Jeden tydzień w NATO 


Rewolta

Marek Orzechowski z Brukseli



„Amerykanie nie chcą zaakceptować naszych europejskich wartości” – uzasadniał sprzeciw wobec wojny w Iraku belgijski minister spraw zagranicznych Louis Michel. „Chcemy być partnerami, a nie lokajami” – mówił Joschka Fischer, jego niemiecki kolega, zdumionemu sekretarzowi obrony USA, Donaldowi Rumsfeldowi. „Jeśli nie wierzę w dowody dozbrajania się Iraku, jak mam przekonać rodaków?” – kontynuował Fischer podczas konferencji bezpieczeństwa w Monachium.


Dla Amerykanów prośba o wsparcie Turcji przez Sojusz w razie wojny z Irakiem była oczywista – to naturalne zabezpieczanie zaplecza. Inaczej dla Francji, Niemiec i Belgii. Lista amerykańskich życzeń zawierała pozycje, których realizacja przesądzałaby o zaangażowaniu Sojuszu w konflikt. Nie na pierwszej linii frontu, ale i nie na ostatniej. „Nie możemy reagować inaczej w ONZ, gdzie sprzeciwiamy się wojnie, a inaczej w NATO, popierając wojnę” – tłumaczył szef francuskiej dyplomacji Dominique de Villepin.
Zatem rewolta. Bynajmniej nie poszło o Turcję, która zdecydowała, że w wojnie z Irakiem nie weźmie udziału. Spór, który zamienił się w konflikt, nie dotyczy też wykładni artykułów Traktatu Waszyngtońskiego [traktat z 1949 r., powołujący NATO do życia – red.]. Sojusz nie jest organizacją społeczną i przywykł do sporów. Nie brakuje mu również prawników zdolnych do każdej potrzebnej interpretacji. Poszło o amerykańskie wielkoświatowe ambicje. O to, jaki model polityki światowej zadomowi się w głowach polityków: wojna jako lekarstwo na rozbrojenie i usunięcie dyktatora, czy też współdziałanie społeczności międzynarodowej, której nie brakuje instrumentów dla pokojowego rozstrzygania problemów. A gdyby nawet brakowało, może stworzyć nowe.
Choć sojusznicy nie wszystko wykładają na stół i nie o wszystkim rozmawiają szczerze, kryzys, jaki spadł na dyplomatów i wojskowych w Kwaterze Głównej NATO zastał ich nieprzygotowanych do roztrząsania światowo-filozoficznych dróg wyjścia z kryzysu. Padają pytania o substancję przymierza. Ma ono jeszcze sens, skoro rozbieżności w ocenie amerykańskiej polityki prowadzą do paraliżu jego mechanizmów? Czy Ameryka potraktuje rewoltę Francji, Niemiec i Belgii jako odosobniony przypadek, czy też dostrzeże w niej uzasadniony sprzeciw wobec swojego przywództwa? Żadna ze stron nie ułatwia znalezienia kompromisu. Na czym zresztą miałby polegać?
Stół, przy którym obradują ambasadorzy NATO jest okrągły i każdemu z nich przysługuje przy nim tyle samo miejsca. Głos Luksemburga jest równoważny głosowi Wielkiej Brytanii. Ładnie brzmi, ale czy to prawda? Czy Francja i Belgia wnoszą do potencjału NATO dokładnie tyle, co USA? Czy głos amerykańskiego ambasadora ma takie znaczenie, jak Węgra albo Polaka? Problemy w NATO biorą się z udawania, że członkowie są równi. W rzeczywistości najważniejsze jest, co powie Waszyngton albo Londyn.
Atlantyk między USA a Europą wciąż się powiększa: Amerykanie odpływają z technologią, którą nie chcą się dzielić. Nie ukrywają globalnych aspiracji. Nie wiadomo, jaką rolę ma teraz odgrywać NATO. Stąd pogłębiająca się na płaszczyźnie wojskowej i politycznej asymetria w Sojuszu. Przeciwnik Ameryki na drugim końcu świata nie musi być wrogiem Niemiec albo Belgii. Z drugiej strony, pączkowanie NATO i przyjmowanie w jego struktury niedawnych przeciwników, osłabia go. Łotwa, Litwa i Estonia nie zastąpią w NATO Niemiec i Francji, chociaż głosów proamerykańskich nawet przybędzie. Sojusz się rozrasta, eksportując poczucie bezpieczeństwa, ale zarazem kurczy się jego znaczenie tam, gdzie wyrósł – w Europie Zachodniej.
Pytanie Ameryki o pomoc dla Turcji nie mogło więc pozostać pytaniem technicznym. Waszyngton nie pytał przecież sojuszników o zgodę na podjęcie działań wobec Iraku. NATO było potrzebne Ameryce nie po to, by poprowadzić wojnę z gwarancją sukcesu (każdy wie, że Ameryka sama sobie poradzi), ale skoro Sojusz istnieje i amerykańskie pieniądze to większość jego budżetu, dlaczego nie pociągnąć za sobą sojuszników? Tej właśnie perspektywie sprzeciwiły się Francja, Niemcy i Belgia, a jak twierdzą przedstawiciele tych krajów, także inni członkowie Sojuszu – jednak zabrakło im odwagi, by stawić opór.
Na korytarzach Kwatery Głównej NATO panuje przygnębienie. Wojskowi i dyplomaci wiedzą, że nie poszło o Turcję, tylko o odmowę patronowi Sojuszu – Waszyngtonowi. Wszyscy czują nadchodzącą rewoltę. Oczywiście, można ją zdławić, jednak impulsu myślenia, który wywołała – nie.

MAREK ORZECHOWSKI jest korespondentem TVP w Brukseli.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl