając, na sądach kończąc. Jest to prawdziwy dramat państwa demokratycznego, które w ten sposób odsłania swoją słabość i nieskuteczność. Wszelako prawo w ograniczonym tylko sensie może kształtować społeczne poczucie przyzwoitości. Prawo zresztą nie jest w Polsce najgorsze. Tyle że reguły przyzwoitości, którymi mamy się kierować w życiu publicznym, powinny tkwić w naszych głowach. Człowiek musi mieć poczucie, że nie robi się rzeczy, które przynoszą wstyd. Wstyd bywa większą karą niż więzienie. 
Skoro jednak poczucie obywatelstwa w Polsce jest w zaniku, to żadnego wstydu nie przynoszą czyny, które, po pierwsze, formalnie są przestępstwami albo wykroczeniami, a po drugie, w dojrzałych demokracjach uchodzą za hańbiące. Mam na myśli choćby ukrywanie dochodów w zeznaniach podatkowych. Przecież oszukiwanie fiskusa – czyli państwa, czyli współobywateli – jest u nas przedmiotem towarzyskich przechwałek. Tak samo traktuje się unikanie płacenia mandatów drogowych; zamiast nich daje się policjantowi łapówkę. Albo wyłudzanie dyplomów – licencjackich, magisterskich, doktorskich – za kupioną cudzą pracę i oczywiście pisanie takich dysertacji na sprzedaż. 
Długo można by ciągnąć listę analogicznych wykroczeń przeciw przyzwoitości, a często i prawu, które są w naszym społeczeństwie nagminne i nikogo nie hańbią. Ale skoro tak, to patetyczne zgorszenie niską moralnością klasy politycznej rodzi podejrzenie hipokryzji. 
To chyba naturalne, że obywatel wykorzystuje luki w prawie podatkowym, bo chce uczciwie zarobione pieniądze zatrzymać we własnej kieszeni, a nie oddawać państwu, które często potrafi je tylko roztrwonić. 
– Zgoda: ma takie prawo. Ale czy rzeczywiście gazeta, chcąca uchodzić za opiniotwórczą, musi drukować porady dla czytelników, jak mogą skorzystać z błędów i luk prawa, i zachęcać ich przy tym do krętactwa, na przykład do fundowania fikcyjnych stypendiów? Czy poważne banki muszą reklamować swoje lokaty, nęcąc „ucieczką od podatku”? Coś chyba powinno różnić uczciwy bank od pokątnego doradcy? 
Takie praktyki nie byłyby możliwe, gdyby w świadomości społecznej funkcjonowała idea, że Rzeczpospolita jest wspólnym dobrem. Ta Rzecz Pospolita odzyskana po tylu trudach, kosztem tylu ofiar. Tymczasem ta idea została wyrugowana. Odwoływanie się do wartości uchodzi za banalną retorykę albo wręcz budzi politowanie, i to niestety wśród młodzieży szczególnie. Nie istnieją w naszym dyskursie publicznym takie zagadnienia, jak powinności obywatelskie. Patriotyzm budzi się, gdy jest spór o symbole: o pomniki, nazwy ulic, koronę na głowie orła Polacy potrafią się kłócić do upadłego. Ale uczciwość w podatkach? Przecież państwo jest od tego, żeby dawać, a nie brać.
Tymczasem nie jest bez znaczenia, jakiego używamy języka, mówiąc o ważnych sprawach kraju. Jeśli problemy państwa, społeczeństwa czy narodu rozpatruje się wyłącznie w kategoriach handlowych – jako wymianę dóbr, konflikt interesów, bilans korzyści i strat – to nie powinno dziwić, że ludzie traktują instytucje państwowe jako obce czy nawet wrogie. Nawet spór wokół integracji europejskiej też w końcu przybrał charakter ściśle handlowy: ile dostaniemy, ile wpłacimy. A przecież w procesie jednoczenia Europy idzie o coś więcej, niż tylko o pieniądze – także o przyszłą historię, o bezpieczeństwo, o opcję cywilizacyjną itp. Człowiek z mojego pokolenia musi na format tej debaty patrzeć z niemałym niepokojem.
Kiedyś ludziom, którzy naruszyli zasady przyzwoitości, przestawało się podawać rękę i zapraszać go na salony. Dlaczego instytucja ostracyzmu towarzyskiego zanikła?
– To normalne: powtórzę, że w toku wielkich zmian społecznych, politycznych i ekonomicznych stare obyczaje i instytucje regulujące życie publiczne tracą na znaczeniu. Zmienia się przecież struktura społeczna, następują przetasowania między grupami zawodowymi, pojawiają się nowe hierarchie wartości – a po to, by takie mechanizmy opinii publicznej mogły działać, konieczna jest minimalna choćby stabilizacja.
Działa za to świetnie zjawisko przeciwne: źle pojmowana solidarność korporacyjna. Oto spora grupa aktorów i filmowców podpisuje się pod listem broniącym Rywina jako przyzwoitego człowieka i doskonałego fachowca. Podobne poręczenia składali lekarze za swoich kolegów, podejrzanych o błędy w sztuce albo, co gorsza, zwykłe przestępstwa. 
– Coś jest na rzeczy. Ale można próbować usprawiedliwić takie zachowania. Rywin jako znany i skuteczny producent cieszyć się musiał w środowisku filmowców sympatią i zaufaniem. Nie dziwi mnie więc taki odruch lojalności: oto bowiem nagle zaczęły się ataki na człowieka, którego oni dobrze znają, a który do tej pory nie zawiódł ich zaufania. Kiedy się okaże ponad wątpliwość, że Rywin jest winny, będą może żałować podpisu pod tym listem. Dziś jednak zdają się działać w dobrej wierze. 
Warto też pamiętać o różnicy w sytuacji człowieka, który staje się obiektem oskarżeń medialnych, i tego, który staje przed niezawisłym sądem. Przed sądem każdy ma do dyspozycji obrońcę, kodeksowe domniemanie niewinności, może też w każdej chwili zabrać głos i przedstawić własną wersję wydarzeń. Natomiast jeśli ktoś zaczyna być przedmiotem śledztwa publicznego i doświadcza obrócenia się przeciwko niemu opinii publicznej – to jest w trudniejszej sytuacji. Winny czy niewinny, staje się bezbronny. To niemiła strona takich inkwizycji dziennikarskich, czasem nie można jej zapobiec. Ale jeśli wtedy jacyś ludzie próbują ten strumień odrazy wobec podejrzanego (czy to filmowca, lekarza czy biskupa) jakoś powściągnąć, dopóki wina nie jest w ich oczach przesądzona, to ja bym nie miał o to pretensji.
Jeszcze jedno: trzeba się wystrzegać pewnego gatunku moralistów: takich, którzy w świętym oburzeniu na zdegenerowanie naszej sceny politycznej gotowi są stawiać pod pręgierzem wszystkich jej aktorów hurtem, bo wszystkich uważają za zarażonych, a szczególnie tych, których z jakiegoś powodu nie lubią. Za taką obronę uczciwości to ja uprzejmie dziękuję.
Mimo takich moralistów echa sprawy Rywina budzą optymizm. Okazało się, że organizm polityczny III RP zaczął się bronić przed groźnymi toksynami – ktokolwiek i cokolwiek się za Rywinem kryje. Włączył się nareszcie układ odpornościowy i w tym pobudzeniu go jest bezsprzeczna zasługa Adama Michnika.
Musi tu paść pytanie o receptę: o to, jak kształtować w społeczeństwie wzorce przyzwoitości i standardy, które winny obowiązywać w normalnej, dojrzałej demokracji?
– No przecież ludzi uczciwych jest znacznie więcej niż łajdaków, cwaniaków i oszustów. Znacznie więcej jest uczciwych lekarzy niż tych, którzy handlują „skórami”. Jestem przekonany, że z grubsza to samo można powiedzieć o politykach. Prawda, że chęć zrobienia szybkiej kariery i pieniędzy bywa silniejsza niż szacunek dla samego siebie. Nasza młoda demokracja ciągle jeszcze takie błyskawiczne kariery umożliwia, ale sęk w tym, że ci napaleni karierowicze, gdy tylko zostaną przyłapani na czymś brzydkim, zyskują większy rozgłos niż ich rzetelnie pracujący koledzy. Ich przekręty wyciskają więc piętno na całym „towarzystwie”. Przecież kiedy człowiek czyta prasę i ogląda telewizję, to może odnieść wrażenie, że żyje w republice gangsterów i złodziei. Może nadszedł czas, by media zastanowiły się, czy nie potrafią pokazywać także jaśniejszych stron rzeczywistości, posłów i ministrów z klasą, wzorów godnych naśladowania? Wbrew pozorom one też mogą być atrakcyjne dla odbiorców. 
Jeśli będziemy utrwalać obraz polityki jako wielkiego bagna, to będą do niej lgnąć ludzie, którzy właśnie w bagnie dobrze się czują. Myślę, że trzeba starać się o przywrócenie w Polsce szacunku dla służby publicznej, dla praworządnego państwa. To wymaga, jak sądzę, zgodnego współdziałania szkoły, Kościoła, rządu i prasy. 


JERZY JEDLICKI (ur. 1930) jest profesorem historii, pracuje w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk. Pełni funkcję przewodniczącego Rady Programowej Stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita”. W latach 70. związany z opozycją demokratyczną, m. in. wykładowca Towarzystwa Kursów Naukowych. Opublikował m.in.: „Klejnot i bariery społeczne” (1968), „Źle urodzeni, czyli o doświadczeniu historycznym” (1993) „Świat zwyrodniały” (2000) i „Jakiej cywilizacji Polacy potrzebują” (I wyd. 1998).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 9 (2799), 2 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl