Światłość i piasek

Łukasz Drewniak z Wilna



Teatr Oskarasa Koršunovasa jest przykładem świadomej polityki wobec publiczności, nie tylko otwierania jej na nową estetykę, ale i przypominania o istnieniu podstawowych wartości.


Trudno w to uwierzyć, ale 34-latek Litwin Oskaras Koršunovas debiutował 13 lat temu. Jego pojawienie się na europejskiej scenie zapowiadało ruch młodych reżyserów. Ten debiut był tak samo ważny dla litewskiej publiczności, jak pierwszy spektakl Thomasa Ostermeiera w Baracke przy Deutsches Theater czy Grzegorza Jarzyny w Rozmaitościach. Nie przypadkiem z tymi reżyserami łączy litewskiego twórcę zażyła znajomość. Cała trójka ma świadomość, że chcą od teatru tego samego.
Koršunovasowi, Jarzynie i Ostermeierowi teatr służy nie tyle do poznawania własnego wnętrza, co do kształtowania świadomości widza. Eksperymentując z różnymi rodzajami literatury, są też specjalistami od polityki repertuarowej. Koršunovas z premedytacją rozbija swoją twórczość na dwa równorzędne nurty: pierwszy ma charakter stricte litewski, jest prezentacją dla lokalnej publiczności najnowszej dramaturgii. Drugi to eksploracja klasyki na potrzeby festiwalowej widowni europejskiej, realizacja spektakli-manifestów, uświadamiających, o co tak naprawdę walczy Koršunovas w swoim teatrze.
Pierwszy nurt przyniósł ostatnio pośpieszne, szkicowe inscenizacje Sarah Kane i Mariusa von Mayenburga („Łaknąć” i „Pasożyty”), drugi zaowocował realizacją w Oslo oberiutów („Nie jesteśmy pierogami”) i „Zimy” Jona Fossa. Jednak najważniejszym spektaklem Koršunovasa stał się przygotowany jesienią w Wilnie „Król Edyp”. To dowód, że choć posługuje się podobną strategią co Ostermeier i Jarzyna, Koršunovas schodzi głębiej. Patrzy pod podszewkę świata. Pyta o jego religijny fundament.

Edyp w piaskownicy
Podobno pod koniec lat 80. na zajęcia z marksizmu-leninizmu student reżyserii teatralnej, ewangelik Koršunovas przynosił z sobą Biblię. W razie sporu otwierał ją i miażdżył wykładowcę celnym cytatem. Jego najnowsze przedstawienie pełne jest podobnej przekory.
Litewski „Król Edyp” to opowieść o wyrastaniu z Boga. Bóg pojmowany jest w nim z perspektywy dziecka – jak przytulanka, przyjaciel z dzieciństwa, zabawka-powiernik, której można się poskarżyć, która jest zawsze obok w samotności. Cóż dzieje się z takim Bogiem, kiedy dziecko dorasta? Dorosły Boga porzuca, Bóg zawierusza się gdzieś – w skrzyni z zabawkami, pod łóżkiem na strychu. Nie wiadomo, kiedy przestał być potrzebny. Tymczasem Koršunovas udowadnia, że z Boga nie można wyrosnąć. Potrzeba Boga, tęsknota za nim dopada człowieka, przypomina o sobie w najmniej spodziewanym momencie.
Grany przez Dainiusa Gavenionisa Edyp uwięziony jest gdzieś między dziecięctwem a dorosłością, nie zna odpowiedzi na pytanie, jak żyć. W pierwszej scenie jest pewnym siebie biznesmenem, człowiekiem sukcesu, który zabłądził na podwórko, na którym bawił się w przeszłości. W planie realistycznym to dojrzały mężczyzna przeżywający załamanie nerwowe, w planie mitycznym Odyseusz, wyrzucony przez fale na brzeg rodzinnej wyspy po to tylko, żeby odkryć, że jest Edypem, zbrodniarzem i królem przeklętym. Ze sceny na scenę, udręczona nieuniknionym samorozpoznaniem, twarz Gavenonisa staje się maską.
Koršunovas wydobywa nieprzeczuwalne w powierzchownej lekturze jądro mitu. Otacza bohatera rekwizytami z placu zabaw: buduje na scenie piaskownicę, ścianę do dziecięcej wspinaczki, karuzelę, grupę huśtawek i równoważni. Przemienia chór w stadko sióstr Myszki Miki lub piesków z kreskówki. Koryfeusz chóru to wielki, trzymetrowy pluszowy miś z wydłubanymi oczkami, poruszający się jak zabawka na baterie. Terezjasz to sczerniała od starości lalka Pinokia ze spiczastym nosem. Po co mu te gadżety? Po to, żeby stworzyć aktorowi i widzowi sytuację dyskomfortu, niedopasowania, powrotu do świata, który przeminął i jest tylko mglistym wspomnieniem.
Spektakl oszałamia stroną wizualną, przepychem i surowością, śmiałością skojarzeń tego, co trywialne z tym, co święte. Dzięki tym dwuznacznościom, dozowanym w takich samych proporcjach, jak w prawdziwym życiu, wierzymy Koršunovasowi bez zastrzeżeń. Mitu nie da się od nas odkleić, to matryca naszych wyborów, słów, gestów. Dopiero w połowie widowiska, w łunach wielkiego pożaru, reżyser odrzuca nowoczesny kostium. Łachmany, jakie pozostały na ocalałych bohaterach, będą przypominać antyczne stroje. Nie jest tak, że wszystko się powtarza, nasze losy są kopią życiorysów sprzed wieków – sztuka o Edypie nigdy nie była moralitetem ani przestrogą. Koršunovas odkrywa w niej raczej mechanizm kary za odrzucenie przeszłości. Nie tyle fascynuje go los człowieka, fatum i jego nieuniknioność, co religijny wymiar dramatu. Pyta desperacko, co może być silniejsze niż Bóg.

Spadanie w otchłań
Wileński spektakl jest monumentalny, barokowy, przeestetyzowany – pełen ornamentów, etiud muzycznych i choreograficznych. Reżyserowany z operowym rozmachem, ale wolny od martwoty operowej konwencji. Sceny wielkiej piękności sąsiadują w nim z ujęciami groteskowymi. Koršunovas nie bawi się w rekonstrukcje antycznego widowiska, ale szuka formy pośredniej, nie gubiącej nic z sensów oryginału, wzbogaconej o współczesne odniesienia, rozpoznania, iluminacje.
Każdy gest, rekwizyt, obraz wykreowany ze światła i ciał aktorów jest zakorzeniony równocześnie w micie i naszej codzienności. Reżyser skleił te dwie warstwy tak silnie, że nie sposób ich od siebie oderwać. Dzięki temu publiczność znajduje się gdzieś na granicy dwóch światów, języków, opcji światopoglądowych. „Król Edyp” może być wszak spektaklem człowieka pełnego wiary, opowiadającego o krachu agnostyka. Ale też wyznaniem agnostyka o dochodzeniu do pełnej, całkowitej wiary. Nie bez przyczyny z boku sceny zostawia samotnego starca (w tej roli legenda litewskiego teatru, Laimonas Noreika), jedynego, który wie, kim naprawdę jest Edyp. Jego milczenie wydaje się głośniejsze, bardziej wymowne niż milczenie Boga.
Reżyser, niczym samozwańczy twórca-akademik, czyści i destyluje to, co dawniej było w nim buntem, bezczelnością, sztubactwem. Waży słowa, dozuje obrazy, szuka harmonii estetyk, godzi teatralne pokolenia. Najlepiej widać tę strategię w momencie, kiedy Koršunovas zestawia na scenie z powodzeniem kilka szkół aktorstwa: weterani sceny litewskiej grają obok ludzi z teatru Nekrošiusa i Vaitkusa oraz wychowanków Koršunovasa, przedstawicieli najmłodszej aktorskiej generacji. 
Reżyser przetrzymuje niektóre sceny w nieskończoność, jakby napawał się pięknem upadku, zniszczenia, grzechu. Długo trwa lot oszalałego z bólu Edypa na wzniesionej rampie karuzeli, po której stąpają w jego stronę płaczki pogrzebowe, tancerki z chóru, spadające kolejno w otchłań. Kiedy trzeba, bywa jednoznaczny w ocenie ludzkich wyborów: taki wymiar ma scena wejścia córek i sióstr Edypa, Antygony i Ismeny, syjamskich bliźniaczek, czworonogiego potwora.
We wstrząsającym finale spektaklu oślepiony, nagi Edyp grzebie rozpaczliwie w piasku. Bohater nie tylko kopie w poszukiwaniu Boga, metaforyczny obraz ma podwójny sens, bo każdy jego ruch to również zasypywanie światła sączącego się z głębi ziemi. Twarz Edypa stopniowo pogrąża się w mroku, ciemność pochłania scenę.
Bo światłość i bóstwo to w świecie Koršunovasa dwa wykluczające się słowa.

*

Skala i rozmach działalności Koršunovasa, jego odwaga w mierzeniu się z tekstami najtrudniejszymi potwierdza z roku na rok, że mamy do czynienia z jednym z najwybitniejszych europejskich reżyserów. Twórcą, który doskonale wie, dokąd zmierza. Nie wiem, czy Ostermeier albo Jarzyna czasem po cichutku mu tej pewności zazdroszczą. Chyba jednak powinni.

„Król Edyp”, reż.: Oskaras Koršunovas, scenogr.: Jurate Paulekaite, muz.: Gintaras Sodeika, Oskaro Koršunovo Teatras, Wilno.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 8 (2798), 23 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl