Przedwojenne reportaże Józefa Mackiewicza


Okno z widokiem

Jan Zieliński



„Okna zatkane szmatami” – tytuł kolejnego tomu „Dzieł” Józefa Mackiewicza – jest wymowny, symboliczny, a przy tym odwołuje do motywu okna, przewijającego się w różnych konfiguracjach przez całą książkę.


Cóż to za świetny tytuł! Poprzedni, czternasty tom „Dzieł” opatrzony został nagłówkiem „Bulbin z jednosielca”, który intrygował, ale też trochę jakby nie pasował do całej grubej książki – ot, taki sobie, nieco dziwaczny tytuł jednego z wielu składających się na tom tekstów, ciekawego, ale dla całości wcale nie charakterystycznego. Kiedy kilkanaście tygodni później ukazał się – prawdziwa niespodzianka dla miłośników pisarza – tom zawierający zupełnie nieznaną książkę, napisaną przez Mackiewicza w Wilnie w czasie wojny („Prawda w oczy nie kole”), szperałem po sieci w poszukiwaniu informacji o dalszych losach jednego z negatywnych bohaterów tej książki, niejakiego Dziarmagi („Osoba, którą nazywałem kanalią” – pisze o nim Mackiewicz). I dowiedziałem się, że 8 września roku 2000 zmarła w amerykańskim Phoenix w wieku lat 87 Thelma Ruth Dziarmaga, wyznania rzymskokatolickiego, księgowa. I że w śmierci poprzedził ją małżonek Wenanty Balbin Dziarmaga. Tam Bulbin, tu Balbin. I to przepyszne imię Wenanty (jakby: nadchodzący). Niestety, po dalszym szperaniu okazało się, że ten, o którym pisał (źle bardzo) Mackiewicz, nazywał się Zygmunt Dziarmaga Działyński. Może choć kuzyn albo brat?
Teraz zaś „Dzieła” wzbogaciły się o tom, którego tytuł – „Okna zatkane szmatami” – jest wymowny, symboliczny, a przy tym odwołuje do motywu okna, przewijającego się w różnych konfiguracjach przez całą książkę. Spójrzmy przez zatkane szmatami (a także inne) okna na przedstawioną w szkicach i reportażach Mackiewicza rzeczywistość Polski (głównie kresowej) końca lat 30. Mistrza pióra podpatrzmy przy tak zdawałoby się prozaicznej czynności, jak wyglądanie przez okno. 

*

Jeden z reportaży zaczyna się tak: „Dziwnie wygląda ten przedświąteczny wieczór, sobota przed Zielonymi Świątkami w Brześciu. To niebo zaróżowione pogodnym zachodem, niby to cisza w przyrodzie. Nieruchome listki na młodych lipkach. Ten ruch uliczny spokojnych par, wystrojonych pań i opalonych już panów, bez kapeluszy, z prowincjonalnym snobizmem dzierżących rękawiczki w ręce. Te przepełnione naprzeciw siebie dwie »główne« cukiernie: »Gdynia« i Sobikowskiego z obfitą konsumpcją pół-lodów... I te obok wysterczające postacie policjantów. Matowy błysk bagnetów na karabinach”.
Nie jest to sielankowy widok z okna w hoteliku, położonym przy rynku miasta nad Bugiem. W każdym zdaniu pod pozornym spokojem czai się groza. Czytelnik nie zdziwi się, kiedy narrator opuści hotelowy pokój i ujrzy „pierwszą stłuczoną szybę, później pierwsze wywalone drzwi, pierwsze zabite deskami okna i żaluzje pogięte jak tektura”. To Brześć po antyżydowskim pogromie w roku 1937. Ten, co z początku patrzał na miasto z wnętrza hotelowego pokoju, teraz z ulicy zagląda w okna i rejestruje szczegóły spustoszenia: „Na pryncypialnej ulicy 3-go Maja okna w sklepach są nie tylko wybite, ale częściowo wyłamane z ramami. Wszystkie drewniane okiennice w magazynach żydowskich wydarte albo wiszą w strzępach. Przez dziury można spojrzeć do wnętrza. (...) Jakaś przeraźliwa siła zniszczenia, jakaś nienawiść, przerastająca nieomal fizyczne możliwości człowieka, stłamsiła to wszystko w jedną kupę papieru, gałganów, drzewa i żelastwa. Olbrzymie metalowe żaluzje rozbite w drzazgi. Gdzieniegdzie pogięte, zerwane niby siłą pocisku armatniego. Nie ocalał ani jeden sklep żydowski!”. Opis zniszczonych okien sklepowych jest tu przedstawiony jako opis skutków działania żywiołu, nienawiść nabiera wymiarów siły nadludzkiej. Jak wysepki w morzu zagłady ocalały nieliczne sklepy chrześcijańskie, z nienaruszonymi oknami wystawowymi: „W nich obrazy święte jak na Boże Ciało”. Jest w tym kontrastowym zestawieniu gorzka ironia.
Inny reportaż – „Twarze prezesów Wołynia” – znów zaczyna się od widoku przez okno: „Okno wychodzi na Styr. Gdy pakuję rzeczy, opuszczając Łuck, dociera stamtąd skrzypienie derkaczy. Okna Sądu Okręgowego też wychodziły na Styr i na zamek Lubarta, ale były szczelnie zamknięte. Teraz wieczór zapada w hotelu. Mogłyby mnie dojść może pieśni ukraińskie, gdyby tam kto śpiewał. (...) Daleki jest widok. Okno wychodzi na Styr, ale go nie widać. Płynie między wałami. Tylko łąki, jak stepy, i łąki, i łąki. Piękny, zamożny kraj o urodzajnej glebie”. Trzykrotnie powtórzone „okno wychodzi na Styr” to kasandryczne wołanie, rodzaj memento dla przysyłanych do Łucka urzędników i dziennikarzy, których arogancja idzie w parze z ignorancją. No bo co z tego, że okno wychodzi na Styr, skoro rzeki nie widać, pięknych ukraińskich śpiewów nie słychać i tylko derkacz skrzypi...
Widok z okna jest u Mackiewicza przeważnie znaczący, czasem staje się cenną wartością. Oto na przykład w reportażu z Sandomierza wymowny opis tamtejszego więzienia, opis z zewnątrz, ale wysiłek wyobraźni przenosi autora do wnętrza obronnego zamku: „Biel jego murów, kraty jego okien, blaszane zastawy, które oślepiają więźniów. Rozumiem, że zastawy te są konieczne. W przeciwnym wypadku siedzenie w takiej celi (...) należeć by musiało do przyjemności. Bo widok stamtąd musi być naprawdę piękny”.
Okno służy też do precyzyjnego określania czasu i miejsca akcji. Jeden z reportaży zaczyna się takim oto poetyckim obrazkiem: „Dnia 16 marca wyjechałem do Baranowicz. Rankiem wskazywał termometr 5 st. poniżej zera, ale już w dwie godziny po wschodzie słońce się uczepiło okna, przy którym wisiał, i uniosło rtęć do 11 st. powyżej. Za tym oknem stały sosenki i brzózki, latami wyuczone, że wiosny u nas czekać trzeba w milczeniu i cierpliwie. Rzecz oczywiście działa się pod Wilnem, więc leżał jeszcze śnieg. Gdym ruszał na dworzec tego ranka, usłyszałem życzenie: »Oby ci to słońce świeciło całą drogę«. 
– Dziękuję.
Piękne życzenie”. 
Rzeczywiście piękne, ale ujmujące staje się ono dopiero w zestawieniu z personifikującą metaforą słońca, które uczepiło się okna i podnosi słupek rtęci w termometrze.
Czasem okno jest znakiem chwili historycznej. We wrześniu 1938 roku Mackiewicz jest w Cieszynie. Mieszka w hotelu „Pod Brunatnym Jeleniem”, hotelu z tradycjami, który gościł paru cesarzy, Repnina, Suworowa i księcia Poniatowskiego. Między trzecią a czwartą nad ranem wygląda przez okno i obserwuje ciągnący przez most nad Olzą tłum obcych obywateli, którzy uchodzą z Czechosłowacji „przed widmem wojny”. Poprzedniej nocy idąc spać zostawił okno otwarte, na wszelki wypadek. Wrześniowa noc była ciepła. Pisarz czytał książkę, potem zasnął. Przyśniła mu się wojna, gdy się obudził, za rzeką naprawdę strzelano. Była godzina druga w nocy. Opłaciło się reporterowi spać przy otwartym oknie, wychodzącym na czeską granicę. Był świadkiem wybuchu „powstania za Olzą”.
Na koniec okna, również graniczne, z artykułu, który dał tytuł całemu tomowi. Chodzi o krytykę wydrukowanego w „Dzienniku Ustaw” rozporządzenia o granicach państwa, nadającego w strefie przygranicznej miejscowym władzom administracyjnym znaczne uprawnienia, ograniczające w poważny sposób swobodę mieszkańców. Józef Mackiewicz cytuje całą litanię absurdalnych zakazów (nie tylko nie wolno fotografować, ale nawet posiadać aparatu fotograficznego!), litanię kulminującą w wydanym przez wojewodę Bociańskiego nakazie zakrywania szmatami wszystkich okien, wychodzących w stronę granicy. Zastanawia się, jak ludzie mogą w takich warunkach żyć i zapowiada, że niebawem sam to sprawdzi: „Jadę do Drui, która w projektach uczciwych entuzjastów miała być oknem do rynków europejskich dla Ziem Północno-Wschodnich, a stała się oknem zatkanym dziś po prostu szmatą.
Tak patrzymy na wschód i zachód Europy”.
Dziś, gdy przesunięta znacznie na zachód wschodnia granica Polski znów staje się granicą między zjednoczoną Europą a Wschodem, przestrogi Mackiewicza przed zamykaniem naszych okien – w obu kierunkach – nabierają nieoczekiwanej aktualności. A tom „Okna zatkane szmatami” potwierdza, że Józef Mackiewicz należy do tych nielicznych pisarzy, których teksty, nawet okazjonalne, nie starzeją się z upływem czasu. Przeciwnie, nowe otwierają widoki.

Józef Mackiewicz, „Okna zatkane szmatami”. Kontra, Londyn 2002. „Dzieła”, tom 15.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl