Dlaczego Francja nie chce wojny z Irakiem


„Ci brutalni Amerykanie”

Jacek Kubiak z Rennes 



Czy prowadzący buńczuczną politykę George W. Bush jest najbardziej powołany do rozstrzygania o sprawie Husajna? – pytają Francuzi. Aż 73 proc. z nich chce zawetowania rezolucji ONZ, zezwalającej na interwencję wojskową w Iraku. 



Od czasów de Gaulle’a, który na złość USA wyprowadził Francję z wojskowego udziału w NATO, stosunek Francuzów do Amerykanów jest ambiwalentny. Z jednej strony zawdzięczają im ratunek w dwóch wojnach światowych, z drugiej to polityka USA wobec okupowanej przez Niemców Francji pozbawiła ją kolonii. Od tego czasu relacje Francja-USA oparte są na zasadzie „coś za coś”, a Paryż próbuje obronić się przed amerykańską hegemonią. 
Prawicowy prezydent Jacques Chirac wpisuje się w gaullistowską tradycję: sprzeciwia się decyzjom Waszyngtonu jako zbyt va-t-en-guerre (pobrzękujących szabelką), krytykuje przedwczesną „logikę wojny” i broni swojej „logiki pokoju” tworząc „koalicję ostatniej szansy”. To przecież zapewnienie mocnej pozycji Republiki Francuskiej było głównym celem generała. Dziś, gdy Francja nie ma środków do spełnienia swoich wielkopaństwowych ambicji, jej prezydent, jak niegdyś de Gaulle, chwyta się metod dyplomatycznych. 
Prezydenta wspiera większość Francuzów: sondaż BVA-Figaro z 7 i 8 lutego mówi, że aż 78 proc. społeczeństwa uważa, iż nie ma powodów do interwencji w Iraku, a 73 proc. opowiada się za użyciem przez Francję prawa weta w ONZ dla jej powstrzymania. Co równie istotne, stanowisko prezydenta podziela prawie cała klasa polityczna – od skrajnej lewicy po nacjonalistyczny Front Narodowy. To coś wyjątkowego w tutejszym pejzażu politycznym: Le Pen mówiący o „miłym zaskoczeniu” polityką Chiraca jawi się Francuzom jak sen.
Chirac stara się powstrzymać amerykańską machinę wojenną nie tylko z powodów prestiżowych. Po prostu Francja na tej wojnie nie ma nic do wygrania, a wiele do stracenia, np. koncesje na złoża ropy naftowej w Iraku. Nieunikniony w razie konfliktu wzrost cen ropy zagrozi chwiejnej francuskiej gospodarce, szukającej dróg wyjścia z trudnej sytuacji, w którą wpędził ją poprzedni socjalistyczno-komunistyczny rząd. Dlatego Chirac chce odwlec wojnę, za którą nie chce płacić, a jeśli się uda, zapobiec jej – żeby za nią nie płacić. Poza pieniędzmi liczy się też chęć utrzymania dobrych stosunków z islamską mniejszością i z całym światem arabskim oraz zapewnienie pokoju wewnętrznego, czyli obawa przed terroryzmem. 
Wbrew twierdzeniom amerykańskiej prasy i niektórych przedstawicieli Waszyngtonu, francuski antyamerykanizm nie ma wielkiego znaczenia. To, że Francuzi mają w pogardzie hamburgery (które zresztą zajadają ze smakiem), hollywoodzkie produkcje filmowe (które oglądają częściej niż własne) czy marynarki w kratkę, nie przyczynia się do oporu wobec amerykańskiej wojny. Większą wagę odgrywa wykpiwany tu poziom intelektualny prezydenta Busha i uważana za barbarzyństwo łatwość, z jaką w Stanach szafuje się karą śmierci. Pisarz Tahar Ben Jelloun na łamach „Libération” pyta: „Czy mocarstwo, które traci zdolność słuchania i rozumienia innych, które ślepo upiera się przy swoich racjach wbrew światu i jego nieszczęściom, jest ciągle wielkim mocarstwem? Bardziej niż kiedykolwiek »Stara Europa«, Europa Oświecenia, ducha prawa i abolicji kary śmierci powinna opierać się amerykańskiej brutalności”. To ideologiczne argumenty szeroko pojętej francuskiej lewicy; prawica większy nacisk kładzie na honor Francji (znowu kłania się de Gaulle) i stronę ekonomiczną. Tradycyjnie swoje motywacje mają polityczne ekstrema: antyglobalizm i antykapitalizm lewaków oraz przywiązanie do tradycji „mocnego człowieka” – jakim bezsprzecznie jest iracki dyktator – lepenistów.
Na odpowiedź amerykańskiej prasy nie trzeba było długo czekać – „Wall Street Journal” porównał Francuzów do szczurów, „National Review” do małp i amatorów serów (swoją drogą dlaczego to ostatnie miałoby być obelżywe?), a „New York Post” przypomniał wielkim tytułem na pierwszej stronie: „Myśmy za was ginęli”, nawiązując do lądowania w Normandii w czerwcu 1944 r. We Francji nikt o tym nie zapomina, dominuje jednak wątpliwość: jaki jest związek między żołnierzami poległymi na plażach Normandii a buńczuczną administracją Busha? Francuzi nie negują, że z satrapą Husajnem trzeba się uporać, ale nie chcą w tym celu rozpoczynać wojny bez zgody ONZ. Husajn nie jest przyjacielem żadnego demokratycznego państwa, ale wojna z nim oznacza śmierć wielu Irakijczyków, jak Amerykanów i Brytyjczyków. Czy ci młodzi ludzie muszą oddać życie, by uchronić świat przed zakusami krwawego dyktatora? – pyta Paryż. W odpowiedzi słyszą o własnej niechęci do umierania za Gdańsk, Monachium i skutkach takiej ugodowej polityki. Jednak zdaniem Francji jej propozycje są zniuansowane – atak jest możliwy, ale pod auspicjami ONZ i tylko wtedy, gdy znajdą się przekonujące dowody win Husajna (stąd postulat zwiększenia liczby inspektorów ONZ w Iraku). Czy jest takim dowodem ampułka pokazywana przez Colina Powella? – powątpiewają Francuzi. 
Jedno jest oczywiste: prezydent Chirac stara się, aby jego opór nie miał charakteru pedagogicznego, a francuska dyplomacja nie zapomina, że moralne połajanki mogą wygłaszać tylko ludzie bez skazy. Dlatego nie przywołuje się zbytnio zbieżności polityki Paryża z wysiłkami Watykanu i Kościoła francuskiego, zostawiając moralne aspekty autorytetom. Czy Bush junior kontynuujący dzieło ojca jest w tej dziedzinie najlepszym nauczycielem i moralistą? Francuzi uważają, że nie, a ich prezydent i rząd to potwierdzają.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl