A mój syn


Do Jakuba Wojewódzkiego
i Roberta Leszczyńskiego

JACEK PODSIADŁO




Jest czas polemizowania i czas powstrzymywania się od polemik. Kiedy mój syn oglądał program „Idol ekstra” i zauważyłem, że jeden z Panów występuje w t-shircie z „Brygadą Kryzys”, a drugi z „Dezerterem”, powstrzymałem się. Pokiwałem głową nad Panów losem i zająłem się własnym nosem, a dokładniej sterczącym zeń włosem. Kiedy jednak nazajutrz w tym samym telewizorze, choć na innym kanale, usłyszałem jednego z Panów z przejęciem wyjaśniającego własną filozofię t-shirta i przekonującego, że to dla niego bardzo poważna sprawa, w jakim t-shircie aktualnie się znajduje, zrozumiałem, że nadszedł czas polemiczny.
Mówiąc bez ceregieli, bardzo Panów proszę o niezakładanie koszulek z „Dezerterem” i „Brygadą Kryzys” do programu „Idol”. Oczywiście ubiór Panów jest ich prywatną sprawą. Oczywiście mają Panowie prawo lubić dowolne zespoły i dawać temu wyraz. Oczywiście może się nawet okazać, że jako dziennikarze znają Panowie osobiście muzyków „Dezertera” i „Brygady” i np. dostali te koszulki od nich, więc jakże w nich nie chodzić. Skoro jednak włożenie t-shirta nie oznacza dla Panów włożenia na siebie byle czego, podtrzymuję powyższą prośbę. Mam nadzieję, że dla Panów będzie to tylko kwestia wdzianka. A dla mnie to ważne.
Komuś, kto jak ja mocno przeżywał rockowo-wyzwoleńczy zryw lat 80., niewielu zostało dzisiaj „idoli”. Wykruszali się na różne sposoby, najczęściej porywani z „niszowych” zatoczek przez różne „trendy” próbowali się przebić do „mainstreamu”, w którym taplają się po dziś dzień, o ile po drodze nie poszli na dno. Czasami można w wysokonakładowej prasie przeczytać z nimi wywiady, w których zazwyczaj zajmują się przekonywaniem, że nie skiepścili się tak bardzo, bo inni skiepścili się jeszcze bardziej, albo że owszem, utracili cnotę, ale tylko jeden raz. 
„Dezerter” jako grupa i Robert Brylewski jako filar „Brygady”, a potem wiele innych grup muzycznych, są dość odosobnionymi przykładami odmiennej postawy. Przede wszystkim pozostali wierni głoszonym przez siebie od dawna przekonaniom i wyciągnęli z nich konsekwencje. Świat, przeciwko któremu występowali 15-20 lat temu, nie zmienił się dla nich w istotny sposób ani w roku 89-tym, ani później, choć zmienił się dla tych, których sprzeciw był wyłącznie natury politycznej lub brał się z pragmatyzmu. O ile postawa „Dezertera” może być w jakimś stopniu pochodną ich wyborów artystycznych, bo darcie ryja i łomot na razie nie są do przyjęcia dla żadnego mainstreamu, o tyle Robert Brylewski mógłby spokojnie mieć dwadzieścia złotych płyt (przy ciągłym zaniżaniu norm nakładu czterdzieści), piętnaście „fryderyków” i pięć programów telewizyjnych, w których dziennikarze tacy jak Panowie mogliby co najwyżej zbierać marihuanowy popiół pozostawiany przez młodych wokalistów (w tym programie, co go mimowolnie oglądałem, jeden z Panów narzekał też, że jakoś nie pchają się do „Idola” wykonawcy, he he he, hip-hopowi!). Ale Robert Brylewski, jak to niedawno określił Krzysztof Varga, „wyautował się”. Co jest moim zdaniem o tyle nieścisłe, że Brylewski stoi na tym samym aucie od dwudziestu paru lat. Wrażenie, że jeszcze bardziej oddalił się od świata, bierze się może stąd, że świat tak „poszedł do przodu”, iż toleruje – ba, podziwia! – nawet taką kaszanę, jaką i Panowie swoim programem uskuteczniają. 
Jestem już na tyle dojrzałym człowiekiem, że nie potrzebuję idoli, a i wzorców do naśladowania też już nie szukam. Jednak w świecie zdominowanym przez kulturę (nie-kulturę? antykulturę?) „Idola”, „Agenta”, „Big Brothera” i „Baru”, w świecie podnoszącym do rangi normy, a czasem wręcz sztuki, językowe, obyczajowe, intelektualne i artystyczne śmiecie, miłą pociechą we wczesnej starości jest mi świadomość, że żyją gdzieś jeszcze przedstawiciele gatunku niezdolnego do udziału w tym coraz powszechniejszym obciachu. Rzeczywistość przedstawiana przez „Dezertera” i „Brygadę” oraz rzeczywistość, w jakiej funkcjonuje program „Idol”, nie mają ze sobą nic wspólnego. Więcej, stoją względem siebie w opozycji. Zobaczenie na piersiach Panów bliskich memu sercu nazw zraniło mnie tak, jak chyba nic od czasu, gdym w naiwnej młodości ujrzał milicjanta kupującego w księgarni pierwszą płytę „Kultu”.
Nie chciałbym za mocno walić w struny sentymentów, ale po prostu to, co w miarę czyste, powinno się utrzymywać daleko od brudu i plugastwa. Obsługujący szamboloty nie chodzą do roboty w białych koszulach. Do domu uciech nie chodzi się z Matką Boską w klapie. Nie chodzi się w koszulce „Brygady Kryzys” tam, gdzie strasznie wali pomadą i wazeliną.
Inne złote myśli, jakie pragnę Panom na pożegnanie przekazać, są to myśli jak następuje. Jest czas idoli i czas ich upadku. Człowiek nawet nie wie, kiedy mu powypadają dready. Nie wchodzi się siedem razy do tego samego mainstreamu.










 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl