Afera Rywina i korupcja w Polsce


Nie bruderszafty są najgroźniejsze

Z Grażyną Kopińską, dyrektorem prowadzonego przez Fundację im. Stefana Batorego programu Przeciw Korupcji, rozmawia Krzysztof Burnetko


KRZYSZTOF BURNETKO: – Czy zaskoczyło Panią, że w Polsce zdarzyła się afera korupcyjna tego typu, jak sprawa Rywina?
GRAŻYNA KOPIŃSKA: – Potwornie. Wydawało się, że kilkuletnia już działalność różnych środowisk na rzecz ograniczenia korupcji w Polsce zaczyna przynosić rezultaty. Także obserwatorzy z instytucji zagranicznych, m.in. z Banku Światowego, zauważali zmiany na lepsze.
Przecież właśnie BŚ alarmował, że w III RP można kupić nawet ustawę. Wiadomo też, że wymarzonym polem dla korupcji jest prywatyzacja. Było jasne, że w Polsce nie rozwiązany jest problem finansowania ugrupowań politycznych. Wreszcie: operacja przebiegała wedle wielekroć opisywanego schematu. Znana jest – z zeznań polityków włoskich uzyskanych w ramach akcji „Czyste ręce” – choćby rola posłańca, który nie tylko ma wysondować możliwość kontraktu, ale i uszczknąć coś dla siebie. 
– Historia kupowania ustawy w polskim parlamencie została opisana w raporcie BŚ z wiosny 2000 r. Ale ponieważ autorzy raportu nie zdradzili źródła tej informacji, łatwo było potraktować ją jako niesprawdzoną, przesadzoną bądź wręcz nieprawdziwą. 
Zresztą konsekwencją tego raportu był fakt, że znalazło się kilku posłów, którzy posiłkując się naciskami mediów i organizacji pozarządowych, doprowadzili do ucywilizowania mechanizmów finansowania kampanii wyborczych tak na szczeblu prezydenckim i parlamentarnym, jak samorządowym. Oczywiście, tylko ktoś naiwny mógłby sądzić, że jak Sejm uchwali zakaz opłacania partii przez biznes, to ten potulnie się temu podporządkuje. Ale przepis taki stwarza przynajmniej możliwość walki z patologią. Przykładowo: sprawozdania powyborcze wykazały, że na konta niektórych ugrupowań wpłynęło po kilkadziesiąt maksymalnie dopuszczalnych darowizn od osób fizycznych – tyle że wśród tych hojnych sympatyków były całe zarządy niektórych firm. Można powiedzieć: zatem i tak znalazł się sposób na obejście restrykcji. Formalnie firma nie przekazała nikomu grosza, a jednak wybrani politycy dostali pieniądze i przedsiębiorcy mogą teraz liczyć na życzliwość z ich strony. Jednak nie jesteśmy obecnie bezsilni wobec tego typu sytuacji. Ustawa daje nam pewne narzędzia. To, że zakazano finansowania wyborów poprzez anonimowe cegiełki, a każda wpłata musi być wpisana do sprawozdania, można wykorzystać. Sprawozdania są jawne. Dziennikarze mogą śledzić, czy ugrupowanie, na rzecz którego członkowie zarządów danej firmy wpłacili datki, nie zaczyna ni stąd ni zowąd forsować rozwiązań ją faworyzujących. Dzięki temu tak groźna forma korupcji, jaką jest kupowanie decyzji sejmowych, jest utrudniona. 
Polska do niedawna nie miała strategii antykorupcyjnej, bez której proces zwalczania korupcji przebiega trochę jak walka partyzancka. Gabinet Jerzego Buzka powołał grupę roboczą dla opracowania takiej strategii, ale nie weszła ona w życie. Obecny rząd, trochę dzięki naciskom Unii Europejskiej przyjął taki program we wrześniu ub. r. Strategia ta jest mocno dziurawa i, co jest jej największą wadą, nie wyznaczono instytucji ani osoby odpowiedzialnej za koordynację działań antykorupcyjnych. Niemniej może być ona podstawą różnych działań. Np.: rząd zobowiązał się do konkretnych przedsięwzięć i terminów. Można to przypominać. Ostatnio wykorzystaliśmy ustalenia strategii, kiedy wraz z Centrum Edukacji Obywatelskiej rozmawialiśmy w ministerstwie edukacji na temat wprowadzenia lekcji antykorupcyjnych w szkołach średnich. Na mocy umowy ze Stanami Zjednoczonymi Polska może dostać na taki projekt pieniądze – tyle że warunkiem jest własny wkład finansowy. Opracowaliśmy program takich zajęć, ale w MEN powiedzieli nam, że nie ma grosza na takie akcje. Odparliśmy: w rządowej strategii przewidziano takie lekcje – ministerstwo ma więc podstawę, by układając przyszłoroczny budżet żądać na nie środków.
Wydawało się zatem, że w wojnie z korupcją niektóre fronty zostały przełamane, a parę bitew wygranych. Naturalnie nikt nie był tu nadmiernym optymistą i nie twierdził, że korupcja w Polsce przestała istnieć. Przeciwnie. Ale mogło się zdawać, że czasy najbardziej bezczelnych kantów już minęły. 
A jednak Rywin przyszedł do Adama Michnika.
– Gdyby z podobną propozycją ktoś zwrócił się do każdej innej firmy, można by mówić najwyżej o zaskoczeniu. Tu jest szok: Rywin z ofertą zwrócił się do ludzi, którzy w imię uczciwości właśnie gotowi byli za PRL-u iść do więzienia. Można być krytycznym wobec koncepcji politycznych Adama Michnika, ale trzeba go nie znać, by to jemu zaproponować przekręt: ustawa za łapówę. 
Uderzająca jest zbieżność: otóż Rywin złożył swą propozycję w chwili, kiedy rząd kończył przygotowywać strategię antykorupcyjną. Naturalnie póki nie zostanie zakończone śledztwo i proces sądowy, nie można imiennie oskarżać nikogo z ekipy władzy. Jednak na taśmie zarejestrowano słowa posłańca, że przysyła go ,,grupa ludzi trzymających władzę”. To poważna poszlaka. Z jednej strony, osoby pełniące władzę przygotowują strategię antykorupcyjną, z drugiej, ktoś – poważna, w końcu, postać – twierdzi, że osoby z tego właśnie kręgu proponują korupcję na wielką skalę. 
Czy w mechanizmie rozegrania tej afery coś jeszcze wyłamuje się ze schematu? Dziwi osoba samego adresata – Adama Michnika. Ale czy nie powinno dziwić, że ofertę złożono gazecie, która ujawniła wiele wielkich afer korupcyjnych? Historia mediów zna przykłady, kiedy politycy chcieli płacić dziennikarzom za milczenie. Tu gazeta miała płacić politykom. I na dodatek milczeć.
– To, że propozycję złożono akurat mediom, wynikało z przedmiotu sprawy. Gdyby chodziło o jakąkolwiek inną ustawę, prawdopodobnie oferenci poszliby do kogoś innego. Nie było dla nich istotne, że idą do gazety: szli do potężnej giełdowej spółki Agora, która – co wiedzieli – jest zainteresowana określonym kształtem ustawy. Oferenci potraktowali media jak każdy inny biznes. Pomylili się. Bo w Agorze-Gazecie górę nad biznesem wzięło dziennikarstwo.
Czy to normalne, że władza składa ofertę firmie prywatnej? Zwykle jest chyba odwrotnie.
– To ten, kto ma interes, przychodzi do tego, z kim można go załatwić. Lecz rzeczywiście: najczęściej to przedstawicielom biznesu zależy na władzy. To ona może przyznać ulgę podatkową, rozstrzygnąć przetarg, uchwalić korzystny przepis. Dlatego zazwyczaj stroną aktywną jest biznes. Tyle że tu, jak się zdaje, „grupa trzymająca władzę” może być traktowana niemal jako firma – bo chodzi o konkretną sumę łapówki, a niewykluczone, że i o wielkie zyski w przyszłości.
Jak ocenić występujące w tej sprawie powiązanie przedmiotu targu: chodzi i o konkretne pieniądze w postaci 17,5 mln dolarów, i o politykę – przeprowadzenie korzystnej ustawy oraz wsparcie dla partii: zarówno materialne, jak w postaci złagodzenia krytyki rządu? I wreszcie o wątek osobisty: posadę dla posłańca. 
– Gdyby nie osoba posłańca, poziom i forma propozycji świadczyłyby o kompletnej dziecinadzie. Z tego, co do nas dociera, wydaje się, że normalnie takie transakcje załatwia się w bardziej finezyjny sposób. To nie są aż tak bezczelne targi, nie proponuje się wszystkiego naraz itd. Do sfinalizowania ustaleń – nawet tych niezgodnych z prawem – zwykle używa się prawników, którzy ubierają je w postać quasi umowy prawnej, co ma dać pozory legalności transakcji.
Tu Rywin zażądał pisemnej deklaracji zrobienia przekrętu. Albo chodziło o zdobycie kompromitującego „Gazetę” kwitu... 
– ...ale ktoś, kto by przypuszczał, że Adam Michnik i Agora napiszą na siebie wyrok cywilnej śmierci, musiał być potwornie naiwny. 
Przebieg rozmowy dowodzi, że stopień bezczelności i poczucia bezkarności musiał być u Rywina na tyle wysoki, iż śmiało szedł na całość.
– Posłaniec musiał się czuć niezwykle pewnie i być przekonanym, że sprawę ma załatwioną. Świadczy to, że albo robił to pierwszy raz, albo przeciwnie: robił to wiele razy i uchodziło mu to bezkarnie.

Zawodowe normy, społeczne role
Podnosi się kwestię stylu samej rozmowy: tu najważniejsze jest pytanie, czy w Polsce światy polityki, biznesu i mediów nie pozostają w zbyt zażyłych związkach. Ostatnio zwrócił na to uwagę nawet prezydent Kwaśniewski, deklarując, że ograniczy aktywność towarzyską. Podobne dyspozycje wydał swoim ludziom. Premier Miller uznał to za przesadę.
– Zastrzeżenia prezydenta dotyczą raczej objawów niż przyczyn tej patologii. Bo ważne jest nie tyle, czy politycy, biznesmeni i dziennikarze bywają na wspólnych rautach, przyjęciach i galach, ale czy te trzy ważne dla życia publicznego grupy mają wpojone normy dotyczące swej roli zawodowej. Urzędnik publiczny musi być świadom, co znaczy bycie urzędnikiem publicznym i że w związku z tym nie wolno mu niektórych rzeczy robić. Tak samo dziennikarz powinien wiedzieć, że istotą jego roli społecznej jest opisywanie – czyli kontrolowanie – świata władzy i biznesu, a to też ma konsekwencje. 
Jeśli poszczególne grupy zawodowe mają tę wiedzę i ją stosują, to nie jest groźne, że razem się bawią czy piją – nawet bruderszafty. 
Jeżeli dziennikarz jest z kimś na ty, to siłą rzeczy, podświadomie, trudniej mu pisać o nim krytycznie...
– Probierzem jest to, czy ta zewnętrzna, czasami ostentacyjna, przyjaźń dziennikarza z politykiem czy z biznesmenem przekłada się na to, co dziennikarz o nich pisze. Jeżeli tak, to znaczy, że poszliśmy za daleko, że dziennikarz sprzeniewierza się swojej roli. 
Rzeczywiście: w Polsce nie jest jasne, czy te trzy grupy społeczne mają świadomość swoich ról i obowiązujących reguł zawodowych. Ale problem ten w mniejszym stopniu dotyczy dziennikarzy: nawet jeśli niektórzy są na ty z połową biznesu i połową klasy politycznej, to prywatne media są w Polsce wciąż niezależne i wolne. Było nie było, choć Michnik był na ty z Rywinem, a pewnie i z innymi osobami, które mogą być zamieszane w tę aferę, jego „Gazeta” ją ujawniła. W przypadku mediów ważniejsza jest skala powiązań własnościowych: chodzi o to, żeby właścicielem poszczególnych środków przekazu, zwłaszcza największych koncernów, nie stała się wąska grupa osób. Do czego może prowadzić skupienie władzy w mediach w jednych praktycznie rękach widać we Włoszech, gdzie okazało się, że poprzez władzę nad mediami można robić karierę polityczną i to na najwyższych szczeblach – z wielkimi jednak kosztami dla przejrzystości życia publicznego. Paradoksalnie, sprawa Rywina dowodzi, że w Polsce wciąż jeszcze trwa walka na rynku medialnym. A to konkurencja jest gwarantem niezależności mediów.
Wydaje się za to, że do groźnego zamazania granic doszło zwłaszcza między światem polityki i światem biznesu. 
Po pierwsze, za łatwo przechodzi się u nas od polityki do biznesu – i odwrotnie. Wystarczy przejrzeć życiorysy ministrów czy posłów w Polsce, by dostrzec prawidłowość, że po utracie stanowiska w wyniku choćby przegranych wyborów spora część polityków momentalnie przygarnianych jest do rad nadzorczych czy zarządów różnych spółek, tam przeczekują gorszy okres, a potem znowu wracają do rządu i parlamentu. Przecież wśród decyzji podejmowanych przez nich jako polityków, mogą się zdarzyć rozstrzygnięcia ważne dla firm, w których pracowali, lub za chwilę będą pracować... Formalnie obowiązuje roczna karencja między niektórymi funkcjami publicznymi a pracą w biznesie prywatnym. Ale za złamanie tego zakazu nie ma sankcji, więc w praktyce mało kto się nim przejmuje. Oczywiście, choćby w Stanach Zjednoczonych, ludzie też przechodzą z biznesu do administracji i odwrotnie. Jednak nie do pomyślenia jest tam, by członkowie parlamentu jednocześnie zasiadali we władzach czy pobierali wynagrodzenia z prywatnych spółek. Na czas sprawowania funkcji publicznej swój majątek, w tym firmy, oddają w zarządzanie funduszom powierniczym.
Po drugie, specyficzną formę przybrały u nas nawet rutynowe, zdawało by się, kontakty świata biznesu i polityki. Spotkania i rauty z udziałem ludzi biznesu i polityki odbywają się wszędzie na świecie. Oczywiste jest, że ci, którzy prowadzą działalność gospodarczą chcą choćby wiedzieć, w którym kierunku pójdzie polityka gospodarcza rządu itd. W związku z tym instytucje w rodzaju izb handlowych, stowarzyszeń przedsiębiorców itp., organizują wykłady czy kolacje z udziałem premiera, ministrów itp. Po exposé przedstawicieli administracji jest czas na jawną dyskusję i pytania, ale po niej osoba publiczna opuszcza salę. W kuluarach przedsiębiorcy mogą sobie porozmawiać najwyżej między sobą. U nas tymczasem politycy nie widzą niczego nagannego w tym, że przy okazji takich spotkań rozmawiają z poszczególnymi biznesmenami na osobności. Ci zaś, nie bez powodu pewnie, możliwość kuluarowego kontaktu uważają za najcenniejszy punkt takich spotkań. 
Polską specyfiką jest też demonstracyjnie pokazywanie się polityków z biznesmenami, którzy robią największe interesy z państwowymi firmami i urzędami, stają do wielkich przetargów finansowanych ze źródeł publicznych. Dotyczy to także poziomu samorządu. W dojrzałych demokracjach obie strony same wystrzegają się takiej ostentacji – bo wiedzą, że może stać się ona podstawą do podejrzeń o nieformalne związki, a to zawsze kładzie się cieniem na reputacji tak polityka, jak firmy. 
W dojrzałych demokracjach także co rusz wybuchają skandale korupcyjne – i to również na najwyższych szczeblach. Czy więc rzeczywiście tak dalece odstajemy od Zachodu pod tym względem? 
– Zależy, do którego Zachodu się porównujemy. Jeżeli do Włoch czy Grecji, to dystans nie jest wielki. Lecz w Szwecji, Danii, Wielkiej Brytanii, ale też w Kanadzie, Australii czy Nowej Zelandii, standardy zachowań i poziom świadomości polityków i biznesmenów są dużo wyższe. Te demokracje są stabilniejsze, co sprawia, że nie występuje tam rodzaj pazerności polegający na tym, iż skoro się już dorwałem do stanowiska, to muszę wycisnąć z niego jak najwięcej. U nas wśród wielu polityków ciągle panuje poczucie, że jak już się dostali do Sejmu, czy choćby zdobyli pozycję w samorządzie, to muszą jeszcze się tak ustawić, żeby i w przyszłości mieć zapewnione słodkie życie. A to rodzi sytuacje korupcjogenne. Oraz niesmak wśród obywateli. Nie wszystkich: niektórzy uważają to za normę.
Społeczna reakcja na aferę Rywina też może zaskakiwać. Niby wszyscy wiedzą, że w Polsce jest korupcja, ba, sami w niej uczestniczą, a jednak wybuchła spora burza…
– ...bo co innego jest ogólnie wiedzieć, że jest źle, a co innego zobaczyć jak na tacy namacalną historię: z sumą, konkretnymi aktorami i przedmiotem targu.
Także do naszej Fundacji zgłasza się sporo osób, które opowiadają, że korupcja kwitnie, wszyscy politycy są przekupni itd. Lecz kiedy pytamy o konkrety: proszę powiedzieć, który i za co wziął – bo jest nam to potrzebne do interwencji, okazuje się, że rzadko potrafią one podać choćby najmniejsze dowody. W sprawie Rywina dowody są mocne.

Syndrom Rywnik-Michnin
Zdumiewa jeszcze jedno: że w pewnym momencie ostrze oskarżeń zwróciło się przeciwko tym, którzy ją ujawnili – a zwłaszcza przeciw Michnikowi. Oczywiście część tych ataków była rezultatem rozgrywek politycznych (to przypadek „Trybuny”), walk na rynku medialnym (przypadek „Rzeczpospolitej”) czy osobistej niechęci do Adama Michnika (przypadek publicystów w rodzaju Pawła Śpiewaka i Zdzisława Krasnodębskiego). Ale może jest to prawidłowość? 
– Często ten, który ujawnia łapówkę, pada ofiarą własnej uczciwości, bo zaczyna być postrzegany jako umoczony: może sam chciał dać, tylko coś nie wyszło i dlatego teraz wrzeszczy? W akcie korupcyjnym biorą udział zwykle tylko dwie strony, rzadko kiedy towarzyszy im świadek. Jeśli jedna z nich mówi: chciano mnie skorumpować, to druga łatwo może odpowiedzieć: to perfidne kłamstwo. Wtedy w praktyce na składającym doniesienie leży obowiązek dowodowy – i jeżeli nie jest w stanie go wypełnić, to może zostać jeszcze oskarżony o pomówienie. 
M.in. dlatego w Stanach Zjednoczonych próbuje się stworzyć system ochrony dla osób, które ujawniają korupcję czy inne nieprawidłowości. W Polsce nic takiego nie istnieje – nawet dla świadków wręczania łapówki. Mieliśmy takie zgłoszenia w dużo drobniejszych sprawach: pracownicy różnych instytucji alarmowali, że ich szefowie omijają ustawę o zamówieniach publicznych i korzystają z usług powiązanych z sobą firm. Kończyło się na tym, że ci uczciwi tracili pracę.
Znaczenie miało może i to, że „Gazeta Wyborcza” wprowadziła w kwestii korupcji wysokie standardy dla swoich dziennikarzy. Nie mogli oni, na przykład, brać nawet drobnych prezentów rozdawanych zwyczajowo przez różne firmy na różnych seminariach czy konferencjach. Uczyniono z tego niemal cnotę – u kolegów z innych tytułów mogło więc powstać wrażenie, że „Wyborcza” stawia się wyżej. Kiedy więc pojawiła się okazja odegrania, niektórzy ją wykorzystali: mówiliście, że nie bierzecie nawet reklamowych długopisów, a teraz się okazuje, że takie rzeczy was nie interesują, bo rozmawiacie o 17,5 mln dolarów.
Inna sprawa, że „Gazeta” i jej szef popełnili masę niezręczności: począwszy od nieujawnienia afery przez pół roku, po takie, jak ogłaszanie, że publikuje się pełen stenogram spotkania korupcyjnego, podczas gdy jest to tylko fragment itd. Zwłaszcza w początkowym okresie „Gazeta” ogłaszała sprzeczne komunikaty, co dawało oręż do rąk tym, którzy chcieli jej dołożyć.
Jeśli tak oczywista afera nie zostałaby z jakichkolwiek powodów do końca wyjaśniona, to nikt nie uwierzy już, że każda inna akcja antykorupcyjna w Polsce będzie możliwa. 
– To potworna groźba. Gdyby się okazało, że tak mocno udokumentowana sprawa skończy się wnioskiem, że Rywin miał zaćmienie mózgu i dlatego przyszedł do Michnika, to trudno będzie ufać, że cokolwiek w sprawach korupcji da się zrobić – a zwłaszcza, że politycy chcą coś zrobić. 
Już teraz panuje opinia, że dziennikarze mogą tropić i opisywać dziesiątki afer, a i tak to nic nie pomoże: nie ma żadnych procesów i wyroków. Co nie jest prawdą: w wielu sprawach są prowadzone śledztwa, trwa też kilka głośnych procesów. Oczywiście: zarówno dochodzenia, jak procesy często ciągną się w nieskończoność, strony chorują, nie stawiają się na rozprawy, potem są odwołania. Innym problemem jest, że osoby publiczne nie mają na tyle przyzwoitości, by w sytuacji podejrzenia o zachowanie nieetyczne zrezygnować z funkcji.
 
Lobbingiem w korupcję
Poza przekonaniem społeczeństwa, że podjęto wszelkie możliwe starania, by wyświetlić wszystkie okoliczności tej sprawy, jej rezultatem powinno być jeszcze jedno: przyjęcie ustawy o lobbingu i zmian w regulaminie pracy Sejmu. 
Dobrze uregulowany lobbing to jeden ze sposobów na korupcję w tak wrażliwej dziedzinie, jak proces ustawodawczy. O ile korupcja polityczna to przekupywanie parlamentarzystów, by przyjęli prawo korzystne dla naszych interesów, to lobbing jest jawnym i uznanym w demokracji sposobem wpływania na ustawodawcę. Prawo w Polsce tworzy 560 posłów i senatorów. Siłą rzeczy nie wszyscy znają się na tematyce, o której decydują, ktoś więc musi dostarczyć im argumentów. Mogą to być eksperci: oni przedstawiają wyważoną analizę skutków poszczególnych rozwiązań. Dobrze jednak, jeśli w trakcie procesu legislacyjnego swoje stanowiska mogą też przedstawić wszyscy zainteresowani konkretną ustawą. Przykładem biopaliwa. Przy uchwalaniu ustawy pojawiło się multum ekspertyz, ale aż do chwili, gdy zainteresowały się nią media i prezydent, nikt nie zapytał o zdanie konsumentów. A przecież ustawa o biopaliwach dotyczy nie tylko rolników i producentów benzyn, ale przede wszystkim wszystkich posiadaczy samochodów, a pośrednio wszystkich konsumentów. Ci nie mieli w parlamencie lobbystów.
Chodzi o to, by poseł czy senator miał do dyspozycji tak ekspertyzy, jak opinie zainteresowanych stron dostarczane przez lobbiystów i głosował na podstawie całościowej wiedzy. Ważne jest przy tym, by było jasne, kto jest w parlamencie ekspertem, a kto jest lobbystą – i czyim. 
O ustawie o lobbingu mówi się od lat i nikt skutecznie za nią nie lobbuje...
– Wielu posłów nie rozumie tego problemu, a wielu brak uregulowań jest na rękę. Dlatego podejmowane w tej dziedzinie inicjatywy ustawodawcze kończyły się niepowodzeniem. Teraz MSWiA pracuje nad kolejnym projektem, ale część środowiska lobbystycznego już go krytykuje. Bo i lobbyści są podzieleni. Wielu udaje, że nie są lobbystami i nie chcą poddać się żadnym normom. Ci, którzy wolą działać przy otwartej kurtynie, bo nie chcą być posądzani o to, że uprawiają korupcję, godzą się na ustawę, tyle że bez precyzyjnych ograniczeń. 
Naturalnie sama ustawa o lobbingu nie zlikwiduje afer. Natomiast jeżeli w sprawie Rywina nie doczekamy się ani rezultatów śledztwa, ani nie będziemy przekonani, że prokuratura i komisja sejmowa pracowały z najlepszą wolą, i wreszcie jeśli nie będzie żadnych konsekwencji w postaci rozwiązań prawnych, to wniosek może być jeden: w Polsce nie ma woli politycznej do walki z korupcją.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl