Votum separatum

Inne zmartwienia

JÓZEFA HENNELOWA



Aż nie wiadomo, czy się przyznać: nie tkwię przed telewizorem, by oglądać wielogodzinne przesłuchania w komisji śledczej, tylko rzucam okiem na sprawozdania prasowe, a kiedy w radiu lub programie telewizyjnym znów ukazują się członkowie owej komisji żywo komentujący własne działania, doznaję poczucia zamętu. 
Nie potrafię, co gorsza, uwierzyć, że dla rzesz ludzi działalność komisji już stała się źródłem nadziei na jakieś wielkie oczyszczenie życia publicznego, na nową jakość polityki, a bodaj na klarowną odpowiedź: kto tu naprawdę winien i czego mianowicie. Nie potrafię w to uwierzyć tym bardziej, że tak ostentacyjnie manifestowana jest wiara członków komisji w ich dopiero rozpoczętą misję. Że to na pewno niemała szansa polityczna dla każdego z owych „dziesięciu gniewnych”, to już widać – ale czy coś więcej? Na jakikolwiek krzepiący wniosek czy nawet nadzieję wniosku wydaje mi się jeszcze grubo za wcześnie. Splątanie ścieżek, którymi podąża każdy z osobna z rozgrywających – olbrzymie, intencje – bardzo dalekie od jasności, spiętrzenie podejmowanych gier – przerastające możliwości rozeznania nie tylko, jak sądzę, mojego. Poczekam więc, martwiąc się na razie o sprawy z zupełnie innych światów, Może nie aż tak rozległych, ale za to bliższych.
Przeczytałam notatkę, którą można by nazwać zapisem sprzeciwu wobec bierności i jej bezsensu. Zakład penitencjarny oferował bezpłatną pracę swoich „pensjonariuszy”, np. przy robotach publicznych. Skazanym za niewielkie przestępstwa jakakolwiek pożyteczna praca dawałaby szansę resocjalizacji. Gospodarze pobliskich miejscowości coś by u siebie tanim kosztem uporządkowali. Teraz, zimą, gdy nikt nie robi dosłownie nic i opady śniegu traktowane są jak dopust Boży, oferta, zdawało się, będzie podchwycona natychmiast. Nic z tych rzeczy. Nie zgłosił się nikt. A miasta wyglądają tak jak wyglądają. Tylko że to już ani nie boli, ani nie irytuje, ani chyba nie przynosi wstydu. W każdym razie w Krakowie, w którym żyję.
A do redakcji przyszła ostatnio młoda jeszcze kobieta, żeby się wypłakać, że po siedmiu latach odebrano jej rentę inwalidzką. Ma dalej chore serce, całkowicie sparaliżowanego męża, syna zagrożonego nowotworem nerwu wzrokowego i córkę z trójką dzieci, a na życie – alimenty dla wnuków i rentę męża. I nie wie już, co robić. Żeby było zupełnie smutno, przysłała ją do mnie siostra zakonna z łagiewnickiego Sanktuarium Miłosierdzia. Sama była w stanie pomóc tylko doraźnie, symbolicznie nieomal. A ja? Tak samo. I także uruchomiłam „spychologię”, doradzając płaczącej kobiecie wizytę w biurze poselskim, któremu ufam, że podejmie interwencję w sprawie cofniętej renty. 
Po takiej wizycie zostaje się z poczuciem bezsiły i zdrady równocześnie. A potem patrzy się na klatki kronik pokazujące coraz większą agresję na polskich drogach, czyjś bunt i wściekłość, już nie wiadomo, spontaniczne czy sterowane. I na przekazy z Sejmu, gdzie zamiast budzących nadzieję odpowiedzialnych prac ustawodawczych co chwila awantury, kruszące resztki jego prestiżu. Ktoś źle się bawi, tylko nie ma jak mu tego powiedzieć.


















 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl