Niemcy w izolacji, Europa podzielona


Jak „Wilhelm” Schröder Amerykę pouczał

Joachim Trenkner z Berlina



Pierwszy przegrany zbliżającej się wojny w Iraku jest już znany: to Europa. A winę za tę gorzką porażkę ponoszą przede wszystkim Niemcy. Polityka czerwono-zielonej koalicji z kanclerzem Gerhardem Schröderem na czele pchnęła ten kraj ku międzynarodowej izolacji i grozi nie tylko zerwaniem transatlantyckich więzi z Ameryką, ale także nowym podziałem kontynentu. 


Nigdy dotąd Schröder nie był zmuszony referować stanowiska rządu w czasach tak burzliwych, jak ostatnie tygodnie. Jednak jego przemówienie w miniony czwartek w Bundestagu rozczarowało: nie było w nim żadnego nowego pomysłu, jak rozwiązać obecny kryzys w NATO. Wprawdzie kanclerz zaklinał się na sojuszniczą wierność i przyjaźń niemiecko-amerykańską, ale jednocześnie znów skrytykował Biały Dom, mówiąc że „siła prawa musi zastąpić prawo silniejszego”. Nadal uważa też za możliwe „pokojowe rozbrojenie” Iraku. Problem w tym, że nie odpowiada na pytanie: jak to zrobić? A jednak jego argumenty trafiają na podatny grunt – przynajmniej w socjaldemokracji (SPD). Podział Europy, rozpad NATO, oziębienie stosunków z amerykańskim supermocarstwem: te zarzuty spływają po kanclerzu jak woda po kaczce – póki SPD wierzy, że ma dziejową misję do wypełnienia.
Schröder najwyraźniej nie pojął, że w całej awanturze już od dawna nie chodzi o iracki konflikt, ale o to, jakim polem manewru dysponują Niemcy, działając w ramach pewnej wspólnoty państw. Chodzi o to, czy niemiecki kanclerz nie chce naruszyć międzynarodowego umocowania swego kraju. Nieszczęsne, bo budzące skojarzenia z przeszłością, stwierdzenie o „niemieckiej drodze” (der deutsche Weg) pojawiło się już podczas ostatniej kampanii wyborczej do Bundestagu. To prawda: ogromna większość Niemców jest przeciwna uderzeniu na Irak, a podobnego zdania – jeśli spojrzeć na badania opinii – są niemal wszystkie narody Europy. Wielu Niemców i Europejczyków irytuje zawziętość, z jaką administracja Busha prze do wojny. Nie ulega też wątpliwości, że demokratycznie wybrany szef rządu nie może na dłuższą metę prowadzić polityki sprzecznej z oczekiwaniami swojego elektoratu. Ale równie ważna, jeśli nie ważniejsza, jest podstawowa zasada polityki: w czasach kryzysu międzynarodowego przedwyborcze kalkulacje muszą ustąpić miejsca racji stanu. A Schröder zlekceważył tę regułę.
Pół roku po minimalnie wygranych wyborach i prawie pięć lat po zmianie rządów z chadeckich na lewicowe Schröder zapędził Niemcy – jak żaden kanclerz po II wojnie światowej – w ślepą uliczkę. Problemem niemieckiej polityki zagranicznej nie jest Joschka Fischer, „zielony” szef dyplomacji. Tym problemem jest Schröder, „czerwony” szef rządu. W ostatnich sześciu miesiącach kanclerz – tak twierdzą nie tylko jego polityczni przeciwnicy – poważnie zaszkodził niemieckiej polityce zagranicznej i niemal roztrwonił to, co udało się zbudować przez minione półwiecze.
Kryzys iracki, który jeszcze latem ub.r. pomógł Schröderowi zwyciężyć w wyborach, może teraz przypieczętować jego los. Kanclerz i liderzy SPD są jednak sami sobie winni: to przecież Schröder w czasie kampanii wyborczej powiedział zdecydowane „nie” dla udziału niemieckich żołnierzy w operacji nad Zatoką, nawet z mandatem ONZ. Racja, była to tylko taktyka obliczona na powiększenie elektoratu, ale pozbawiona szerszego spojrzenia strategicznego: przecież obrażono Amerykę, zignorowano NATO, a z początku o niczym nie poinformowano najważniejszego europejskiego partnera – Francji. Także w innych krajach kontynentu, gdzie być może nieoficjalnie sympatyzowano z niemieckim stanowiskiem, jednostronna deklaracja Schrödera nie znalazła poparcia.
Późniejsze wysiłki kanclerza, by załagodzić nieporozumienia, nie trwały długo. Od początku roku pogłębiają się różnice między europejskimi sojusznikami. Zaczęło się od nie zapowiadającego nic dobrego „Listu Ośmiu” premierów, który demonstracyjnie wzywał do solidarności z USA. List, podpisany także przez Polskę, został wylansowany przez nowy brytyjsko-hiszpański tandem Blair–Aznar – w sekrecie przed Schröderem, Chirakiem, a nawet dzierżącą teraz prezydencję w Unii Europejskiej Grecją. To był oczywisty dowód braku zaufania do „starego” niemiecko-francuskiego tandemu i afront wobec Schrödera.
Tymczasem kanclerz brnął dalej – a pechowa okazała się znów kampania wyborcza, tym razem na szczeblu regionalnym. Przed wyborami do landtagów w Hesji i Dolnej Saksonii kanclerz bez potrzeby oświadczył, że Niemcy, które są obecnie członkiem Rady Bezpieczeństwa NZ, a w tym miesiącu nawet jej przewodniczą, będą na forum Rady głosować przeciwko interwencji w Iraku. Do tego doszło weto Niemiec, Francji i Belgii wobec wzmocnienia przez NATO obrony Turcji przed ewentualną zemstą Husajna. Kryzys sięgnął punktu kulminacyjnego, gdy w czasie trwania konferencji na temat bezpieczeństwa w Monachium, na której od dziesięcioleci spotykają się politycy, wojskowi, dyplomaci i dziennikarze, tygodnik „Der Spiegel” ujawnił „tajny plan” Berlina i Paryża dotyczący pokojowego rozwiązania kwestii irackiej. Tytuł w gazecie brzmiał: „Alternatywny plan Francuzów i Niemców. Zamiast wojny – kontrola ONZ w Iraku?”. Ani USA, ani europejscy sojusznicy nic nie wiedzieli o projekcie. 
Tajnym informatorem „Spiegla” był oczywiście Schröder. Jak można się domyślać, nawet Zieloni nie zostali przez kanclerza uprzedzeni o przedwczesnym ujawnieniu niemiecko-francuskiej inicjatywy pokojowej. Jakie wrażenie wywarły te wieści na uczestnikach monachijskiej konferencji, gdzie spotkały się główne osobistości z Niemiec i Ameryki i gdzie dotąd dominowała atmosfera wzajemnego zaufania? Odpowiedź: zdumienie, bezradność i wściekłość. „Pół wieku starań i zdobywania zaufania – i wszystko na nic” – mówił jeden z gości.
Po tej „katastrofie komunikacyjnej” mało pocieszający był fakt, że prezydent Putin podczas berlińskiego przystanku w drodze do Paryża udzielił poparcia niemiecko-francuskiemu planowi pokojowemu. Uściśnięcie ręki z Moskwą tylko zaostrza spór z Ameryką i pogłębia podział Europy. Niepokojący sojusz, zawiązany ponad dziesięć lat po zakończeniu Zimnej Wojny, wygląda tak: Niemcy i Francja wspólnie z Rosją przeciw Ameryce... A Polska stoi – znowu – między Niemcami a Rosją?
Schröder wydaje się jednak nie traktować tego wszystkiego serio. Przez jego dyplomatyczne dyletanctwo Niemcy postępują w tych dniach niczym chorobliwie ambitny amator, który w przeciwieństwie do Rosji i Francji nie pozostawia sobie żadnej opcji, żadnej drogi odwrotu od dotychczasowych działań na arenie międzynarodowej. Niemcy nie są już – tak pewnie myślą dziś europejscy sojusznicy – wiarygodnym partnerem. Zwłaszcza Turcja musiała się poczuć opuszczona. Tymczasem wsparcie dla Ankary byłoby istotnym gestem wobec najbardziej narażonego na atak Bagdadu członka NATO, a jednocześnie taka ochrona nie oznaczałaby „tak” dla amerykańskich planów uderzenia na Husajna.
W Niemczech coraz ostrzej krytykuje się Schrödera. „Co jeszcze latem było skuteczną bronią wyborczą, teraz urosło do najgorszego kryzysu niemieckiej polityki zagranicznej po 1949 r. – napisał tygodnik „Die Zeit”. – Ofiarą numer jeden jest wspólna europejska polityka zagraniczna i bezpieczeństwa”. Z kolei dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” komentuje sarkastycznie: „Lewicowy wilhelminizm Schrödera to odwrócona mania wielkości. Ponieważ nie jesteśmy już najgorszymi na świecie, chcemy być najlepszymi. Człowiek, który po 11 września bezmyślnie deklarował »nieograniczoną solidarność« [z USA], mówi teraz równie bezwzględnie o nie-solidarności”.
Wykorzystywanie kryzysu irackiego jako dominującego tematu w kampanii wyborczej – byle tylko zapobiec swemu upadkowi – było już wystarczająco lekkomyślne. Teraz jednak Schröder nadaje całej sprawie niebezpieczny wymiar ideologiczny. Kanclerzowi i większości SPD chodzi o to, czy świat pozostanie multipolarny, czy też zdominuje go jedno mocarstwo. Przed socjaldemokratycznymi deputowanymi do Bundestagu Schröder jasno zdefiniował cel: chce złamać „hegemonialne pretensje” USA.
Oczywiście, w żadnym razie nie trzeba podzielać wszystkich pomysłów w polityce zagranicznej raczej zbyt prosto rozumującego prezydenta USA. Jeszcze mniej należy dać się prowokować oświadczeniom amerykańskiego sekretarza obrony, żywcem wyjętym z filmów o Rambo. Ale trzeba zadać sobie pytanie, czy w interesie Niemiec leży spór z Ameryką? Wyobrażenie, że Niemcy mogą wskazywać USA właściwą drogę, jest – delikatnie mówiąc – przesadzone. Często uważa się Niemców za „antyamerykańskich”. Bez roztrząsania, czy ten uogólniający zarzut jest słuszny, jedno można powiedzieć bez wątpliwości: „Antyamerykanizm nie jest dobrym budulcem dla Europy” – jak napisał ostatnio w jednej z niemieckich gazet były ambasador Polski w Niemczech Janusz Reiter. I miał rację.

Przełożył Marek Zając


Joachim Trenkner, były reporter amerykańskiego tygodnika „Newsweek” i niemieckiej telewizji publicznej, jest stałym współpracownikiem „Tygodnika”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl