Modlimy się do Boga wszechmogącego, a On nie ma ani władzy, ani mocy


Teologia słabości

Henry Nouwen



Astronauci widząc naszą planetę ze statku kosmicznego, byli wstrząśnięci jej pięknem. Z takiej perspektywy trudno uwierzyć, że mieszkańcy Ziemi marnotrawią tyle energii na zabijanie się, prowadzenie wojen czy wyzysk. Chciałbym spojrzeć na świat nie tyle z fizycznej odległości statku kosmicznego, ale duchowego dystansu naszej wiary. Chciałbym popatrzeć na ludzi oczami Boga.
Jezus zawsze patrzył na ludzi z perspektywy nieba: „Przybyłem z wysoka i chciałbym, byście narodzili się ponownie z tego, co w górze, abyście mogli widzieć nowymi oczami”. Tym właśnie jest teologia – spojrzeniem na ludzką rzeczywistość oczami Boga. W teologii słabości patrzymy oczami Boga na doświadczenie naszych rozłamów, ograniczeń, zranień i kruchości tak, jak nauczył nas tego Jezus. Władza, słabość i moc – to jej słowa-klucze.

Smutny, gniewny, pełen miłosierdzia
Pragnienie władzy zawładnęło ludzkim umysłem i zepsuło go. Bóg widzi, że miejsce wdzięczności zajął resentyment, miejsce chwały i uwielbienia – krytyka, przebaczenia – zemsta, współczucia – rywalizacja, współpracy – przemoc, miłości – strach. Bóg płacze, widząc ciała na polach bitew, porzucone dzieci błąkające się po ulicach wielkich miast, więźniów, chorych psychicznie, miliony ludzi umierających z głodu i wyczerpania. Płacze, bo nie może nas zmusić, byśmy pozostali blisko Niego.
Popatrzmy do wnętrza naszych serc – czy nie jesteśmy nieustannie zajęci upewnianiem się, że jesteśmy dobrze postrzegani i chwaleni? Czyż nie zadajemy sobie wciąż pytania: „jestem lepszy czy gorszy, silniejszy czy słabszy niż mój sąsiad?” Czyż od szkoły podstawowej nie uznajemy większości naszych braci w człowieczeństwie za rywali w wyścigu do sukcesu, bogactwa i sławy? Czy nie jesteśmy tak niepewni swojej wartości, że czepiamy się jakiejkolwiek formy władzy pozwalającej kontrolować, choćby minimalnie, to, czym jesteśmy, co robimy i dokąd zmierzamy?
Kiedy tylko nasze bezpieczeństwo wydaje się zagrożone, chwytamy za pierwszą lepszą broń i mówimy, że NASZE przeżycie jest jedyną rzeczą, która się liczy, nawet za cenę zniszczenia wielu ludzi. „Bronią” może być wpływowy przyjaciel, pieniądze, dyplom lub wiedza, której inni nie posiadają, przechowywana uraza lub lodowate spojrzenie. Uciekamy się do takich sposobów bez chwili wahania, by pozostać panami sytuacji. Bóg patrzy na nas i płacze. Widzi, jak używając władzy dodajemy sobie ważności, oddzielamy się od Niego i innych ludzi, a nasze życie staje się diaboliczne – zaczyna dzielić.
Bóg czuje gniew, gdy władza psuje wielu tych, którzy się modlą i oddają Mu chwałę, mówiąc: „Panie, Panie”. Jak mówił prorok Izajasz: „Ten lud zbliża się do Mnie tylko wargami, podczas gdy serce jego jest z dala ode Mnie, ponieważ cześć jego jest dla Mnie tylko wyuczonym przez ludzi zwyczajem” (Iz 29,13). Władza, która mieni się być sprawowaną w imieniu Boga, jest najbardziej podstępnym rodzajem władzy: dzielącej i raniącej najgłębiej. Nieprzyjemna uwaga ze strony księdza lub przedstawiciela hierarchii, krytyka stylu życia, odmowa dopuszczenia ludzi do Stołu Pańskiego, nieobecność w chwili choroby lub śmierci, niezliczone zranienia pozostają w ludzkiej pamięci głębiej niż odrzucenie przez świeckich. Tysiące rozwiedzionych lub żyjących w separacji, wiele osób o odmiennej orientacji seksualnej, ludzie bezdomni czują się odrzuceni w Kościołach. Odwrócili się od Boga, ponieważ doświadczyli działania władzy tam, gdzie spodziewali się gestu miłości.
Niepewność ekonomiczna i polityczna jest jedną z największych pokus używania wiary jako środka sprawowania władzy nad innymi i zastąpienia przykazań Bożych rozkazami człowieka. Łatwo zrozumieć, dlaczego tylu ludzi z niechęcią odwróciło się od wszystkiego, co może mieć związek z religią. Kiedy używa się władzy, by głosić Dobrą Nowinę, szybko staje się ona zła i to właśnie budzi gniew Boga. Na szczęście Jego miłosierdzie jest większe od Jego smutku lub gniewu. Jak mówi psalmista: „Gniew Jego bowiem trwa tylko przez chwilę” (Ps 30, 5).

Wszechmocny Bóg bezsilnych
Bóg, pozbawiony jakiejkolwiek władzy, objawił się wśród nas jako Jezus – syn stolarza z Nazaretu. Radykalny wybór Boga objawia nam chwałę, piękno, prawdę, pokój, radość, a przede wszystkim miłość ukrytą w postawie całkowitego wyrzeczenia się władzy. Trudno pojąć tę Bożą tajemnicę. Modlimy się przecież do Boga wszechmogącego, tymczasem On nie ma ani władzy, ani mocy.
Ludzie władzy nie zachęcają do bliskości. Boimy się ich – mogą nas kontrolować i zmuszać do robienia czegoś niechcianego; mają to, czego my nie mamy, i mogą się tym dzielić według własnego upodobania. Zazdrościmy im – mogą iść tam, dokąd my nie możemy, i robić to, czego nam nie wolno. Bóg nie chce, byśmy ze względu na Jego władzę żyli w lęku, oddalali się od Niego lub byli zazdrośni. Chce stać się tak bliski, byśmy znajdywali wytchnienie w Jego bliskości, jak dzieci w ramionach matki. Przyszedł więc na świat jako małe dziecko, bo kto ulęknie się niemowlaka? To właśnie jest tajemnica Wcielenia – Bóg staje się podobny we wszystkim – oprócz grzechu – do ludzi, a słabością chce zburzyć mury władzy.
Historia Jezusa zakończyła się na krzyżu, na którym powiesili Go ludzie. Słabość żłóbka stała się słabością krzyża. Ludzie wyśmiewają się z niego, szydzą, plują mu w twarz mówiąc: „Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Jest królem Izraela: niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego” (Mt 27, 42). Wisiał tam z ciałem rozdartym przez bicze zakończone ołowiem, z sercem złamanym zdradą przyjaciół i obelgami wrogów, z umysłem umęczonym lękiem, duszą pogrążoną w ciemnościach opuszczenia... Totalna słabość, całkowita bezsilność.
Jezus, dziecko Boga, jest jednak szczęśliwy w bezsilności. Żeby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać Kazanie na Górze, w którym Chrystus kreśli swój portret: „szczęśliwi ubodzy” – jest ubogim człowiekiem z marginesu; „szczęśliwi łagodni” – nie łamie trzciny nadłamanej; „szczęśliwi, którzy płaczą” – nie ukrywa bólu po śmierci przyjaciela; „szczęśliwi, którzy łakną i pragną sprawiedliwości” – nie waha się bronić głodnych, trędowatych i umierających; „szczęśliwi miłosierni” – nie nawołuje do zemsty, ale uzdrawia; „szczęśliwi czystego serca” – interesuje Go jedynie to, co niezbędne; „szczęśliwi pokój czyniący” – uczy pojednania między narodami; „szczęśliwi, gdy wam urągają i prześladują was” – nie poszukuje sukcesu czy sławy, bo wie, że będzie cierpiał z powodu zdrady i porzucenia.
Błogosławieństwa są autoportretem Boga słabego. Można go zobaczyć w chorych, uwięzionych, uchodźcach, ofiarach nadużyć seksualnych i AIDS, umierających. To ich słabość wzywa nas do pogłębienia więzów przyjaźni i miłości, odłożenia „pałki” dla wzajemnego przebaczenia i czynienia pokoju. I to ich słabość przypomina nam słowa Jezusa: „O nierozumni, (...) czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swojej chwały?”. Słabości: Boga i kondycji ludzkiej, której Bóg chciał doświadczyć, stały się bramą wejściową do domu miłości.

„Ciężary wielkie i nie do uniesienia...”
Tajemnica słabości wszechmocnego Boga stawia przed nami trudne pytania: czy słabość zrobi z nas wycieraczki w społeczeństwie żądnym władzy? Czy ludzie słabo wykształceni, mało zorganizowani i źle przygotowani do swoich zadań mogą przechwalać się ubóstwem jako błogosławieństwem, za które powinni być wdzięczni? Jeśli teologia słabości staje się teologią zmokłych kur, jest jedynie wygodną wymówką dla braku kompetencji, uległości i niepowodzeń! I nie jest to jedynie odległa, teoretyczna możliwość. Ubóstwo materialne, intelektualne i duchowe często uznaje się za pochodzący od Boga przywilej. Unikanie skutecznej pomocy medycznej lub psychologicznej opiera się na wierze, że lepiej jest cierpieć dla Boga niż nie cierpieć. Pogardę dla precyzyjnego planu zajęć, energicznej zbiórki pieniędzy czy mądrego tworzenia zapasów uzasadnia się dochowywaniem wierności ideałowi ubóstwa. Chorych, ubogich czy innych cierpiących uznaje się za uprzywilejowane dzieci Boga, nic nie czyniąc dla odmiany ich losu.
Nietzsche słusznie krytykował teologię słabości, która utrzymuje ludzi w ubóstwie, umożliwiając instytucjom religijnym wymaganie od „wiernych” służalczego posłuszeństwa. To duchowość małości – niebezpieczna w rękach tych, którzy czują się powołani do przemawiania i działania w imieniu Boga. To ich miał na myśli Jezus mówiąc: „Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą” (Mt 23,4). 
W teologii słabości musimy spojrzeć na słabość nie w rozumieniu świata, któremu wydaje się, że słabym można manipulować, ale jak na bezwarunkową zależność od Boga. Dzięki niej stajemy się narzędziami Jego potęgi, uzdrawiającej zranienia ludzkości i odnawiającej oblicze ziemi. To ona pokazuje nam Boga płaczącego nad ludzkością zamkniętą w pułapce rozgrywek o władzę; odczuwającego gniew na widok ludzi, uznających się za religijnych, ale biorących w niej udział. Bóg, wchodząc do historii w całkowitej bezsilności, demaskuje gry o władzę w świecie i Kościele, ale w swoim wielkim miłosierdziu ofiaruje nam Boską władzę kroczenia po ziemi w postawie zaufania, z głową podniesioną do góry.
„Zaprawdę powiadam wam, są wśród was tacy, którzy nie zaznają śmierci, zanim nie ujrzą Królestwa Bożego nadchodzącego z mocą” – gdziekolwiek Jezus przechodził, ludzie doświadczali potęgi Boga. Kiedy kobieta, cierpiąca od dwunastu lat na upływ krwi, dotknęła płaszcza Jezusa, ufając, że ją uzdrowi, Jezus powiedział: „Ktoś się Mnie dotknął, bo poznałem, że moc wyszła ode Mnie” (Łk 8, 46). Jezus był wypełniony potęgą Boga. Objawił wszelką władzę: odpuszczania grzechów, przywracania do życia. Jego ostatnie słowa do przyjaciół także wyrażają to przekonanie: „Dana jest Mi wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28, 19). W Jezusie ubogim i przez Niego Bóg chce nam dać jego władzę i posłać również nas, byśmy wyganiali demony, uzdrawiali chorych, przywracali umarłych do życia, jednali wrogów, tworzyli wspólnotę i budowali Królestwo Boże.

Łagodność gołębia i roztropność węża
Tak, jesteśmy ubodzy, cisi i łagodni, płaczemy, jesteśmy złaknieni i spragnieni sprawiedliwości, miłosierni, mamy czyste serce, jesteśmy pokój czyniącymi i zawsze prześladowani we wrogim nam świecie. Ale nie jesteśmy zmokłymi kurami ani niczyją wycieraczką. Królestwo Boże należy do nas, ziemia jest naszym dziedzictwem. Zostaliśmy pocieszeni, nasyceni, doświadczyliśmy przebaczenia, jesteśmy dziećmi Boga i widzimy Boga. Tym właśnie jest moc i potęga pochodzące z wysoka, które pozwalają nam być łagodnymi jak gołębie, ale i roztropnymi jak węże. Ona wzywa nas do podjęcia radykalnej służby, zachęca do zaangażowania i pozwala głosić Dobrą Nowinę.
Nie przestawajmy poszukiwać osób oczekujących pomocy. Ubogich jest więcej wokół nas niż kiedykolwiek wcześniej. Ich krzyk staje się coraz silniejszy i bardziej widoczny. Ufajmy, że Bóg zatroszczy się o ubogich, których nam powierza. Otrzymamy dokładnie to, czego będzie nam trzeba. Jestem przekonany, że istnieje wielu ludzi gotowych dać pieniądze, czas wolny lub talenty. Musimy jednak odważyć się na kilka szaleńczych kroków, aby otworzyły się drzwi, o których myśleliśmy, że zawsze będą dla nas zamknięte.
Starzejąc się, wyciągniemy ramiona i pozwolimy się prowadzić tam, gdzie nie będziemy chcieli pójść. To, co okazało się prawdziwe dla św. Piotra, będzie prawdziwe także dla nas. Czekają nas cierpienia, podczas których będziemy zadawać sobie pytanie, czy wybraliśmy w życiu właściwie? Czy inni nie okazali się sprytniejsi? Nie dajmy się jednak zaskoczyć cierpieniu, tylko radości.
W sąsiedztwie ubogich, z sercem ufającym, że zawsze będziemy mieli to, czego potrzebujemy, z umysłem otwartym na przyjęcie radości, będziemy mocni – potęga Boga objawi się w nas, gdziekolwiek pójdziemy i kogokolwiek spotkamy na naszej drodze.

Przełożyli Katarzyna i Piotr Wierzchosławscy


Tekst, po raz pierwszy przetłumaczony na język polski, jest fragmentem publikacji zamieszczonej w kwartalniku „Les lettres de l’ Arche” nr 78/1993-94. Zainteresowanych postacią założyciela „Arki” Jeana Vaniera i jego wersji teologii słabości, odsyłamy do tekstu Anny Matei „Sztuka schodzenia w dół” w „TP” nr 51-52/2002.


HENRY J. M. NOUWEN SJ (1932–1996) holenderski ksiądz osiadły w USA, profesor psychologii, nauczyciel duchowości w Yale Divinity School, autor wielu książek z tej dziedziny, m. in.: „Kielich życia”, „Adam umiłowany przez Boga”, „Boże drogi i ludzkie ścieżyny”, „Ziarna miłości”. Przez kilkanaście lat kapelan wspólnoty dla osób upośledzonych umysłowo i ich opiekunów „Arka” w Kanadzie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl