Jak pisać o Kościele


Czas zejść z ambony

Ks. Kazimierz Sowa



Pytanie o sposób pisania (mówienia) o Kościele jest pytaniem o miejsce, jakie chcemy zajmować w dyskusji publicznej, aspirując do prezentowania racji strony kościelnej (jeśli chodzi o media katolickie) lub stanowiska Kościoła w danej sprawie (w tzw. mediach świeckich). Jest to również pytanie o miejsce, z jakiego chcemy patrzeć na to, o czym piszemy: czy chcemy stać na ambonie, czy też wolimy przyjrzeć się zjawisku z perspektywy kościelnego przedsionka czy wręcz przykościelnego placu.


O tym, że to ważne rozróżnienie, określające w dużej mierze także język, jakim przyjdzie nam się posługiwać, przekona się każdy duchowny, który choć raz stanie podczas Mszy pod chórem: zobaczy, że język „ambony” całkowicie odbiega od tego, którym posługuje się przeciętny człowiek komentujący niedzielne kazanie. Inaczej mówiąc: życie Kościoła z wysokości ambony, jakby od środka i w perspektywie zamkniętej, wygląda zupełnie inaczej niż rzeczywistość dostrzegana „w otwartej przestrzeni”. Chodzi także o to, czy w debacie publicznej chcemy jako media katolickie zajmować pozycję równoprawnego uczestnika, czy też zadowala nas sytuacja, w której nasz głos brzmi jak szept wypowiedziany w kącie, z nadzieją, że i tak nikt nie usłyszy.
„Ambona” to raczej miejsce ogłaszania prawd i racji, bez otwartej debaty. Jeśli nawet pojawiają się na niej argumenty drugiej strony, to zawsze na zasadzie cytatu, bez szans na wypowiedzenie ich własnym głosem oponentów. Stojąc na ambonie, łatwo widzieć świat tylko przez pryzmat własnych problemów i znajdować ich rozwiązania w sposób „oczywisty, łatwy i jedynie słuszny”. Sprzyja temu również specyficzny język, jakim się posługuje kaznodzieja – nie mający nic wspólnego (albo w najlepszym przypadku bardzo mało) z językiem dialogu. Nie znoszący sprzeciwu, a przez to wyrazisty, styl „ambony” opanowały do perfekcji media stworzone przez ojca Rydzyka („Nasz Dziennik” i Radio Maryja”), ale jest on wyraźnie obecny także na łamach „Niedzieli”, ciesząc się zresztą nieukrywaną akceptacją sporej części duszpasterzy i hierarchów.
Kreowanie wizji świata z pozycji „ambony” ma i tę słabość, że bez najmniejszego wysiłku możemy odgadnąć, kto i przy jakiej okazji pojawi się tam w roli autorytetu, choć ta przypadłość pytania o zdanie tylko znajomych nie jest obca i innym, w tym publicznej telewizji, „Tygodnikowi Powszechnemu” czy „Gazecie Wyborczej”. Kiedy pojawia się jakaś bulwersująca opinię publiczną sprawa „z Kościołem w tle”, wiem, że na każdym kanale telewizyjnym, w połowie serwisów radiowych, a na pewno następnego dnia w „Gazecie” przeczytam, co o tym myślą ks. Adam Boniecki czy biskup Tadeusz Pieronek. Dzieje się tak zresztą na nasze własne, kościelne życzenie: telefony biskupów milczą, a uzyskanie opinii rzecznika czy Sekretarza Generalnego Episkopatu graniczy z cudem, dlatego pozostają zawsze dostępni (dodajmy: wypowiadający się kompetentnie) ks. bp Pieronek i ks. Boniecki, a ostatnio coraz częściej Jarosław Gowin.
Druga perspektywa, osobiście mi bliższa, to spojrzenie na rzeczywistość od strony „przykościelnego placu”, przypominające także styl działania św. Pawła, zwanego czasem pierwszym dziennikarzem. Apostoł Narodów jako pierwszy zrozumiał, że warto przekroczyć krąg ograniczeń kulturowych i wyjść z Prawdą na rynki i ulice świata, nawet jeśli człowiek słyszy przy tym: „Posłuchamy cię innym razem”. Media są dziś czymś w rodzaju areopagu idei i przepisów na życie; zamykanie się tylko wśród swoich prowadzi prędzej czy później do obsesji i mentalności getta. „Przykościelny plac” daje nie tylko możliwość dostrzegania szerszego spektrum wydarzeń, ale posługiwania się bardziej swobodnym językiem. „Stojąc przed kościołem” wolno mi ciszej lub głośniej dyskutować z oponentami, których w kościele nigdy nie znajdę; wolno używać racji, które z ambony nigdy by nie padły. Zamiast „przekonywać przekonanych”, na przykościelnym placu wolę spierać się, przekomarzać, a czasem nawet żartować z oczywistej głupoty.
Przyjęcie takiej perspektywy wcale nie musi oznaczać wycofania się z prezentowania stanowiska Kościoła w danej sprawie. Chodzi bowiem nie o to, czy zabierać głos, tylko jakim językiem mówić. To szczególnie ważne w przypadku dyskusji na temat spraw trudnych, dotykających często słabości i problemów, jakie mają ludzie Kościoła. Mówiąc wprost: łatwiej było o sprawie abpa Paetza wypowiadać się na łamach „Gazety” czy „Rzeczpospolitej” niż w „Gościu Niedzielnym”. Łatwiej także dlatego, że czytelnik oczekuje ode mnie mojego zdania, a nie zdania wypowiadanego w imieniu Kościoła albo w zastępstwie biskupów.
Ze zdziwieniem patrzę, jak szybko środowisko dziennikarskie (zarówno w koloratkach, jak i krawatach) przechodzi na pozycję „ambony”. Nawet dla młodych dziennikarzy wszystko musi być oczywiste i proste, najlepiej bezdyskusyjne i „do wierzenia podane”. Jeśli do tego dodamy manierę podlewania każdego komentarza „świątobliwym” sosem, mamy najczęściej danie niestrawne i odstraszające. Mówienie o Kościele z pozycji nie znoszących wątpliwości dla przeciętnego człowieka wydaje się pewną grą i często wręcz arogancją. To uwaga skierowana głównie do dziennikarzy reprezentujących media katolickie, ale i koledzy z mediów świeckich nie są pozbawieni pokus. Jedną z najczęściej spotykanych jest podawanie przepisów na uzdrowienie Kościoła. Czytając teksty o sporze Radia Maryja z Episkopatem czy o różnych stanowiskach prezentowanych na temat integracji europejskiej, odnoszę wrażenie, że niektórzy publicyści mają receptę na każdą bolączkę, z jaką się w Kościele spotykają, tylko nikt ich nie chce słuchać. Przekonanie o własnej nieomylności jest dla każdego żurnalisty zabójcze.
Inna grupa to medialni konformiści, którzy (może to przyzwyczajenie z poprzedniego systemu?) traktują Kościół jak kolejny dwór, na którym przychodzi im pracować. Stąd umizgi i zupełny brak poczucia zawodowej misji, przejawiający się w traktowaniu własnej osoby w roli stojaka do mikrofonu, a nie profesjonalisty, który ma słuchaczowi czy czytelnikowi dać odpowiedź, dlaczego ktoś tak, a nie inaczej myśli. Na szczęście wolny rynek mediów coraz częściej udowadnia, że także o Kościele można i trzeba mówić ciekawie, otwarcie i profesjonalnie. Najlepszym przykładem była obsługa ostatnich papieskich pielgrzymek do Polski. Duża w tym zresztą zasługa mediów prywatnych i pracujących tam dziennikarzy, od których szefowie tzw. katolickich mediów coraz częściej mogą się wiele nauczyć. Warto zejść z ambony.

Ks. Kazimierz Sowa jest dyrektorem Radia Plus, stale współpracuje z „Gościem Niedzielnym”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl