53. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Berlinale 2003


Światy na uboczu

Anita Piotrowska z Berlina



Doprawdy, dziwny to był festiwal. Powiewający hasłem „W stronę tolerancji”, rozpoczął się frywolnym, choć perfekcyjnym w każdym calu musicalem „Chicago” Roba Marshalla. Filmem, który nie miał nic wspólnego z zaangażowanymi musicalami w rodzaju „Kabaretu” czy „Hair”, nawiązywał za to do najbardziej poczciwych wzorów tego gatunku. 


Zakończenie było już nie tak paradoksalne. W zrealizowanych z narracyjnym biglem i epickim rozmachem „Gangach Nowego Jorku” Martin Scorsese rozprawił się ze skąpanym we krwi mitem założycielskim Ameryki. Poprzez historię młodego irlandzkiego emigranta terminującego u wpływowego gangstera-ksenofoba o znaczącym pseudonimie Rzeźnik pokazał, jak w połowie XIX wieku amerykańskie ideały ścierały się z wszechobecną korupcją i przemocą, kładąc podwaliny pod tamtejszą demokrację. Film cyniczny i gorzki, zrobiony z zimnym dystansem i psychologiczną wnikliwością, oddychał jednak innym powietrzem, w porównaniu z tym, co mogliśmy zobaczyć w głównym konkursie festiwalu. 

Amerykańscy giganci
Berlińska impreza ma bowiem podwójne oblicze. Na czerwonym dywanie Berlinale Palast aż roiło się od gwiazd. W konkurencyjnych szrankach wielkie amerykańskie tytuły: „Solaris” Stevena Soderbergha (nie najlepiej zresztą przyjęte), „Życie Davida Gale’a” Alana Parkera, „Confessions of a Dangerous Mind” George’a Clooneya – filmy z głównego nurtu, dla których nominacja do Złotego Niedźwiedzia mogła być jedynie miłym dodatkiem do wielkiej kampanii reklamowej Miramaksu, Universalu czy 20th Century Fox. 
Nie odmawiam produktom amerykańskich gigantów prawa do artystycznej wypowiedzi – w końcu rewelacyjne „Godziny” Stephena Daldry’ego powstały w ramach tego właśnie systemu. Miałam jednak wrażenie, że przy całej swej solidnej robocie, blokują one miejsca dziełom skromniejszego formatu, za to odważniejszym, mniej przewidywalnym, a przy okazji lepiej pasującym do formuły festiwalu, skoro już miał on posiadać jakiś wyraźny profil. 
Najbardziej irytujące wrażenie robiły filmy pozornie zaangażowane, jak „Dwudziesta piąta godzina” Spike’a Lee, niegdyś gniewnego lidera kina afroamerykańskiego. Film opowiada o ostatnim dniu spędzonym na wolności przez młodego skazańca, związanego z rosyjską mafią narkotykową. Lee nadaje tej opowieści gorączkowy, ekscytujący rytm: balanga w gronie starych przyjaciół zamienia się w rozrachunek z dotychczasowym życiem, prowokuje pytania na temat trwałości przyjaźni i miłości, w brutalny sposób uświadamia bohaterowi, że po wyroku nic już nie będzie wyglądało tak samo. Reżyser jednak na tym nie poprzestaje, wpisując prywatny dramat w atmosferę Nowego Jorku po 11 września. Pokazuje nam dokręcone po zamachu zdjęcia cmentarzyska „strefy Zero”, zmuszając do zadumy nad życiem, które mimo wszystko toczy się dalej. 

Zaangażowanie i tendencyjność
Festiwal berliński nie od dziś stara się być oazą kina problemowego, podejmującego z pasją ważkie społecznie czy politycznie tematy. Owa tendencyjność trochę już zaczyna nużyć. Tegoroczny program obfitował w filmy natrętnie przypominające o współczesnym podzielonym świecie, jakby dopiero 11 września uświadomił istnienie problemu uchodźców czy ludzi w jakimkolwiek sensie odmiennych. Powstał swego rodzaju trend, który dyrektor festiwalu Dieter Kosslick opatrzył wspomnianym wcześniej politycznie poprawnym hasłem, a werdykt jury ową tendencję potwierdził. 
Tegoroczne Berlinale wygrał brytyjski film „Na tym świecie” Michaela Winterbottoma, opowiadający o dwóch afgańskich chłopcach z Peszawaru, którzy podejmują się ucieczki na Zachód. Film bliski dokumentalnej rejestracji, szczegółowo odtwarza długą drogę – w sensie dosłownym i przenośnym – którą przebyć muszą obywatele tej gorszej części świata, by znaleźć się na upragnionej ziemi obiecanej. Bez uciekania w sentymentalizm Winterbottom podążą za swymi bohaterami, przygląda się ich wysiłkom z bliska, kibicuje, kreśli mapy, zaznaczając na nich kolejne stacje: Teheran, Stambuł, Triest, Paryż, Sangatte... Szef tegorocznego jury, Atom Egoyan, przedstawiciel ormiańskiej diaspory pracujący od lat w Kanadzie, z pewnością wiedział, co robi nagradzając ten przejmujący i ważny film. Znajduję jednak u Winterboottoma pewien niepotrzebny dydaktyczny naddatek, na siłę doklejony komentarz, jakby brytyjski reżyser nie dowierzał samemu żywiołowi kina ani swoim bohaterom. 
W posępnym słoweńskim filmie „Części zamienne” Damjan Kozole porusza podobny problem, bohaterem czyniąc młodego chłopaka stawiającego pierwsze kroki w przemytniczym biznesie. Obserwuje on swoich towarzyszy, jak bez zażenowania okradają zdesperowanych uciekinierów, wykorzystują seksualnie wygłodzone kobiety, mamiąc ich wszystkich wizją lepszego świata, gdzie tak naprawdę czeka ich upodlenie albo przeszczep narządów – tytułowych „części zamiennych”. 

Ożywczy powiew
Jedynym filmem, który wyszedł poza epatowanie koszmarem i apelowanie do sumień, były niemieckie „Dalekie światła” Hansa-Christiana Schmida. Zbigniew Zamachowski zagrał tu świetną rolę słubickiego taksówkarza (postać niemal jak z Loacha), który chcąc sprawić córce komunijną sukienkę, wplątuje się w przemyt ludzi za zachodnią granicę. Przygnębiający, wielowątkowy film znakomicie sfotografował Bogumił Godfrejow, operator „Męskiej sprawy”, pokazując przy pomocy oszczędnych środków całą brzydotę i moralną degrengoladę „świata na uboczu”. 
Ożywczy powiew wniósł też inny niemiecki film: „Goodbye, Lenin!”. Pochodzącemu z Niemiec zachodnich Wolfgangowi Beckerowi udało się znaleźć właściwą nutę, by z dystansu minionych lat opowiedzieć o przełomie 1989 roku, o epoce NRD i pokracznych początkach kapitalizmu. Bohaterką tej tragikomedii jest komunistyczna aktywistka, która zapada w śpiączkę w przededniu upadku muru berlińskiego i budzi się kilka miesięcy potem w zupełnie nowej epoce. Chcąc oszczędzić kobiecie szoku, który mógłby okazać się zagrożeniem dla jej życia, syn tworzy w mieszkaniu chorej socjalistyczny skansen, wmawiając jej, że nic się nie zmieniło (przy użyciu wideo preparuje nawet honeckerowską telewizję!). Ale iluzja nie może trwać wiecznie: bohaterka w końcu wychodzi na świat, pełen reklam, barów z fast foodem i anten satelitarnych. Wówczas pomysłowy syn opowiada kolejną bajkę – o globalnym zwycięstwie komunizmu, o RFN-owskich uchodźcach i komunistycznej proweniencji Coca Coli. 
I byłaby to zapewne tylko inteligentna komedia rodzajowa, wykorzystująca modę na komunistyczny vintage, gdyby nie ciepły ton rodzinnej opowieści i całkiem poważny, wcale nie pozbawiony grozy obraz minionej epoki. Film zatrzymuje się jednak przed tym, co mogłoby okazać się najciekawsze: przed pełną konfrontacją matki z nową rzeczywistością, przed rewizją jej poglądów, ich klęską, a może i ponownym triumfem. Ale wówczas zapewne nie byłaby to już komedia. 

Dwoje ludzi
To naturalne, że wobec dominacji kina zaangażowanego najbardziej zapadały w pamięć tytuły z przeciwległego bieguna – kino klimatów intymnych, wnikliwie przyglądające się swoim bohaterom, kino tworzone bez ustalonych wcześniej tez. Nie pojawiło się, niestety, objawienie na miarę „Intymności” Patrice’a Chéreau (zwycięzcy Berlinale 2001). Ten sam reżyser przedstawił natomiast inny niezwykły film, nagrodzony w tym roku Srebrnym Niedźwiedziem. 
„Jego brat” to historia umierającego mężczyzny i zawiłej relacji z młodszym bratem. Historia śmierci tym bardziej absurdalnej, że rozgrywa się ona w cudownej aurze gorącego lata, gdzieś na wybrzeżu Francji. Śmierci powolnej, ze wszystkimi oznakami rozpadu ciała. Bohaterem jest jednak ten drugi, który obserwuje owe postępy dzień po dniu i nie wyobraża sobie, jak będzie wyglądało jego życie, kiedy nagle zostanie amputowana jego integralna część. Relacja łącząca obu braci zrazu wydaje się kazirodcza, podejrzana. Z czasem nabiera jednak innego wymiaru, okazuje się więzią metafizyczną, niewyrażalną w słowach, za to dotkliwie odczuwaną w sytuacji ostatecznej. 
Najzuchwalszym filmem traktującym o relacjach dwojga ludzi był w Berlinie znakomicie przyjęty australijski „Projekt Aleksandry” Holendra Rolfa de Heera. Pewien prężny menadżer dostaje od małżonki nietypowy prezent urodzinowy: po powrocie z pracy zostaje zatrzaśnięty we własnym domu i zmuszony do obejrzenia pożegnalnej kasety wideo, na której Aleksandra dokonuje bezlitosnej wiwisekcji ich pozornie udanego stadła. Film, obnażający najciemniejsze strony małżeńskiego pożycia, jest równie bezlitosny wobec widza – do samego końca trzyma nas „na muszce”, na granicy wstrętu i objawienia. Pokazując wyrafinowane psychiczne tortury, którymi zaniedbywana przez lata żona raczy swego małżonka, de Heer nie boi się przekraczać żadnych granic. Dziwne, że przewodniczący Egoyan nie dostrzegł tego filmu w swym werdykcie. Wszak zanim nakręcił ostatni film „Ararat”, walczący o ocalenie pamięci ofiar ormiańskiego holocaustu, gustował właśnie w obrazach tego rodzaju – bezkompromisowo penetrujących mroki ludzkiej duszy. 

Wielki przegrany
Wielkim przegranym tegorocznego Berlinale są bez wątpienia „Godziny” Daldry’ego, zrealizowane na podstawie powieści Michaela Cunninghama, nagrodzone jedynie za kreacje aktorek. Losy trzech kobiet, żyjących w różnych epokach, łączy w tajemniczy sposób powieść Virginii Woolf „Pani Dalloway”. Pierwszą z bohaterek jest właśnie autorka książki (Nicole Kidman), przeżywająca głębokie załamanie nerwowe. Druga to amerykańska gospodyni domowa z lat 50. (Julianne Moore), która pod wpływem lektury postanawia zmienić radykalnie swoje życie, z tragicznymi konsekwencjami. Meryl Streep gra współczesną nowojorską intelektualistkę, opiekującą się chorym na AIDS byłym kochankiem. Wszystkie trzy historie skupiają się wokół przyjęcia, które każda z kobiet przygotowuje dla swoich bliskich. W mistrzowsko opowiedzianej fabule powtarzają się sytuacje i motywy, a obsesyjna muzyka Philipa Glassa miarowo odmierza kolejne godziny i minuty zmierzając nieuchronnie do podobnego w każdym z epizodów finału. 
Twórca „Billy’ego Elliota” nie poszedł w kierunku feministycznego manifestu. Zrobił film rozdzierająco piękny, rozwijający uniwersalny dyskurs o niewypowiedzianych uczuciach, kruchości życia, o ciężarze podejmowanych decyzji i trudnej sztuce ich oceny. W dodatku dotykający związków życia i sztuki w sposób o wiele subtelniejszy i ciekawszy, niż pokazał to Spike Jonze w nagrodzonej Srebrnym Niedźwiedziem „Adaptacji” – wielopiętrowej komedii o przenikaniu fikcji do świata ludzi zawodowo zajmujących się jej produkcją. 

Daleki Wschód
Kino Dalekiego Wschodu zawsze miało w Berlinie znaczące miejsce. W tym roku dwa wydarzenia zgotowali nam Chińczycy. „Bohater” Zhanga Yimou, zrealizowana z imperialnym przepychem opowieść o dojściu do władzy pierwszego cesarza Chin, jest dziełem olśniewającym, choć być może wtórnym wobec „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” Anga Lee, a w planie narracyjnym – wobec japońskiego „Rashomona”. Jednocześnie ta gorzka przypowieść o lojalności, miłości i zdradzie gubi się pośród zaprzeczających prawu grawitacji szermierczo-baletowych popisów, a magiczne piękno starożytnego rytuału ustępuje miejsca podrasowanym komputerowo batalistycznym scenom. 
Duże wrażenie zrobił także obraz całkowicie odmienny – „Ukryty szyb” Li Yanga, nagrodzony za wkład artystyczny. Skromny realistyczny film, zrobiony tak, jakby miał spełniać przykazania duńskiej „Dogmy”, snuje czarną opowieść o dwóch najemnych górnikach pracujących w nielegalnych kopalniach północnych Chin, którzy mordują swego kolegę i podając się za jego krewnych, wymuszają odszkodowanie od właściciela kopalni. Choć nieporównywalny z kaligraficznym, niemal abstrakcyjnym pięknem filmu Zhanga, „Ukryty szyb” przyniósł kolejną odsłonę kinematografii zza Wielkiego Muru, a zarazem odkrył kolejny nieznany fragment tamtejszej rzeczywistości.

Polska nieobecność
A jak na tym barwnym tle wypadło w Berlinie kino polskie? Jego honor ratowała młodziutka Barbara Medajska, której film „Mogłem być człowiekiem” pokazano (i nawet dostrzeżono) w konkursie krótkiego metrażu. Prosta, zrealizowana uważnie i z dużym szacunkiem opowieść o bezdomnych alkoholikach koczujących latami przy hałdzie węgla, wpisuje się w najlepsze tradycje polskiego dokumentu. 
W sekcji Forum Nowego Kina pokazano jeszcze „Dzień świra” Marka Koterskiego i „Ediego” Piotra Trzaskalskiego. Ten ostatni zebrał nawet kilka nagród (jury ekumenicznego, jedną z nagród krytyki FIPRESCI oraz Don Kichota – statuetkę Międzynarodowych Klubów Filmowych), były to jednak festiwalowe obrzeża. W dwóch najważniejszych sekcjach – konkursie głównym i panoramie światowego kina znowu zabrakło filmu z Polski, choć oba wspomniane powyżej biły na głowę produkcje z Jugosławii, Senegalu czy Belgii. Tym razem nie zawiniła jakość naszych propozycji, a raczej polityka festiwalu, lansującego swoje ulubione tematy i regiony świata. Jak widać, oprócz ewidentnych podziałów ekonomicznych i cywilizacyjnych, istnieją jeszcze inne, te mniej oczywiste, ale też dające się we znaki.




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl