Czy komisja śledcza do zbadania afery Rywina dojdzie do prawdy?


„Dziesięciu sprawiedliwych”

Katarzyna Kolenda-Zaleska



W pierwszej rundzie meczu profesjonaliści kontra laicy, czyli prokuratura kontra sejmowa komisja śledcza, wygrywają laicy. Co prawda do wyjaśnienia afery Rywina przybliżyli się oni w stopniu znikomym, ale przynajmniej wiadomo, że powołanie komisji nie było błędem i że wielu spraw nie uda się zamieść pod dywan. Dopiero jednak za kilka tygodni będzie można stwierdzić, czy komisja pomyślnie przeszła test.


Jeden z członków komisji mówi nieoficjanie, że przebiegu przesłuchań Michnika – prokuratorskiego i poselskiego – nawet nie da się porównać. Prokuratura, opowiada, prowadziła przesłuchanie w sposób mający potwierdzić to, co wcześniej napisał Paweł Smoleński w „Gazecie Wyborczej”. Lektura akt skłania do przypuszczenia, że prokuratura chciała zamknąć sprawę na etapie tego, co już wszyscy wiemy. W dokumentach, które otrzymali posłowie, ponoć nie ma nic, co wskazywałoby na jakkąkolwiek aktywność prokuratora inną niż rutynowe przesłuchania osób wskazanych przez media, a później przez obrońców Lwa Rywina. Stenogram przesłuchań dla posłów jest jednak materiałem bezcennym. Dysponują oni wiedzą niedostępną prokuraturze, a polegającą na znajomości uprawiania polityki i kulisów podejmowania politycznych decyzji. Wsparci są krążącymi w kuluarach Sejmu hipotezami czy wręcz nieoficalnymi przeciekami i wyczuleni na słowne niuanse oraz odpryski informacji. W efekcie mogą precyzyjniej odtwarzać sekwencje zdarzeń, które mogły doprowadzić Rywina do gabinetu Adama Michnika. 

Komisja
Pierwsza z prawdziwego zdarzenia komisja śledcza powstała ponad 4 lata po uchwaleniu ustawy umożliwiającej jej powołanie, a wymuszoną przez przyjętą w 1997 r. nową konstytucję. Nie tylko jednak wymóg prawny sprawił, że ustawa została uchwalona przy poparciu wszystkich ówczesnych sił politycznych, od AWS po SLD. Poseł- sprawozdawca Stanisław Iwanicki (AWS) dowodził wtedy: „Jawność w życiu publicznym jest bowiem nie tylko kardynalnym kanonem demokracji, ale i fundamentem moralności w polityce”. Podkreślał też, że komisja śledcza urealni funkcję kontrolną parlamentu, choć nie zastąpi władzy wykonawczej. Uchwalając ustawę, posłowie poprzedniej kadencji powoływali się na rozwiązania z krajów Unii Europejskiej, gdzie podobne komisje dobrze się sprawdziły. Zdecydowali również, że komisja będzie działać w oparciu o przepisy kodeksu postępowania karnego i mieć prawo zajmowania się każdą sprawą, wobec której toczy się lub zakończyło postępowanie prokuratorskie. Komisja nie może natomiast badać spraw, co do których zapadło już orzeczenie sądu, gdyż kolidowałoby to z zasadą niezawisłości sądów. 
Wielu komentatorów i samych polityków sceptycznie jednak oceniało pomysł powołania sejmowej komisji śledczej do zbadania afery Rywina. Obawiano się, że posłowie wykorzystają komisję nie do ustalenia prawdy, ale do promocji własnych ugrupowań. Nadto nie było w tej mierze większych doświadczeń.

Falstart
Początki działalności komisji ds. afery Rywina nie były obiecujące. Posłowie kłócili się o liczbę członków i parytety partyjne wewnątrz komisji. Wiele emocji pochłonęło wybranie przewodniczącego. Choć SLD, największy klub parlamentarny, a równocześnie potencjalna strona afery, zrzekł się tego stanowiska, to oddał go lojalnemu koalicyjnemu partnerowi – Unii Pracy. Skład komisji też musiał rozczarowywać, bo przecież w wyjaśnieniu afery Rywina chciałoby się widzieć największe prawnicze autorytety w kraju i osoby, co do których uczciwości, wiedzy, bezstronności i roztropności można być całkowicie pewnym. Sejm, ubogi nie tylko w prawnicze autorytety, powołał ciało złożone w większości ze speców od politycznej roboty. Bezlitośnie wykpiwano m.in. brak prawniczego wykształcenia u przewodniczącego komisji i jego deklaracje, że kodeksu może nauczyć się w kilka dni. Nieustannie organizowane przez PiS konferencje prasowe podgrzewały polityczne emocje nic nie wnosząc do sprawy.
Sporny okazał się też zakres działania komisji. Czy wyjść od historii kontrowersyjnej ustawy o radiofonii i telewizji, czy ograniczyć się do propozycji łapówki? Czy badać pogłoski o zamiarach prywatyzacji jednego z kanałów telewizji publicznej? Jednak szybko się okazało, że jedna sprawa zazębia się z drugą i trudno je oddzielić. 
Swoje robiło i to, że dziennikarskie śledztwo prowadzone już nie tylko przez dziennikarzy „Gazety Wyborczej” przynosiło mierne efekty, co sprawiało wrażenie nieudolności czwartej władzy i kazało podejrzewać, że „grupa osób trzymająca władzę”, na którą powoływał się Rywin, okopała się na pozycjach i nie dopuści do wykrycia rzeczywistych autorów łapówkarskiej propozycji. Głównym celem ataku stała się „Gazeta” oskarżana o zbyt długie przetrzymywanie informacji i premier Leszek Miller, który, choć powiadomiony o aferze, zaniechał poinformowania o niej prokuratury. Pojawiały się i znikały kolejne hipotezy i rozwikłanie tego węzła gordyjskiego zależności, powiązań, oskarżeń, podejrzeń i pomówień wydawało się niemożliwe. 

Ryzyko
Komisja przejęła akta, ustalała harmonogram prac. Spory wybuchały i cichły. Wszystko pod okiem nieustannie pracujących kamer telewizyjnych. Więcej: posiedzenia komisji doczekały się relacji na żywo. To niewątpliwie zaważyło na jakości prac: członkowie komisji, obawiając się reakcji bezlitosnej publiczności wątpiącej otwarcie w możliwość dotarcia do prawdy, postanowili zasłużyć na miano dziesięciu sprawiedliwych. Co więcej, u większości wyczuwało się powagę i nawet coś na kształt propaństwowej misji.
Komisja ma działać – i działa – jawnie, co nie przeszkadza jej członkom spotykać się prywatnie. Przewodniczący Tomasz Nałęcz zamawia do gabinetu tace kanapek, ciastka, kawę i zaprasza kolegów. Nie na posiedzenie. Na kawę przecież. Nałęcz przyznaje, że wpadł na ten pomysł, gdy polityczne emocje już kompletnie przesłaniały sedno sprawy. – Chodziło mi o to, żeby w mniej formalnej atmosferze posłowie nabrali do siebie zaufania, nawet wykłócili się do woli, aby potem publicznie stanowili zwarte grono, któremu przyświeca jeden cel. Wyjaśnić sprawę – tłumaczy Nałęcz. Zamysł przewodniczącego osłabił wprawdzie impet posłów, lecz nie ich czujność. Świadczy o niej liczba (365!) pytań zadanych w ciągu dwóch pierwszych dni przesłuchań naczelnemu „Gazety” Adamowi Michnikowi. 
Zbigniew Ziobro z PiS mówi, że z Janem Rokitą z Platformy Obywatelskiej tworzą zwarty tandem, w którym Ziobro ma pełnić rolę złego, a Rokita dobrego policjanta. Nie ma jednak wątpliwości, że to z Rokitą koalicyjni członkowie komisji liczą się najbardziej, i to jego sondują przed zgłoszeniem swoich wniosków. Wszystkiego jednak do końca przewidzieć się nie da. – Sens, a równocześnie polityczne ryzyko powołania komisji śledczej polega na jej całkowitej nieobliczalności – mówi Jan Rokita. – Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, co stanie się jutro. Jakie padnie zdanie, które całkowicie zmieni sytuację. 
Posłowie więc z napięciem czekają i chłoną każde wypowiadane słowo. A nuż właśnie w tej chwili padnie zdanie, które jak w aferze Watergate, zmieni bieg historii.

Czy Michnik zaczarował posłów
Czy gdyby Adam Michnik wiedział, co go spotka po opublikowaniu słynnego artykułu o wizycie Rywina, zdecydowałby się na jego publikację? Pewnie, mimo wszystko, tak. Wielu ma do Michnika wiele pretensji: o pojednanie z generałami, o uściski z premierem Millerem o 3 nad ranem w świetle jupiterów i przyjaźnie z tymi, którzy jeszcze parę lat temu byli jego politycznymi i moralnymi przeciwnikami. 
Jednego, czego Michnikowi nie można odmówić, to charyzmy – przyznają zgodnie członkowie komisji. – Można go nie lubić, ale trzeba szanować. Za odwagę, intelektualną finezję, zmysł polityczny, ideowość i uczciwość. Michnik pojawił się na posiedzeniu komisji nienagannie ubrany z baretką węgierskiego orderu Świętego Stefana w klapie marynarki. Rozpoczęła się nowa odsłona spektaklu, ale z kurtyną nierozsuniętą jednak do końca... 
Nikt nie ma wątpliwości, że Michnik wie dużo więcej niż mówi. „Niech go pan jeszcze dociśnie, widać, że coś jeszcze ukrywa” – dopingował Rokitę sejmowy strażnik. Naczelny „Gazety” unikał wikłania w aferę premiera i prezydenta, na co widoczną ochotę mają opozycyjni posłowie, nieprzekonani argumentami o racji stanu. Determinacja Michnika podważyła spekulacje o niechybnym upadku rządu i oddaliła ewentualność przetasowań w obrębie koalicji. Po pierwszych godzinach przesłuchań było jednak jasne, że komisja musi coś przedsięwziąć, aby dać znak opinii publicznej, że sprawa nie rozmyje się jak wiele innych przedtem. To wówczas poseł SLD Bogdan Lewandowski, będąc, jak mówi, pod wrażeniem zeznań Michnika, zgłosił wniosek o zawieszenie prezesa TVP, którego nazwisko padało w czasie przesłuchania niemal równie często jak Rywina. Komisja przyjęła propozycję jednogłośnie. Ba, poszła dalej, domagając się sprawdzenia bilingów, dokumentów i twardych dysków w komputerze prezesa. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że jeszcze przed drugą turą przesłuchania Michnika posłowie SLD sondowali kolegów z opozycji, co do ich reakcji na ewentualność zgłoszenia takiego wniosku. Decyzja, o czym huczą sejmowe kuluary, miała być podjęta dzień wcześniej na najwyższych szczytach władzy, o czym nie do końca zostały poinformowane niższe szczeble partyjnej drabiny. Powszechne jest też domniemanie, zwłaszcza w szeregach SLD, że prezes Robert Kwiatkowski może stać się kozłem ofiarnym, który na jakiś czas zaspokoi potrzebę igrzysk w zgłodniałym wyjaśnienia sprawy tłumie. 

Finał w kwietniu?
Przewodniczący Nałęcz mówi, że jeśli do końca kwietnia komisja nie zakończy prac i nie przedstawi wiarygodnego sprawozdania, uzna to za swoją porażkę. Na razie jednak przewodniczący powinien być zadowolony. Kierowany przez niego spektakl obejrzało ponad półtora miliona osób z poczuciem, że prawda – wbrew obawom – może ujrzeć światło dzienne. Niewątpliwie jednak ogólne wrażenie pozostaje takie, że wszyscy, których nazwiska zostały użyte w tej sprawie, mają coś na sumieniu i coś ukrywają. 
Także po członkach komisji widać, jak silna jest w nich chęć skompromitowania i zdemaskowania odwiecznego wroga. Dla jednych będzie nim Agora, dla drugich premier i prezydent, dla jeszcze innych prezes Kwiatkowski i Włodzimierz Czarzasty z KRRiTV. Wroga zdaje się nie mieć tylko Lew Rywin. Czy więc możliwy jest scenariusz, w którym to on ocaleje, a wszyscy pozostali zamieszani w sprawę zostaną poświęceni na ołtarzu partyjnych interesów? 
W trakcie prac komisji może pojawić się jeszcze wiele zaskakujących tez i hipotez. Posłowie zastanawiają się już, na przykład, nad wątkiem prywatyzacji potężnych Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych, o które występowała i wydająca „Gazetę” Agora, i spółka Muza, związana z Czarzastym. Zwłaszcza, że w ostatnio minister skarbu Sławomir Cytrycki nieoczekiwanie odebrał Muzie nadzieję na przejęcie WSiP-u, na bazie którego miał być, wedle relacji Rywina, budowany koncern medialny anty-Agora. Spacerując sejmowymi korytarzami można poznać wiele innych teorii i domysłów. Docierają informacje, że obrońcy Rywina składają w prokuraturze wciąż nowe wnioski obciążające wydawcę „Gazety Wyborczej” i że takich oskarżeń będzie więcej – zwłaszcza od tych, którzy na publikacji „Gazety” ucierpieli, bądź ucierpią najbardziej. Niewątpliwie nikt z tej afery nie wyjdzie bez skazy, bez względu na jej finał.
Z tej historii wyłania się jednak i taki wniosek, że nikt nie ma pojęcia, jak naprawdę podejmowane są w Polsce decyzje, kto z kim trzyma i dlaczego, jaki fundament kieruje poczynaniami tych, którym w wolnych wyborach ludzie dali mandat do decydowania o nich samych. Co więcej, sprawa Rywina każe ludziom podejrzewać, że wszystko odbywa się wewnątrz jednego środowiska powiązanego siecią finansowych interesów. Przecież ciągle widzi ich razem. Na premierach filmowych, bankietach, pokazach mody, w operze i na turnieju tenisowym. Opozycja z koalicją i na odwrót, w zależności od sezonu politycznego, miesza się ciągle w jednym tyglu. Żadne z ugrupowań nie prezentuje wizji Polski za 20, 30 lat, więc słuszne może się wydać podejrzenie, że nie chodzi o kraj, ale o pieniądze i wpływy, które można zdobyć tu i teraz. Spiskowa teoria? Może. Ale za erozję propaństwowego myślenia winę ponoszą sami politycy. Ci, którzy latami przekonywali, że życie publiczne sprowadza się do teorii spisku, bezwzględnej rywalizacji o zakres wpływów i wyrywania przywilejów dla własnej grupy. 
A może tak naprawdę wcale już nie chodzi o wyjaśnienie historii łapówki, ogromnej, ale nie jedynej przecież, lecz o przywrócenie zaufania ludzi do instytucji demokratycznego państwa. Może zagadki nie uda się rozwiązać największym dziennikarskim tuzom. Może nie uda się to posłom z sejmowej komisji śledczej. Ale pozostaje sprawa stylu, w jakim media i politycy zmierzą sie z tą aferą. Może rzeczywiście okaże się, że najważniejsze jest przekonanie, że zrobiono wszystko, co się dało. Pierwsze doświadczenia są zachęcające. Do tej pory tylko mówiono, że z korupcją, zwłaszcza polityczną trzeba walczyć. Trzeba mieć nadzieję, że walka właśnie się zaczęła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl