Spory-polemiki: jak prowadzić dialog chrześcijan z żydami?


Pomieszanie poziomów

Ks. Henryk Witczyk



Czy mój referat, wygłoszony podczas białostockich obchodów Dnia Judaizmu (16 stycznia 2003), był „zgrzytem”, bo mówił o zbawieniu Żydów w oparciu o Pawłowy „List do Rzymian”? Czy „przypomina minione dawno praktyki, gdy delegacja Żydów musiała uczestniczyć w rekolekcjach wielkopostnych”? Tocząca się dyskusja pozwala postawić pytania zasadnicze: czym jest dialog między różnymi religiami, zalecany przez Sobór Watykański II, i na jakich płaszczyznach winien się on toczyć? 


Inspiracją tych pytań są ostatnie wypowiedzi Stanisława Krajewskiego i ks. Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, opublikowane w „TP” nr 6/2003.

Dyplomacja i historyczne rozliczenia
Propozycja Stanisława Krajewskiego to usytuowanie dialogu międzyreligijnego na płaszczyźnie dyplomacji, z możliwością otwarcia na inne poziomy. Tego rodzaju ujęcie stanowi absolutne minimum, odwołując się do wspólnej modlitwy, spotkania przy stole, serdecznych rozmów. Gdy jechałem do Białegostoku – po dobrych doświadczeniach Dnia Judaizmu w Lublinie w 2002 r. – sądziłem jednak, że dialog między żydami i chrześcijanami już dawno przekroczył poziom jakiejś gry towarzysko-kulturalnej, a stał się dyskusją między dwiema, podobnymi, ale i różniącymi się interpretacjami Biblii. Zaiste: przekraczajmy ramy dyplomacji w kierunku otwartości na wiarę i myślenie religijne partnera, ale nie dyktujmy mu, jakie winno być jego myślenie, aby było dialogiczne.
Ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel umieszcza dialog chrześcijan z żydami na płaszczyźnie historycznych rozliczeń i podziękowań. Dzień Judaizmu miałby według niego być „dniem przepraszania i dziękowania Żydom”. Proponowana tu formuła wydaje się jednak właściwa bardziej dla jubileuszowego rachunku sumienia, świętowania rocznic pamiętnych (najczęściej tragicznych) wydarzeń, dla dni lub godzin wspólnej modlitwy. W programach Dnia Judaizmu znajduje się wspólna modlitwa, która zakłada zarówno rachunek sumienia obydwu stron, jak wspólne dziękczynienie Bogu za Jego jeden plan zbawienia, obejmujący żydów i chrześcijan. Miała ona miejsce w Białymstoku i Tykocinie – w kościele i w synagodze.
Ale w ramach tych samych Dni Judaizmu organizowane są sesje (konwersatoria) naukowe. To one mają szansę być źródłami ożywiającymi dialog. Czy każdą z nich należy zaczynać od bicia się w piersi czy ukłonów w stronę „najważniejszych gości” (jak określa Żydów ks. Weksler-Waszkinel)? Przecież Kościół w Polsce organizując Dzień Judaizmu daje nalepszy, bo konkretny wyraz postawie braterskiej miłości. Na marginesie zauważmy, że dialog (zwłaszcza na poziomie dyskusji naukowej) zakłada równość partnerów, bez dzielenia ich na ważnych i ważniejszych.

Dialogiczny koncert życzeń
W Białymstoku zaproponowałem dialog na poziomie teologicznym, ale patrząc na niektóre reakcje zastanawiam się, czy dialog teologiczny jest w ogóle możliwy? Czy ma on z góry unikać tematów trudnych, a ograniczać się do wydobywania tego, co będzie miłe bądź neutralne, a z pewnością „rewolucyjne” w odbiorze agencji prasowych (choć tak naprawdę od dawna znane)? Jestem głęboko przekonany, że rzetelna dyskusja naukowa i teologiczna nie może być koncertem życzeń, lecz trudem dochodzenia do coraz lepszego rozumienia tekstów natchnionych.
Taka dyskusja teologiczna jest potrzebna w dwóch przede wszystkim celach. Po pierwsze, ma szansę umacniać ducha dialogu i otwartości oraz zachęcać do wspólnej modlitwy. Jak wiemy, problem wspólnej modlitwy wcale nie jest prosty (chrześcijanie „muszą” w niej unikać formuły trynitarnej i odniesienia do pośrednictwa Chrystusa). Czy mój referat w Białymstoku – widziany w tej perspektywie – był „zgrzytem”, bo mówił o zbawieniu żydów w oparciu o Pawłowy „List do Rzymian”? Czy „przypomina minione dawno praktyki, gdy delegacja Żydów musiała uczestniczyć w rekolekcjach wielkopostnych” (jak ocenia ks. Weksler-Waszkinel, a redakcja „TP” podkreśla tłustym drukiem)?
Młodsi bracia, nie synowie
Wychodziłem z założenia, że mogę pomóc chrześcijanom i żydom w zrozumieniu, dlaczego winniśmy widzieć w wyznawcach judaizmu „starszych braci”, naprawdę u m i ł o w a n y c h przez Boga, mimo ich sprzeciwu wobec Jezusa Chrystusa, który w przekonaniu chrześcijan jest posłanym przez Boga Mesjaszem Izraela. Nie jest bowiem dla chrześcijanina rzeczą łatwą – i już w czasach apostolskich nie było – pogodzić sprzeciw Żydów wobec Chrystusa z tezą Pawłową, że pozostają oni wciąż w kręgu miłości Boga. Dlatego – idąc za św. Pawłem – położyłem nacisk na jedność Bożego planu zbawienia w odniesieniu do wszystkich ludzi: „tak Żyda, jak i Greka”. Dopiero głębsze wnikanie w tajemnicę Bożego planu zbawienia, który jest jeden, pozwala w Żydzie widzieć „starszego brata” i miłować go jak brata.
Proponowana w przywoływanej przez moich Polemistów deklaracji „Święty obowiązek” pozabiblijna wizja dwóch dróg zbawienia (jedna dla Żydów, druga dla reszty świata) prowadzi do separacji bądź rywalizacji, a nawet do postawy wywyższania się jednych nad drugimi, wyraźnie widocznej w artykule ks. Wekslera-Waszkinela. Dowodem tej postawy jest jego opinia, że to „co wielkie i najświętsze w Kościele” pochodzi od Żydów. Jest to daleko idące uproszczenie, wręcz pół-prawda. Owszem, jak pisze w styczniowym numerze „Znaku” rabin Irving Greenberg, „judaizm dał początek chrześcijaństwu”, ale w tym znaczeniu, że „kiedy pierwsi chrześcijanie rozpoznali Jezusa, byli wiernymi Żydami. Jako wierni, dobrzy Żydzi, oczekiwali mesjasza, tym bardziej że czasy były trudne. I oto rozpoznali jego nadejście! Jest to niezwykle wierna odpowiedź Żyda: rozpoznać nadejście mesjasza i odpowiedzieć na nie. Pierwsi chrześcijanie byli także wierni Bogu i wierze żydowskiej, kiedy odpowiedzieli na wydarzenie następne, jakiego w ogóle się nie spodziewali: mianowicie na śmierć mesjasza”. Kościół narodził się w łonie judaizmu, ale nie z judaizmu jako jego dziecko; chrześcijanie nie są „synami” żydów, lecz ich „młodszymi braćmi” w wierze w jednego Boga. To, co „wielkie i najświętsze w Kościele” pochodzi od Jednorodzonego Syna Bożego, który w określonym momencie dziejów zbawienia stał się człowiekiem w Jezusie z Nazaretu, odpowiadając na wiekowe oczekiwania ludu pierwszego Przymierza oraz wypełniając w swej osobie, nauczaniu i działaniu to, co zapowiadały w Starym Testamencie liczne „instytucje” zbawcze: arcykapłan, świątynia, ofiara, Prawo i Prorocy, królestwo Boże. To On jest nowym i wiecznym Arcykapłanem (por. Hbr 4-5), nową, niezniszczalną Świątynią (por. J 2, 21), Jego Pascha jedyną „raz na zawsze” złożoną Ofiarą usuwającą grzechy (por. Hbr 10, 12-18), Jego Ewangelia nie znosi Prawa i Proroków, ale je wypełnia (por. Mt 6, 17), w Nim ma swój początek oczekiwane przez proroków królowanie Boga w świecie (por. Mk 1, 15). Przyjmując tezę ks. Wekslera-Waszkinela, że Kościół jest „zrodzony z judaizmu”, należałoby widzieć w nim jedynie „lepsze” lub „gorsze” wydanie Synagogi.

Paweł ocenzurowany
Ks. Weksler-Waszkinel domaga się, aby teksty św. Pawła czytać z pominięciem niektórych argumentów Apostoła. Pisze bowiem, że Paweł „pozostawił (...) wiele gorzkich słów pod adresem wielu Żydów, ale nie jestem pewien, czy chrześcijaninowi po Auschwitz – choćby nawet był profesorem Biblii – wolno posługiwać się jego wszystkimi argumentami”. Czyżby więc po Auschwitz należało ocenzurować teksty Apostoła narodów? Zresztą, w Liście do Rzymian (9-11) nie ma gorzkich słów pod adresem Żydów. Przeciwnie, św. Paweł wznosząc się na szczyty swego doświadczenia Boga i zmartwychwstałego Jezusa, przekonuje chrześcijan pochodzących z narodów pogańskich, aby się nie wynosili nad Żydów odrzucających Ewangelię i nie traktowali ich jako odrzuconych przez Boga! Objawienie dotyczące miłosierdzia Bożego jako koniecznego do zbawienia tak pogan, jak i żydów (Rz 11, 32) jest podstawą pokory jednych wobec drugich, i wspólnej wdzięczności wobec Boga-Zbawiciela.
Osobiście bałbym się komukolwiek zakazywać lektury i interpretacji jakiegokolwiek zdania nie tylko ze św. Pawła, ale i z Biblii Hebrajskiej. Owszem, po Auschwitz wielu tekstom należy stawiać trudniejsze, wymagające bardziej rzetelnej egzegezy pytania. Dobrą próbkę takiej egzegezy dał Stanisław Krajewski w swej medytacji w Białymstoku. Interpretując proroctwo Natana o potomku Dawida, o którym Bóg mówi, że w przypadku niewierności „będzie go karcił rózgą ludzi i ciosami synów ludzkich” (2 Sm 7, 14), pytał: jak rozumieć te trudne słowa, zwłaszcza dzisiaj, po tragedii Holokaustu? I trafnie odpowiadał, odwołując się do kontekstu, w którym jest mowa o Bogu jako o Ojcu: Ojciec nie może tak karcić, aby unicestwić. Wykreślenie trudnego fragmentu z proroctwa mesjańskiego prowadziłoby do karygodnego manipulowania tekstem natchnionym i dziejami zbawienia: nie można by było widzieć żadnego sensu historio-zbawczego w tylu próbach biblijnego i współczesnego Izraela.

Droga wspólna, choć zróżnicowana
Drugim celem dialogu na płaszczyźnie teologicznej jest szukanie „głębokiej więzi”, która istnieje między chrześcijaństwem i judaizmem jako religiami objawionymi. Poznawanie to winno dokonywać się jednak na bazie świętych Pism obu religii. W styczniowym numerze „Znaku” rabin Greenberg stawia retoryczne pytania: „Czy teologia żydowska nie powinna być otwarta na chrześcijańskie samorozumienie – łącznie z niezwykłymi, niewiarygodnymi twierdzeniami o Zmartwychwstaniu, Wcieleniu itp.? Czy będąc Żydem, można przyjąć je z powagą, bez rezygnacji z własnego wyznania? Jak dotąd zgodnie uważano, że jeżeli Żyd potraktuje te twierdzenia poważnie, to już nic więcej nie pozostanie w nim z Żyda”. Rzecz jasna, rabinowi nie chodzi o to, aby Żydzi uwierzyli w Chrystusa, lecz aby uznali, że chrześcijaństwo nie jest zdradą Przymierza z Bogiem. Czy w kontekście słów rabina zarzut ks. Wekslera-Waszkinela, że w Białymstoku „najważniejsi goście” musieli czuć się jak owa „delegacja Żydów, która musiała uczestniczyć w rekolekcjach wielkopostnych”, nie brzmi jedynie jak odgrzewanie „argumentów” z historii? W pełni zgadzam się z rabinem Greenbergiem, że „potrzebujemy modelu, który umożliwiłby obu stronom uszanować w pełni naturę drugiej religii we wszystkich sformułowaniach jej wiary”. Greenberg w swoim artykule stara się „sformułować model przyjmujący możliwość (podkr. HW) chrześcijaństwa bez rezygnacji z mocnego przekonania, że judaizm jest wiarą Przymierza, prawdziwą i zachowującą ważność w ludzkiej historii”. W moim białostockim referacie starałem się wykazać, że św. Paweł myśli znacznie więcej w odniesieniu do judaizmu. Chrześcijanin – według Apostoła – winien przyjmować istnienie judaizmu (odrzucającego Chrystusa) jako fakt mieszczący się w ramach zbawczego planu Bożego, bez rezygnacji z wiary w Boga jako Tego, który zbawia wszystkich ludzi (i Żydów, i chrześcijan), ale nie inaczej jak przez Zmartwychwstanie.
W debacie prowadzonej na płaszczyźnie teologicznej widzę szansę i przyszłość dialogu między judaizmem i chrześcijaństwem (a także innymi religiami). Tu dopiero chrześcijanin może zobaczyć, jak „głęboka więź” natury historio-zbawczej łączy go ze współczesnym, pełnym wiary w Boga wyznawcą judaizmu. I odwrotnie – jak ufam – wierzący Żyd może odkryć, jak silna jest więź między judaizmem a chrześcijaństwem. Od dialogu religijnego nie uciekajmy więc w dialog historyczny czy dyplomatyczny. Od tego rodzaju dialogów są inni: historycy, dyplomaci, artyści, znawcy kultury, religiolodzy. Wierzących żydów i wierzących chrześcijan stać na dialog na poziomie religijnego doświadczenia, inspirowanego natchnionymi tekstami Biblii, mocno zakorzenionego w niezgłębionych nurtach wspólnej – choć na pewnym etapie przez Boga samego zróżnicowanej – drogi zbawienia.


Ks. Henryk Witczyk jest profesorem KUL i redaktorem naczelnym półrocznika „Verbum Vitae”, wydawanego przez Instytut Teologii Biblijnej VERBUM w Kielcach (ostatnio ukazał się trzeci numer tego pisma pt. „Miłosierdzie Boże – dla kogo”). Tytuł tekstu pochodzi od redakcji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl