Niemcy w trudnej sytuacji

Marcin Król



Postawa Niemiec wobec wojny z Irakiem jest powszechnie znana. Nie mam zamiaru jej oceniać, uczyni to historia. Jest jednak godne zastanowienia, że Niemcy (czy raczej rząd niemiecki) zajmują takie stanowisko już teraz – pod przymusem logiki zachowań, zapoczątkowanych w trakcie kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi jesienią ubiegłego roku. 
Już wtedy kanclerz Schröder posunął się zbyt daleko jak na dostępną wiedzę i rozsądek. Z ust kanclerza oraz jego współpracowników padały deklaracje, że Niemcy nigdy nie wezmą czynnego udziału w wojnie przeciwko Irakowi. Polityk nie powinien tak postępować, bo nie jest wróżką i nie może przewidzieć przyszłości. Jednak kanclerz Niemiec złożył takie obietnice i teraz trudno byłoby mu się z nich wycofać, zważywszy na kształt rządzącej koalicji. Innymi słowy, kanclerz Niemiec stał się więźniem rozpętanej przez siebie (na użytek wewnętrznej polityki) histerii i nie ma już swobody wyboru.
Nie należy sześćdziesiąt lat po wojnie ciągle używać straszaka niemieckiego. Jednak Niemcy zawsze będą krajem szczególnej troski. Powstanie wspólnoty europejskiej (a także wspólnoty atlantyckiej) w kilka lat po wojnie i jej dalszy rozwój miały przecież na celu nie tylko względy ekonomiczne, ale także polityczne, a jednym z najważniejszych było zapewnienie, że Niemcy będą nie tylko państwem pokojowym, ale także lojalnym i wiarygodnym członkiem wspólnoty zachodniej, w tym przede wszystkim NATO. Dlatego też budzi niepokój sytuacja, kiedy kanclerz Niemiec nie jest w swoim politycznym postępowaniu wolnym człowiekiem, lecz więźniem sytuacji wewnętrznej.
We wszystkich krajach rząd podejmując tak zasadnicze decyzje, jak przystąpienie do koalicji wojennej, musi się liczyć z opinią własnego społeczeństwa, a także z tym, że w przypadku niepomyślnego przebiegu wojny może stracić władzę. Jednak w przypadku Niemiec rząd straciłby władzę przed ewentualnym przystąpieniem do wojny, a więc jest pozbawiony swobody manewru. Działanie tego rządu nie jest obecnie rozmyślne w dosłownym rozumieniu tego słowa, ale postępuje on tak, a nie inaczej, bo sam siebie wpędził w sytuację przymusową. 
Zostawmy wszelako Niemcy i zastanówmy się nad tym, czy w krajach demokratycznych wolno i należy doprowadzać do sytuacji, kiedy to władza wykonawcza sama siebie wplątuje w sytuacje bez wyjścia? Naturalnie przypadek Niemiec nie jest pierwszy w dziejach. Jednak wszystkie inne znane mi przypadki miały znacznie bardziej złowrogi charakter. Wśród rządów, które doprowadziły do wybuchu I wojny światowej, były także rządy demokratyczne, które tak się rozpędziły z propagandą prowojenną i propagandą nienawiści, że już nie mogły się z tej absurdalnej wojny wycofać. 
Innymi słowy, demokratyczny rząd nie może i nie powinien znaleźć się w takiej sytuacji, kiedy to jego decyzje są powodowane przez logikę emocji lub logikę niepotrzebnych i przedwczesnych obietnic. Demokratyczny rząd musi być niesłychanie ostrożny, kiedy prowadząc kampanię wyborczą podejmuje problemy międzynarodowe. Wszystkie konkrety są tu zbędne, bo elastyczność i możliwość podejmowania kompromisowych decyzji stanowią o sensie demokracji. 
Przypadek Niemiec potraktujmy na razie jako ostrzeżenie przed stosowaniem pewnych metod w kampaniach wyborczych – co jest ważne w Polsce przed referendum europejskim – i przed politykami, którzy dla odniesienia zwycięstwa gotowi są stosować wszystkie możliwe sposoby, wszystkie obietnice, nie bacząc na to, że przyszłość jest nam wszystkim nieznana.







 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl