O zmęczeniu polityką i polityce zmęczenia


Dostrajanie i dostawianie

Tadeusz Sławek



„Jesteśmy przede wszystkim chodzącymi 
fragmentami instytucji naszego społeczeństwa”.

Cornelius Castoriadis



1. Powiedzmy to od razu, by uniknąć nieporozumień, powiedzmy to, nim pojawią się następne słowa: wiele dobrego stało się w Polsce po metamorfozie, która w 1989 roku zmieniła nasze życie.
Nostalgia za komunistyczną rzeczywistością uchybia pracy tych, którzy postanowili – wiele poświęcając – przebudować Polskę nie dlatego, by wnieść swój wkład w następną wersję „nowego, wspaniałego świata”, nie dlatego, by odpowiedzieć na propagandowo rzucone retoryczne pytanie „pomożecie?”, lecz dlatego, że oto otwarła się możliwość prawdziwie wspólnego działania, w którym – jak by powiedziała Edyta Stein – złe nawyki społeczne powoli traciły moc psucia ochoczości ducha.
Olbrzymia energia wyzwolona przez cud 1989 roku, powodzenie wielu prywatnych i publicznych przedsięwzięć, było jakby spełnieniem pokuty za grzech wewnętrznej apatii ponad 40 lat systemu realnego socjalizmu. Podkreślam „wewnętrznej”, gdyż pragnąc ocalić dokonania wielu uczciwych ludzi, którzy jak ojciec bohatera znakomitej „Autobiografii” Perfektu w dobrej wierze stawiali „Bóg wie gdzie, martenowski piec”, jednocześnie musimy dostrzec cierpienie ich ducha, stopniowo pogrążającego się w strasznej, niszczącej rozbieżności między deklaracjami a faktami, w przepaści między ideologią a praktyką, przyzwoitością i powodzeniem życiowym. Zmęczone ciało było pustynią, na której błąkała się zagubiona i coraz bardziej chora na apatię dusza.
Rok 1989 to czas budzącego się i napełniającego ochotą ducha. Tej wartości nikt nie odbierze owemu niezwykłemu czasowi. Dlatego musi zastanowić powracający dzisiaj, po 13 latach, temat zmęczenia; zwłaszcza, że generacja, która z nadzieją ożywioną ochotnym duchem opuszczała „ziemię nic” komunizmu szybko ustępuje miejsca pokoleniu, które samo definiuje siebie jako „kręcąca się w kółko” „generacja nic, generacja nie, generacja źle” (tak śpiewa zespół Cool Kids of Death).

2. W „Kontrapunkcie” o „Pokoleniu ’89” kilku 30-paroletnich mężczyzn dialoguje o swoim życiu, ale przedmiot rozmowy nie jest wyłącznie prywatny; spostrzeżenia tyczą się również kształtu rzeczywistości, w której żyją i pracują młodzi ludzie. Mówimy o nich „dyskutanci”, choć moglibyśmy powiedzieć „penitenci”, bowiem wymiana zdań ma charakter „spowiedzi dziecięcia wieku”.
Jednym z najczęściej padających w trakcie spotkania słów jest przymiotnik „zmęczony”. Czy wszyscy dzisiaj jesteśmy „zmęczeni”? Czy świat, w którym przyszło nam pracować, wychowywać dzieci i kształcić młodzież jest światem powodującym szczególne „zmęczenie”?
Tak można by sądzić, słuchając, jak 20-paroletni muzycy z Cool Kids of Death śpiewają o tym, że kształtowała ich „pornografia i telewizja”. A może to tylko „nasz” świat („pornografii i telewizji”) i przypisany nam spłachetek czasu jest „męczący”, podczas gdy inni cieszyli się i cieszą rzeczywistością?... Właśnie, jaką? Czym jest owo zmęczenie, o którym mówią dyskutanci i co byłoby dla niego alternatywą? The Beatles w pieśni „I’m So Tired” z końca 1968 r. upatrywali przyczyny zmęczenia w nadmiernie silnych wrażeniach i marzyli o chwili wewnętrznego spokoju; Cool Kids of Death w roku 2002 są zmęczeni właśnie nudą spokoju i „brakiem doświadczeń istotniejszych”, światem, w którym „nic się nie zdarzyło”.

3. Zmęczony może być ten, kto właśnie czegoś dokonał lub coś osiągnął. Jest to stan następujący „po”, stan, w którym nasze ciało, energia myślenia i działania zapadają się w mroczną przestrzeń, zagłębiają w jakiejś ciemnej norze tak, iż opanowuje mnie bezruch, a moje spojrzenie ledwie śledzi świat spod ciężkich powiek. Tak czuję się „po” nartach, „po” długim biegu, „po” wytężonej rozmowie czy pracy fizycznej. Dwie rzeczy są tu istotne: po pierwsze moje ciało przyjmuje zmęczenie w sposób naturalny, jako dopust natury, sposób włączenia mnie w łańcuch stworzeń. Odczuwając takie zmęczenie powracam do swej zwierzęcej natury, dopada mnie biologia, której w uniesieniu pracy i napięciu wysiłku wyobrażam sobie, że już się wymknąłem. „Nora”, w której znika moja energia i zapał, jest matecznikiem zwierzęcości w człowieku. Przez to zmęczenie natura przywołuje mnie do porządku.
Po drugie, zmęczenie pojawia się wtedy, gdy doszedłem do punktu, w którym muszę przerwać swój trud, bowiem czuję, że dalsze kroki na tej drodze nie są już możliwe. Montaigne komentując przygodę Mariusza, który zasnął jak kamień podczas bitwy z Sullą, pisze, iż „przypisują to temu, że tak był wycieńczony trudem i bezsennością, iż natura wręcz wymówiła mu posłuszeństwo”. Ale jednocześnie zmęczenie nie niweczy mojego myślenia o przyszłości; przymykając oczy, prostując gnębione kurczem mięśnie gotuję się już do następnych przedsięwzięć.
Dlatego tak istotne jest, byśmy wiedząc, że zmęczenie następuje „po”, pamiętali również, że stan ów jest swoistym pomostem w stronę przyszłości: zanurzając się w zmęczeniu, ciało przygotowuje się do kolejnych trudów.
Zmęczenie, o którym myślimy, jest więc zmęczeniem „dobrym”, które coś kończy, lecz jednocześnie stanowi obietnicę tego, co dopiero się zacznie; a przede wszystkim przypomina mi o mojej „zwierzęcości”, upokarza moje często zadufane w sobie człowieczeństwo, które pragnie rosnąć nad miarę i czynić ziemię i wszystko dookoła sobie poddanym. Zatrzymując mnie w biegu, zmęczenie chroni świat przed nadwyżką mojej energii, przerostem zachłanności i poczucia wszechwiedzy.
Wszyscy znamy opowieści o satrapach i złoczyńcach, którym – jak to się stało z Lady Makbet – władza i ambicja odebrała sen, ten podstawowy atrybut zmęczenia; tylko człowiek nieludzki, owa groźna karykatura „nadczłowieka”, nie zna zmęczenia. Męczyć się to poznawać miarę, a zatem ćwiczyć się w cierpliwości. Paul Valčry pisze: „Maszyna zabiła cierpliwość”: zatem zmęczenie, o którym mówimy, jest ucieczką od maszyny i świata urządzeń pracujących bez spoczynku i zmrużenia powiek.

4. Jest wszakże inny rodzaj zmęczenia, który miarę odrzuca, odmawiając jej racji bycia. To stan wynikający nie z tego, że oto wykonałem tyle pracy, że się natrudziłem, lecz z poczucia, że tak wiele spraw i tyle wysiłku przydarzyło mi się jakby mimo mej woli. Gdy pierwsze zmęczenie jest efektem mojej aktywności, drugie – pomimo nawału wykonanej pracy – nosi na sobie piętno mojej bierności.
Nie ja „zrobiłem”, ale mnie „się zrobiło”. Jestem jakby obcy dla siebie samego, zdarzenia przytrafiają się mnie, lecz obserwuję to wszystko, jakbym był wobec siebie na zewnątrz. Stąd inna składnia języka zmęczenia: jeden z nich mówi „zmęczyłem się”, drugi – „to mnie męczy”. Człowiek, któremu wiele rzeczy „się zdarzyło” nie jest podatny na pojęcie miary, bowiem przyjmuje, że rozmaite sprawy są jakby poza jego kontrolą: to historia potoczyła się tak, a nie inaczej, to w firmie pracuje się w taki a taki sposób, to trzeba było załatwić tą, a nie inną drogą.
Męczą mnie „sprawy i ludzie”, a znużenie przypomina mi tylko jeszcze bardziej o człowieczych uwikłaniach ich losu. Duch jest bardziej zmęczony niż ciało, początek dnia jest równie smętny, jak koniec. Nie mogę spać, myśląc o rozczarowaniach, układach, bezczelności, chamstwie otaczającego mnie ludzkiego świata. Pierwsze, „dobre” zmęczenie przywraca nas człowieczeństwu, każąc pamiętać o przygodności istnienia i biologicznej „zwierzęcości” ciała; drugie – zatrzymując nas w kręgu spraw czysto ludzkich – sprawia, że o blaskach owego człowieczeństwa wątpimy, pogrążając się w niemocy: to ja, człowiek, winienem osiągnąć wszystko, co zaplanowałem, a ponieważ inni uniemożliwili mi to swoją przebiegłością, pozostaje mi tylko patrzeć, jak niszczą mnie resentymenty i urazy. Nie uznając ani naturalnych, biologicznych ograniczeń swoich możliwości, ani nie godząc się na instancję transcendentalną (Bóg, bogini Fortuna, los; „i to jest wiara warta kpin ... idź i się zabij”, śpiewają Cool Kids of Death), która aranżuje bieg wydarzeń, jestem skazany na krąg spraw ludzkich.
Zmęczenie „dobre” polega – jak mówił Montaigne – na tym, że „natura wypowiada nam posłuszeństwo”; „złe” znużenie zasadza się na tym, że to ja wypowiadam służbę naturze. Stąd często owo drugie zmęczenie staje się wypaleniem, poczuciem całkowitej bezradności w obliczu wiru spraw i wydarzeń; co więcej, pośród zamieci wypadków i układów nie potrafię już przyjąć postawy czynnej, wycofuję się. To teraz pojawi się poczucie utraty ideałów, rozgoryczenia, rezygnacji, znudzenia, przeświadczenie o tym, że życie jest w istocie rzeczy pułapką zastawioną na naiwnych idealistów.
Sprawa ma zresztą szerszy zasięg, skoro daleki od inteligenckich niepokoi protagonista książki Doroty Masłowskiej mówi o sobie: „Ognia nie mam. Gdyż jestem wypalony. I chcę teraz umrzeć”.

5. Wracając do uczestników dyskusji w „Tygodniku”, większość z nich deklaruje poczucie „bycia zmęczonym” patologicznym stanem sfery publicznej, życia politycznego i ekonomicznego, a zatem stan ich ducha rodzi się z napięcia między jednostką a strukturami życia społecznego i przez to tym bardziej zasługuje na miano „wypalenia”.
Dotykamy tutaj ważnego problemu. Socjologowie i psychologowie zajmujący się zjawiskiem zmęczenia zauważają, że mimo wielkich religijnych, ekonomicznych i politycznych różnic dzielących obydwie kultury, Stany Zjednoczone i Polska wykazują zbliżony wysoki wskaźnik ludzi skarżących się na wyczerpanie spowodowane relacjami z otaczającym ich światem. Badania przeprowadzone na 25 tysiącach Amerykanów wskazują, iż co najmniej 25 proc. spośród nich postrzega siebie jako cierpiących na emocjonalne wyczerpanie, poczucie depersonalizacji i braku osobistych osiągnięć. Komentarz uczonych jest wielce zajmujący, czytamy w nim bowiem, iż „jest rzeczą zaskakującą, że jedynym krajem europejskim, w którym mimo gorszych niż na Zachodzie warunków pracy wskaźniki wypalenia są jeszcze wyższe, jest Polska” (W. Schaufeli i D. Enzmann, „The Burnout Companion to Study & Practice. A Critical Analysis”, Taylor & Francis, London 1998).
Postawmy hipotezę: gdy w krajach Europy Zachodniej i Stanach Zjednoczonych młodzi profesjonaliści czują się wypaleni przede wszystkim z powodu nadmiernego stresu zawodowego i wypaczonych relacji międzyludzkich w miejscu pracy, wypowiedzi gości „Kontrapunktu” zdają się wskazywać na to, iż młodzi polscy inteligenci przypisują swoje wypalenie przede wszystkim stanowi życia publicznego w najszerszym rozumieniu tego słowa.
Młodego menedżera w Anglii i Ameryce drażni głupota szefa, lecz potrafi dostrzec wszystkie plusy swego położenia, jako obywatela demokratycznego społeczeństwa posługującego się przejrzystymi procedurami; polski trzydziestolatek reaguje wypaleniem na głupotę struktur władzy państwowej, a jeżeli nasze spojrzenie ogarnia tak szerokie pole widzenia, wszelkie drobne, lokalne plusy przestają być zauważalne i ważne. Michał Wójcik nie widzi w sferze polityki niczego pozytywnego (a trudno się z nim nie zgodzić) i dodaje, iż „plusy gdzieś giną w tle, na pierwszym planie pozostaje zbrzydzenie”. Podobnie Paweł Bravo, który definiuje „swoją” Polskę jako „małą grupkę ludzi, których lubi, i którym dobrze życzy”. Ale i ta skromna próba, ten cienko zarysowany „plus” wycofuje się, ustępując przed wrażeniem ogólnej obcości: „mam poczucie, że to jest tak cienka warstewka, że trudno nazwać ją »naszą Polską«”.
Stąd w Europie Zachodniej i w Polsce odmienna postawa wobec prób terapii: pierwszy przypadek otwiera znacznie jaśniejsze perspektywy wyleczenia niż drugi. Łatwiej jest uzdrowić i „urozumnić” firmę, niż dokonać tej samej operacji na chaotycznych grupach nacisku o niejasnych strukturach tworzących organy władzy w państwie. Amerykański 30-latek szybciej wyjdzie z pustyni wypalenia niż jego polski odpowiednik. Wstrząs Watergate łagodziło przekonanie o skutecznych mechanizmach państwa, które sprawę doprowadzi do bezstronnie wyjaśniającego końca; Rywingate od samego początku zmniejsza i tak nikłą w społeczeństwie wiarę w rzetelność procedur administracyjnych, które pozwoliłyby sprzeciwić się i napiętnować brak przyzwoitości polskiej elity politycznej.

6. Otwierające dyskusję zdanie Marcina Mellera – „Rzeczywiście jestem zmęczony Polską” – mówi wiele zarówno swoją konstrukcją składniową („jestem zmęczony”, to nie ja zmęczyłem się, ale mnie z[a]męczono, przemożna siła otoczenia zatriumfowała nad jednostką), jak i rozległością horyzontu obwinianego otoczenia („Polska”).
Syndrom wypalenia jest tu szczególnie silny, bowiem obejmuje także zmęczenie emocjonalne (autor pisuje o polskim społeczeństwie, ale czyni to „bez emocjonalnego zaangażowania”) oraz szczególnie niebezpieczne zjawisko polegające na utracie kształtu i tożsamości przez wartości dotychczas uznane za najwyższe, w imię i na rzecz których człowiek podejmuje się wielkich wysiłków. „Polska” Mellera „w coraz większym stopniu staje się bezkształtnym tworem”, w którym „hołota” „zalewa wszystko”, a głos oddany na „Majora” Fydrycha jest desperacką próbą zwrócenia uwagi, że nad bezmiernym oceanem „hołoty” i „chamstwa”, które należy pojmować jako królestwo bezkształtu i bezformia, tu i ówdzie wystają jeszcze skrawki zielonej ziemi.
Niebezpieczeństwo rozmycia się konturów rzeczywistości jest zatrważające, bowiem pogrąża człowieka w ontologicznej otchłani (to zarys, kontur, granica pozwalają nam na identyfikowanie przedmiotów) i w konsekwencji uniemożliwia wszelkie porozumienie: aby komunikować się, potrzebne są przynajmniej dwie strony, gdy tracimy sposobność ich identyfikacji, wymazujemy możliwość rozmowy na rzecz prostego „oznajmiania”. Gdy słowo wypowiedziane w rozmowie trafia do wrażliwego skupienia bycia ucieleśnionego w twarzy mojego rozmówcy, słowo, które oznajmia, wędruje w pustkę, nie ma określonego adresata, jedynie „obija się o uszy”, lecz do nich nie trafia. Trzydziestoletni polski Pascal mógłby dzisiaj rzec, że przeraża go nie wiekuista cisza przestrzeni wszechświata, lecz obijające się o siebie, wrzaskliwe drobiny słów oznajmujących, promujących, z arogancką nachalnością (patrz eksperci manifestacyjnie obnoszący oficerskie mundury podczas konferencji prasowej na rzecz biopaliw) lobbujących, krążących w wypełnionej eterem obojętności przestrzeni społecznej.
Diagnozowany powszechnie kryzys rozmowy jest, być może, wynikiem narastającego kryzysu formy i kształtu, a więc miary i umiaru, od których rozpoczyna się rozmowa. Ktoś, kto żyje w świecie pozbawionym konturów, coraz mniej będzie wiedział, do kogo mówi i coraz bardziej ulegał tendencji do mówienia głośniej i brutalniej; skoro nie mam przed sobą skupionej twarzy, skoro mówię w pustą przestrzeń, muszę zatem mówić coraz głośniej, gdy chcę, aby moje słowo nie zostało zagłuszone przez wiele innych słów napierających nań z każdej strony. 
Trudno nie zgodzić się z poglądami dyskutantów: dzisiejsza scena polityczna w Polsce to głośny jazgot ludzi, którzy mając usta pełne tłustych kąsków, wywrzaskują swoje racje. Do nas, słuchaczy, trafiają jedynie krople śliny i okruchy. Nic dziwnego, że zespół Cool Kids of Death stał się bardem tych, którzy pragną być „nielegalni” i opiewa bohatera, który miast być „dobrym chłopcem”, „schodzi na manowce”; skoro dziedzina legalności zostaje w coraz większym stopniu zajmowana przez zagony deprawacji i korupcji, prawości poszukuje się na marginesach. Gdyby szeryf z Nottingham zachowywał się przyzwoicie, Robin Hood prawdopodobnie dokonałby żywota pracowicie uprawiając swój kawałek ziemi. Zmęczenie polityką (apatia społeczna) jest wynikiem polityki zmęczenia (nękające, chaotyczne działania na rzecz doraźnego interesu danej „hordy” mające na celu zmęczenie, „uśpienie” uwagi obywatela) prowadzonej przez polskie elity partyjne i państwowe.

7. Z jeszcze jednym widmem musimy dojść do ładu. Bezkształtna Polska, Polska politycznych i gospodarczych „dresiarzy” to kraj pozbawiony stylu (a przecież chodzi tu o fakty znacznie istotniejsze niż o to, że żona premiera ubiera się w zwiewną sukienkę na spotkanie z cesarską parą Japonii, dokuczliwsze nawet od „pourazowego zespołu przeciążeniowego goleni prawej” prezydenta w Katyniu), a więc obszar absolutnie i doskonale dyspozycyjny wobec wszelkiej „dostawności”, czyli taki, w którym wszystko można dostawić do wszystkiego, w którym zasada przyszłościowego widzenia ustąpiła miejsca taktyce zagarniania doraźnych łupów.
Mówimy o „łupach”, gdyż nie chodzi tu przecież o doraźne „rozwiązania”, te byłyby do przyjęcia; nie każdy problem pozwala na zdecydowane i ostateczne rozstrzygnięcia. Życie publiczne w Polsce tak dalece obfituje w przykłady tego rodzaju „łupieżczego” postępowania, że właściwie można by je uznać za normę polskiej polityki. Nowa matura rejteruje przed husarią przedwyborczych obietnic, zwierzchnik Agencji Rolnej obsadza posady tak dalece z pominięciem kwalifikacji kandydatów, iż budzi to sprzeciw Unii Europejskiej, minister finansów zgłasza niemoralny projekt abolicji podatkowej, będący w dodatku w całości antologią legislacyjnych usterek, groziło nam, iż do baków będziemy nalewać rujnujące silniki „biopaliwa” (wspaniały przykład indoktrynacji retorycznej, któż oprze się wezwaniom do szanowania środowiska) tylko dlatego, że zainteresowane jest tym PSL i lobby rolnicze, a minister infrastruktury funduje nam w postaci winiet trzeci (po akcyzie paliwowej i opłatach za szczątki autostrad) podatek od dróg, których główny walor polega na tym, że stanowią one skrzyżowanie toru przeszkód z tunelem śmierci. Słuchając Dostojnika można zapomnieć, iż znajdujemy się w kraju, w którym na 100 wypadków drogowych traci życie 12 ludzi, a na 100 tysięcy osób 16 ginie w wypadkach; ta statystyka dla krajów zachodniej Europy wynosi odpowiednio 3 i 6.
Nasze życie publiczne zdominowała zasada dostawiania, w myśl której to nie rozum, zdrowy rozsądek czy zapomniana już dzisiaj kompletnie przyzwoitość kieruje naszymi poczynaniami, ale interes grupy sprawującej władzę stający się celem samym w sobie. Wszystko można „dostawić” do wszystkiego pod warunkiem, że sprzyjać to będzie utrzymaniu władzy i zapewnieniu sobie odpowiednich wpływów i korzyści.
Wypalenie trzydziestolatków wypowiadających się w „Kontrapunkcie” jest reakcją na ową „dostawność”, której pierwszym i jaskrawym przykładem była „gruba kreska” sankcjonująca politykę „dostawiania” komunistów do niekomunistów. Rację ma Marcin Meller, kiedy stwierdza, że „dla kondycji kraju czymś fatalnym były próby przedstawiania komunizmu, prowadzone głównie przez »Gazetę Wyborczą«, jako czegoś, czym wszyscy byliśmy ubabrani”. Zabiegi te przysłużyły się dziełu osłabienia krytycznej refleksji nad przeszłością, a zatem zdeformowały kształt teraźniejszości poprzez stworzenie iluzji, jakoby amnezja społeczna miała sprzyjać przebudowie rzeczywistości. Dzisiejsze odrażające próby zniszczenia Instytutu Pamięci Narodowej podejmowane przez SLD wymownie świadczą o tym, iż intencje posłów i senatorów dążących do unieruchomienia pionu śledczego IPN nie mają nic wspólnego z etyką wybaczania, wiele zaś z pragmatyką politycznej obrony własnego dobro- i błogostanu.
Jeżeli rację ma współczesny filozof francuski Cornelius Castoriadis pisząc, iż społeczeństwo wytwarza obywateli wedle norm swego postępowania, i jeżeli przyjąć, iż instytucje polityczne i administracyjne normy owe w znacznej mierze kształtują, wówczas wizerunek polskiego obywatela wedle takich wzorów uformowanego musi nas zatrwożyć. Przestaje dziwić, iż rozmówcy „Kontrapunktu” czują się obcymi we własnym kraju; może się wręcz wydawać, iż polityka zmęczenia prowadzona przez elity władzy zmierza właśnie do tego, aby osłabić więzi jednostki ze „społecznym pniem”, bowiem rozproszonymi jednostkami pozbawionymi więzi rządzi się poręczniej.
Polskiemu politykowi podoba się to, że może do woli ćwiczyć się w „dostawianiu”, bowiem przyjęcie takiej zasady sprzyja przedłużeniu jego władzy – ostatecznie w każdej trudnej sytuacji można ratować się manewrem „dostawienia” sprzyjającego mu rozwiązania bez specjalnej troski o logikę czy konsekwencję. Polityk taki „dostawi” szybko podatek drogowy do nieistniejącej drogi, aby upozorować faktyczne działanie, niszczące mechanizm paliwo „dostawi” do silnika samochodowego, aby pokazać, iż troszczy się o swoje lobby, ekonomiczne uzasadnienie „przystawi” do niemoralnej propozycji (abolicja podatkowa), „dostawi” Polskę do Stanów Zjednoczonych z takim samym bezmyślnym zapałem, z jakim poprzednio dostawiał ją do ZSRR, a wszystko po to, aby odsunąć od siebie i partyjnych pobratymców widmo zagrożenia utratą władzy.
Logiczną konsekwencją przyjęcia zasady dostawności jest zatracenie formy i kształtu, wyzucie siebie i otoczenia z wszelkiego stylu, uczynienie świata ośrodkiem nieforemności i nudy. Jak wykazała ostatnio „afera Rywina”, grzęźniemy dzisiaj wszyscy w mentalnym błocie, zaś dotychczasowe autorytety i luminarze rozpaczliwie poszukują uzasadnienia dla swoich niejasnych poczynań. Jak dosadny i powodowany już tylko wściekłością i rozpaczą komentarz brzmi tekst Wandachowicza z płyty Cool Kids...: „Szanowny panie redaktorze, modny aktorze / na żywo i w kolorze / Mamy butelki z benzyną i kamienie w was wymierzone...”.

8. Niewiele można zarzucić dokonanemu przez rozmówców „Kontrapunktu” opisowi polskiej rzeczywistości. A jednak jest coś, z czym zgodzić się trudno i co stępia krytyczne ostrze wypowiedzi.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że dyskutanci pragnęliby zbudować świat oparty o przyjęty przez nich kierunek biegu wydarzeń, że ich słuszne pretensje do aroganckiej klasy politycznej wspierane są urazą wywołaną przez to, że zdarzenia i procesy zdarzały się wedle innej niż dyskutantów logiki. Dramat polega na niedostrojeniu się do wydarzeń, na odwróceniu się do nich plecami, dlatego że wedle naszego prywatnego kalendarza przydarzyły się nam one za późno lub za wcześnie. Pod jakże trafnie sformułowanymi pretensjami do mataczenia polityków kryje się depozyt żalu osobistego.
Codzienność w wyobrażeniu dyskutantów winna kształtować się tak, aby w otaczających ich przestrzeniach dokonywały się rzeczy niezwykłe, pełne dramatyzmu, rzeczy, których nie da się pominąć milczeniem ani którym nie można już okazać „pobłażania”, bowiem na swój sposób wykraczają poza granice „normalności”. Ożywia nas pragnienie spełnienia się naszego własnego scenariusza świata, scenopisu pełnego „efektów specjalnych”.
Stąd w „normalnej codzienności” nie jest – zdaniem Pawła Bravo – „tak całkiem normalnie”; odstępstwo od normalności polega bowiem na tym, że w otaczającej nas rzeczywistości pojawiają się, a nawet nad nią dominują zjawiska (jak LPR czy Samoobrona), których nie możemy ocenić inaczej (zgadzam się z rozmówcami „Kontrapunktu”) jak zdecydowanie negatywnie. 
Problem zdaje się polegać na tym, iż nie zdejmując z siebie obowiązku krytyki zjawisk, które uznaję za niewłaściwe i szkodliwe, nie mogę jednoznacznie uznać ich za „nienormalne”. Mają one bowiem swoje źródła i przyczyny, zaś obdarzenie ich etykietą „nienormalności” może zwolnić nas z powinności poważnej refleksji nad trapiącymi nas patologiami życia publicznego. „Nienormalność” tylko wtedy można rozbroić, gdy ukażemy stopień, do jakiego jest właśnie „normalna”, bowiem rodzi się z otaczających nas na każdym kroku codziennych powodów, nad którymi nasza bezpośrednia władza jest żadna lub niewielka. Człowiek pragnąłby zostać panem codziennych wydarzeń, a tym samym określić „normalność”; co chwilę jednak natykamy się na zdarzenia nie poddające się naszej woli. To nasz stosunek do „nienormalności” zdecyduje o kształcie codziennego życia; w ostatecznym rozrachunku naszą roztropność określa nie tyle wielkość samego czynu, ale stan naszej świadomości, gotowość do wyzwalającego przyjęcia zjawisk i zdarzeń świata lub też rozumnego zbuntowania się przeciwko nim.
„Wypalenie” 30-letnich inteligentów wzięło się po części z poczucia zawodu wywołanego przez codzienność. Oto codzienność zdradziła człowieka; jej uporczywe trwanie w drobnych, trywialnych, często przypadkowych zdarzeniach wystawia na ciężką próbę pragnienie zdarzenia prawdziwego, wielkiego, odpowiadającego naszym wyobrażeniom i pragnieniom. Ludzie, których popieram w wyborach, powinni przyciągać tłumy głosujących, a jeżeli tego nie czynią, staje się to przyczyną desperacji. Jedynie Marek Węcowski przestrzega słusznie przed nieumiarkowanymi oczekiwaniami: „Nie doczekamy się jakiegoś politycznego mesjasza. Wybierajmy pomiędzy tym, co jest. Nie będzie innej jakości, nawet jeżeli wszyscy gremialnie pójdziemy do polityki”. Tymczasem czytając dyskusję w „Kontrapunkcie” odnosimy wrażenie, że dyskutanci właśnie nie chcą wybierać „pomiędzy tym, co jest”, lokując swoje wybory w sferze dawno minionej. 
Pytanie, jakie trzeba zadać gościom „Kontrapunktu”, mogłoby brzmieć tak: czy ktoś, kogo „nie czyta pies z kulawą nogą”, lub ten, z kim ledwie pół procenta społeczeństwa dzieli poglądy polityczne, ma wystarczające podstawy do tego, aby czuć się gorszy i „zmęczony”? Czy jest to dostateczny powód do nadwątlenia więzi ze wspólnym społecznym pniem, do porzucenia wysiłków zmierzających do komunikowania się z innymi? Czy można godnie i satysfakcjonująco porozumiewać się i obcować tylko z tymi, których duchowy, intelektualny i ekonomiczny „krój” odpowiada naszemu? Niebezpieczne społecznie zjawisko clubbingu zdaje się potwierdzać domysł, iż zarówno ci, których czytają wszyscy, jak i ci, których nie czyta nikt, przebywają wyłącznie z tymi, którzy podzielają ich sposób myślenia lub sposób na życie.
Człowiek przestał dostrajać się do świata; wypełnia nas pragnienie, aby to świat dostroił się do nas. Gdy tego nie czyni, popadamy w „wypalenie”. Szymon Gutkowski dotyka istoty sprawy, gdy wyznaje: „gdyby tylko był pomysł, iskra, to chętnie byśmy rzucili codzienność i zaczęli coś robić od nowa”. Otóż natura i urok codzienności polega na tym, że w żadnym przypadku rzucić się jej nie da, bowiem stanowi ona samą materię naszego życia. Tylko w siatce na poły automatycznych, trywialnych zajęć człowiek przebija się przez dany mu czas; chodzi więc nie o „rzucenie” codzienności, bowiem ona zawsze upomni się o nas, lecz o mądre, nie mające nic wspólnego z konformizmem, dostrojenie się do niej. Dzięki niemu, nie snując marzeń o porzuceniu życia codziennego, częściej napotkamy sploty zdarzeń, które nie całkiem oddane będą bezładowi, lecz w których dostrzeżemy choćby ślady porządku.

9. Może ów „rozstrój”, brak dostrojenia, jest także jednym z powodów kryzysu wiary i modlitwy, która stała się głównie zabieganiem o swoje sprawy, wystawaniem na korytarzach Boga, „jak gdyby Bóg był giermkiem, który zaspokaja ludzkie aspiracje i pomaga usuwać z życia sprawy ostateczne”, pisał Abraham Heschel. Tymczasem źródła modlitwy, czy szerzej – słowa skierowanego ku Drugiemu, tkwią w dostrojeniu właśnie.
Pierre Hadot pisze, iż „modlitwa dostrajająca jest prawdziwym ćwiczeniem duchowym. Polega ono na przekształceniu ludzkiego widzenia świata i ludzkich skłonności wewnętrznych w celu wzniesienia się ku wizji ładu powszechnego...” i dodaje, iż „dostroić się to jednocześnie scalić się ze wspólnotą ludzką, uprawiając sprawiedliwość, i ze wspólnotą kosmiczną, godząc się na powszechną metamorfozę konieczną dla harmonii natury”. Dostroić się, to podjąć radykalną krytykę bez zrywania więzi.
Czytając niektóre fragmenty „Kontrapunktowej” debaty, można odnieść wrażenie, że jej uczestnicy sądzą, iż elementem kondycji człowieka jest rodzaj paktu podpisanego z Opatrznością, losem, przeznaczeniem, w którym instancje owe udzielają nam gwarancji na szczęście (tutaj różnią się od 20-latków, którzy żądają, aby „zdelegalizować szczęście”) polegające na tym, iż historia będzie posłusznie biegła torem wytyczonym przez nasze upodobania i pragnienia.
Paradoksalnie dzielą owo przekonanie ze swymi adwersarzami, politykami, którzy wyposażeni są nie tylko w podobne przeświadczenie, ale także (w odróżnieniu od naszych rozmówców) w praktyczne narzędzia jego spełniania. W obu przypadkach mamy do czynienia z „rozstrojeniem” społecznego organizmu; i jedni, i drudzy, choć z odmiennych powodów, zawieszają nie tylko swoje zainteresowanie, ale wręcz przynależność do społeczeństwa. Wojciech Stanisławski i jego koledzy czynią to z racji poczucia porażki swoich szlachetnych zamierzeń; funkcjonariuszami partii władzy kieruje triumfalistyczna świadomość zwycięstwa, dzięki tej arogancji radykalnie odcinają wszelkie kontakty z „przegranymi”, bowiem ci potrafią skazić samozadowolenie wątpliwościami i niepewnością.
Choć serdecznie rozumiem dyskutantów „Kontrapunktu” i podzielam ich surową krytykę polskiej klasy politycznej, brakuje mi w ich postawie pomostu, po którym mogliby wrócić do spraw publicznych. Oby ich „wypalenie” okazało się jedynie dobrym „zmęczeniem”, które przywraca siłę i energię. „Rozstrojenie” niech ustąpi miejsca „dostrojeniu”, które, jak myślał o nim Marek Aureliusz, cesarz-filozof, władca pozbawiony złudzeń, acz nie ideałów, polega na tym, by „wzrastać na tym samym pniu, lecz nie przyjmować tych samych zasad”.
Brońmy swoich przekonań, nawet gdy wspiera je mniej niż procent społeczeństwa, nie ulegajmy niszczącym wpływom, lecz nie zarzucajmy poczucia związku grzęznąc w przepastnych enklawach wypalenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl