Słowińcy 


Domy, place i ogrody

Jacek Podsiadło: tekst; Andrzej Kramarz: zdjęcia



„Słupsk, 16 listopada 1957 r. Na podstawie art. 5. i 10. dekretu z dnia 6 września 1951 r. o ochronie i uregulowaniu własności osadniczych gospodarstw chłopskich na obszarze Ziem Odzyskanych, Powiatowa Komisja Ziemska w Słupsku nadaje: ob. Klik Bruno działkę robotniczą we wsi Kluki, grom. Smołdzino, obejmującą grunty 0,70 ha, dom mieszkalny 14 x 7, bez inwentarza”.
„Kluki, 7.07.1971 r. Uprzejmie proszę o przyjęcie mego Gospodarstwa na Skarb Państwa. Prośbę uzasadniam tym, że wyjeżdżam na stałe do NRF. Klük Bruno”.
Kluki to wieś nad Łebskiem w Słowińskim Parku Narodowym, niektórym znana ze skansenu słowińskiego. Na końcu świata. Według przewodnika „najbliższa restauracja znajduje się w Smołdzinie – 11 km od Kluk, czynna cały rok”. Od siebie dodam, że nazywa się „Słowinka” i od kilku lat jest nieczynna. W okolicy można znaleźć kilka pensjonatów „Słowiniec”, w Słupsku dom towarowy „Słowiniec”, a w Smołdzinie zespół folklorystyczny „Słowińcy”. Tylko samych Słowińców już tu nie ma. Ostatni wyjechali do Niemiec na początku lat 70.
Wioletta Tkaczyk, etnograf z kluckiego skansenu, poproszona o wykładzik pyta: – A czy pan wie już cokolwiek o Słowińcach?
– Niewiele. Tyle, co wszyscy – odpowiadam. I wydaje mi się, że wiem, iż stanowili maleńką wysepkę etnograficzną, uznawaną za najdalej na zachód wysunięty „szczep” bałtyckich Słowian. Że odizolowani od świata wśród nadłebskich bagien zachowali kulturową odrębność od Kaszubów. Że mieli własny język, dziś wymarły, choć częściowo ocalony w słownikach i w zabytku, jakim jest luterański katechizm wydany po słowińsku w XVII w.
W 1992 r. Marian Kubera zrealizował film „Słowińcy”. To on sprawił, że zapragnąłem dowiedzieć się o Słowińcach czegoś więcej. A w szczególności o jednym z nich, o Hermanie Keczu. Kiedy w 1970 r. Gierek i Brandt podpisali traktat polsko-niemiecki i drzwi na Zachód lekko się uchyliły, Słowińcy, tak jak Bruno Klück, „uprzejmie poprosili” skarb państwa o przyjęcie ich domostw i natychmiast czmychnęli w okolice Hamburga. Wszyscy. Chciałoby się powiedzieć: co do jednego. Ale został właśnie Kecz. W 1987 r. „ostatni Słowiniec” zmarł śmiercią samobójczą. 
Ekipa filmowa Kubery wybrała się do Hamburga, ale wszyscy „byli Słowińcy” odmówili jej wstępu do swych nowych domów. Co do jednego. W rozmowach telefonicznych lub zgoła domofonicznych wymigiwali się od spotkania ogólnikami w rodzaju „było, minęło, po co do tego wracać”. Ale przy innej okazji, w rozmowie z dziennikarzem niemieckim, jeden z nich wypowiedział charakterystyczną kwestię: „O ziemi rodzinnej nie mówi się źle”. Nie mają nic dobrego do powiedzenia o trzydziestu latach życia w powojennej Polsce? Ani jednego zdania? 
W okolice, gdzie kiedyś żyli Słowińcy, wybraliśmy się z nadzieją znalezienia odpowiedzi na pytanie, co powiedzieliby o życiu tutaj, gdyby chcieli, gdyby mogli mówić. Skansen w Klukach odwiedziłem już kiedyś, zaraz po obejrzeniu filmu. Wybrałem się też wtedy na słowiński cmentarz. Utkwiło mi w pamięci, że wśród mogił Kötschów grób Hermana wyróżnia się polską pisownią tego nazwiska: Kecz.

*

Nikt z mieszkańców Słupska i okolic, z którymi rozmawiam, nie używa nazwy „Słowińcy”. Zaczynam nabierać podejrzeń, że dałem się wpuścić w jakieś maliny, że Słowińców nigdy nie było, wymyślono ich tylko, żeby móc postawić skansen i ochrzcić jakoś park narodowy i pensjonaty.
– Nie mieli świadomości bycia Słowińcami – przyznaje pani etnograf. 
– A mieli w ogóle jakąś świadomość?
– Uważali się za Niemców.
– Ale nazwy „Słowińcy” nie wymyślił chyba dyrektor skansenu?
– Nie. Jako pierwszy użył jej rosyjski badacz, Aleksander Hilferding, w połowie XIX w. Ale i on jej nie wymyślił, tylko znalazł w terenie jako termin na określenie bardzo wąskiej grupy z wiosek nad jeziorem Gardno i częściowo nad Łebskiem. Późniejsi badacze często uznawali Słowińców za Kaszubów, co najwyżej wyodrębniając ich jako podgrupę etnonimiczną. 
– To co wyróżniało Słowińców wśród Kaszubów? Język? Wyznanie?
– Język na pewno, ale i tu językoznawcy długo wiedli spory, czy nazwać to gwarą, czy językiem. Wyznanie ewangelickie wielu badaczy również uznaje za istotny wyznacznik, ale to na zasadzie kalki, według której katolik ma być Kaszubem, a protestant Niemcem. Obecnie Słowińcy dość powszechnie uznawani są za odłam Kaszubów, który poprzez izolację geograficzną, ale i polityczną – bo pamiętajmy, że te tereny od Bolesława Chrobrego do czasów PRL znajdowały się poza granicami państwa polskiego – zachował sporo cech tylko sobie właściwych. 
– Niemiecka etnografia nie upomina się o Słowińców jako o „swoich”?
– Nie, nie, co do tego, że Słowińcy byli Słowianami, panuje całkowita zgodność. Przynajmniej jeśli chodzi o okres do XIX w., bo potem ulegli germanizacji. Ale nasza wiedza o Słowińcach z czasów, kiedy tworzyli kulturę prawdziwie autonomiczną, jest żadna.
– A o ich języku?
– Podobno po wojnie kilka starszych osób jeszcze tu nim władało, ktoś podobno witał nawet żołnierzy radzieckich w tej starej mowie, ale i to były już raczej relikty języka, jego okruchy niż język w całej pełni. 

*

– Wszyscy wyjechali. Te dwie kobiety, jakże im było, yyy... Klück! Margarete Klück i Lotte Klück, jedna już nie żyje – pani Irena Zajączkowska, ojciec Niemiec, matka „z Kaszubów”, przypomina swoich dawnych sąsiadów. – Później wyjechali ci, co tu zaraz obok mieszkali, oni też się Klück nazywali. Troje dzieci mieli: Wilfried, Renate i jeszcze jedna, ona się nazywala... No, mniejsza o to. On wyjechał, ale długo już tam nie pożył. Dawny sołtys też za mojej pamięci wyjechał, bo się tu ożenił z kobietą niemiecką... Oj, dużo ludzi wyjechało za mnie! Jeszcze Helga, ona też z domu Klück... Bo tu tylko Klück, Klück i Klück, czasem Kirk i takie tu nazwiska, o. A Helga wyszła za Polaka Aleksandrowycza. To on też pojechał za nią. Dwa lata temu byli u mnie w lipcu obydwoje. A we wrześniu była z synem i znajomą inna, ona wyjechała dawno, zanim ja tu nastałam.
– I co, nie żałują, jak tak po latach zobaczą swoją wieś? 
– A czego mają żałować? Teraz tam wszystko mają.
Co nie dość pieczołowicie przechowała ludzka pamięć, zachowało się w papierach. Prof. Hieronim Rybicki z Instytutu Historii WSP w Słupsku, autor książki „Nazywano ich Słowińcami”, z której pochodzą wszystkie cytowane tu dokumenty, wyliczył na podstawie ksiąg meldunkowych i rozmów z mieszkańcami, że w latach 1971-76 z Kluk do Niemiec wyjechały 122 osoby. Na tej liście rzeczywiście aż ciemno od Klücków, spore rodziny tworzyli też Kirkowie, Pollexowie i Barnowowie. W zamkniętych społecznościach wiejskich małżeństwa z przybyszami z zewnątrz należały do rzadkości, więc i Klücków w Klukach namnożyło się tylu, że swego czasu trzeba ich było numerować: Otto Reimann II, Albert Klück IV. Czirr, panieńskie nazwisko pani Ireny, też należało do częściej spotykanych. 
– Wy nie macie pojęcia, jak konie lubią kartofle! – uświadamia nas triumfalnie. I zaraz tłumaczy ze szczegółami, jak się kartofle kopcuje, jak potem wybiera się najpierw te najlepiej ukiszone i jak się je urabia specjalnym urządzeniem: – Takie nie wiadomo co, mój mąż zawsze mówił na to krenciolek. I kreśli linie w powietrzu, widać, że ma machinę przed oczami, jeszcze trochę i wprawi „krenciolka” w ruch. – To jest takie wysokie, i tu ma żelazne takie wmurowanie do szczany, a tu takie drewniane dotąd, a tu byly takie pręty żelazne i tu też. I jak się kartofle wrzuciło, zakręciło się, to te pręty szly koło tych prętów. I tak ślicznie się skręciło kartofle, jak trza! A świnie rosły po tych kartoflach, grube jak łanie byli! 
– To mąż nazywał to krenciolek, ale ma to jakąś prawdziwą nazwę?
– Ma – odpowiada pani Zajączkowska, i od razu się poprawia: – Miało.
– Pewnie już pani nie pamięta?
– Panie, przecież to już tyle lat! Zaraz... Kartoffelmaschine? Ja tu jeszcze mam na strychu tego krenciolka.
– To do skansenu go!
– Aha! Jeszcze czego!
Krząta się wokół ciasteczek i kawy, za którą, oddaleni o 11 km od najbliższej, w dodatku nieczynnej restauracji, jesteśmy szczególnie wdzięczni.
– Latem byście przyjechali, wtedy jest ruch koło skansenu, tylko brrr, wrrr! Jak nie miałam ogrodzone, to rokrocznie cztery, pięć kur przejechane. Teraz postawiłam płot i koniec. 
– To pani pewnie wolałaby, żeby skansenu tu nie było? 
– Mnie tam wszystko jedno, niechby byly i dwa.
W skansenie jak w skansenie. Ponura martwota sprzętów i domostw, z których życie uszło hen, do lepszych krajów. Białe chałupy w kratę ciemnych bali, na każdej opis, do kogo należała i gdzie pierwotnie stała. Domy często były dwurodzinne, stąd na tablicach podpisy w rodzaju „Dom Jostów i Kirków”. Były i są wzdłuż całej trasy do Słupska: rzucają się w oczy budynki podzielone na pół. Pół dachu porośnięte mchem, pół oczyszczone. Pół ściany pomalowane, pół nie. W skansenie zwracam uwagę na dom opisany nazwiskiem takim samym, jak nazwisko starszej mieszkanki z sąsiedztwa. Pytam dyrektora skansenu, Henryka Soję, jak to jest: przecież Słowińców już nie ma, ostatnim miał być Herman Kecz?
– Kecz jako ostatni Słowiniec został wykreowany przez prasę i media. Trochę z naszej winy, bo jak dziennikarze przyjeżdżali, to im go podsuwaliśmy: idźcie do Hermana, to nasz ostatni Słowiniec. Bo był nawet pracownikiem skansenu. Ale w sąsiedniej chałupie żył jego brat Willi, żył Alfred Kecz, siostrzeniec Hermana, który wyjechał całkiem niedawno, chyba w 96. roku. Tak, że zawsze jakiegoś Słowińca „w zanadrzu” mieliśmy. Teraz mamy już tylko Słowinki – śmieje się, więc i ja przyznaję: – Podejrzewałem, że pan w ogóle Słowińców wymyślił, ale widzę, że tylko tego ostatniego!
Idziemy zatem do „przedostatniej Słowinki”, powołujemy się na dyrektora, ale kobieta nie chce z nami rozmawiać. – Ja już nie – mówi zmęczonym głosem. – Ja już mam wszystkiego dosyć.

*

Po wojnie mieszkańcy Kluk mieli pecha, że odkryto w nich ciekawostkę etnograficzną: celowo ich tu zostawiono, żeby stanowili, jak mówi Wioletta Tkaczyk, legitymizację polskości tych ziem. Bardzo się do tego przydała stara i do dziś dyskutowana teza Hilferdinga, że jest to najbardziej wysunięta na Zachód grupa Słowian. W literaturze rozpieszczano Słowińców nad miarę jako słowiańskich potomków. Jeszcze teraz, przed przyjazdem tutaj, znalazłem artykuł Grzegorza Bonka z fragmentem: „Nie doczekali się połączenia z macierzą po 1918 r. Wyspy kaszubskie ginęły germanizowane przed II wojną światową. Po wojnie kolejna wielka tragedia. Władze komunistyczne Słowińców traktowały jak Niemców i siłą wysiedlały ich do Niemiec”. Że siła wcale nie była do tego potrzebna i że Słowińcy gdzie indziej widzieli swą „macierz”, przekonują liczne dokumenty pracowicie zebrane przez prof. Rybickiego. W Archiwum Akt Nowych w Warszawie zachowało się choćby pismo nauczyciela z Kluk relacjonującego władzom sytuację we wsi: „Witając młodzież koszalińską opowiedziałem jej pokrótce historię Kluk, mówiąc, że jest to wieś słowińska. Janczysowa, obecna przy tym, opowiadała później po wsi z oburzeniem, że ja robię z niemieckich dzieci Słowińców. (...) Janczysowa wykrzykiwała publicznie, że gdyby była wiedziała, że przyjęcie to było przygotowane dla Słowińców, nie puściłaby tam swoich 3 dzieci, bo one są Niemcami”. 
Zaś dużo wcześniej, bo w 1948 r., kierownik szkoły w Klukach uzasadniał konieczność wysiedlenia czterech Słowińców, w tym jednego z Kirków: „Kirk Paweł jest szowinistą niemieckim i powiedział, że woli zdechnąć w Niemczech niż pozostać w Polsce”. 
Pierwsi do rabunku i gwałtów byli tu sowieccy „oswobodziciele”. Wyobrażam sobie, że próby przemówienia do nich resztkami zapomnianego języka przez kogoś ze starszyzny, mogły być rozpaczliwą próbą ratunku przed potraktowaniem miejscowych jako Niemców. 
W numerze „Pommersche Zeitung” z 1992 r. ukazały się wspomnienia Christy Freichel, która jako młoda dziewczyna była wtedy w Klukach: „Przybyli żołnierze mający stacjonować we wsi, i wtedy się zaczęło (...). Włamania, gwałty od 12-letnich do 17-letnich. W nocy nie mogliśmy się rozbierać, leżąc w łóżkach czuwaliśmy z bijącymi sercami”. W pierwszych latach po wojnie Słowińców traktowano właśnie jak Niemców i tak samo ich wywożono: bez uprzedzenia podstawiano nocą ciężarówki i dawano mieszkańcom pół godziny czy godzinę na spakowanie się. Z ponad 600 mieszkańców trójwsi, jaką były Kluki (Smołdzińskie, Żelezkie i Ciemińskie) pozostawiono w końcu ok. 200, które wcześniej nakłoniono do złożenia deklaracji wierności: „Świadom(a) znaczenia i chluby przynależności do Demokratycznego Państwa Polskiego, ja niżej podpisany(a) zobowiązuję się wiernie służyć i być lojalnym(ą) obywatelem(ką) polskim(ką). Wszystkie obowiązki, wypływające z tytułu przynależności do Państwa Polskiego wypełniać będę należycie”. To oni przetrwają tu do lat 70.
Po oswobodzicielach przyszli szabrownicy, a potem szlakiem Wielkiej Niedźwiedzicy przyszli osadnicy, którzy karabiny i rusznice nie zawsze zostawiali w cieniu brzóz. 
– Osadnicy traktowali tę ludność jako niemiecką, na porządku dziennym były kradzieże, rozboje i gwałty, wszystko, co najgorsze – mówi dyr. Soja, a prof. Rybicki dodaje: – Młode dziewczyny musiały osadnikom usługiwać pod każdym względem, później tylko co porządniejsi zalegalizowali te związki. Wielu z nich wyjechało zresztą w latach 70. do Niemiec w ramach łączenia rodzin. Ale nie brakowało przypadków, że kobiety rodziły dzieci nie wiedząc nawet, kto jest ojcem. Niekiedy zgłaszano te fakty prokuraturze, ale w owych czasach organa prokuratorskie, powiedzmy sobie szczerze, nie działały jeszcze w ten sposób, żeby tych winowajców ukarać. Osadnicy szybko obsadzili swoimi stanowiska wójta w Gardnie, potem w Smołdzinie i przez kolejne lata tym „Niemcom” dokuczali, okradali ich etc. 
Zabierano im wszystko, cały sprzęt rybacki, często nawet meble i ubrania. Według sprawozdania starostwa w Słupsku z 1948 r. ludność słowińska „żyła jedynie z uprawy kartofli, które własnoręcznie uprawiała łopatą lub zaprzęgiem ludzkim”. Echo czasów, gdy nazwać kogoś Niemcem znaczyło oskarżyć go, pobrzmiewa jednak nawet i w głosie profesora, kiedy mówi o naszej „przedostatniej Słowince” nie pragnącej już żadnych rozmów: – Spytałem ją kiedyś, kim się czuje, jednoznacznie stwierdziła, że Niemką. Ale to bardzo przyzwoita kobieta, po polsku dobrze mówi...

*

– Jak oni teraz byli – kontynuuje pani Zajączkowska – to Helga do tej pani gadała normalnie po niemiecku, buchdeutsch, a do syna gwarą. I syn rozumiał. Ja też rozumieć rozumiem, ale mówić tym plattdeutsch nie mogę. Bo nigdy nie mówiłam. Jeszcze jak przed wojną do szkoły chodziłam, to nauczyciel nam zabronił mówić gwarą. Żeby nie kaleczyć niemieckiego. 
„Plattdeutsch” to narzecze dolnoniemieckie, którego odmianą posługiwano się w tych okolicach po wyjściu z użycia gwary słowińskiej, o której nic nie wiadomo z całą pewnością. Co prawda jeszcze w 1893 r. językoznawca S. Ramułt uznawał ją za język równorzędny wobec m.in. kaszubskiego, ale dziś uważa się tę tezę za „dyskusyjną”. A język „słowięski”, w którym został „wystawion i na jawnosc wydan” słynny katechizm Lutra, należy rozumieć po prostu jako język słowiański, co uświadamia mi prof. Rybicki. 
A nam za „ostatnią Słowinkę” przychodzi uznać panią Zajączkowską. Urodziła się niedaleko stąd, w Człuchach, ale dużą część życia spędziła na Śląsku i dopiero po latach wróciła w te okolice. Może dlatego, że ominęło ją najgorsze, łatwiej jej mówić. Zdążyłem się już jednak przywiązać do Hermana Kecza i nie zapominam o nim. Jego siostra Ruth, swego czasu sołtys Kluk, mimo wszystkich krzywd doznanych zaraz po wojnie, zaangażowała się w sprawę przywrócenia Słowińcom polskości. 
– Ona jedna na poważnie potraktowała te próby repolonizacji – mówi profesor. – Część Słowińców uważała, że Ruth poszła na kolaborację z Polakami, w końcu zrobiono z niej umysłowo chorą i usunięto pod tym pretekstem z sołectwa. Po tych swoich przejściach umarła młodo, wcześniej niż matka. 
Do „kolaboracji” Słowińców zachęcano w sposób zorganizowany. Już w 1948 r. z Wydziału Społeczno-Politycznego UW w Szczecinie wyszło pismo nakazujące podzielić Słowińców na trzy kategorie. Kategorię C przyznano tym domagającym się wyjazdu do Niemiec („repatriować jak najrychlej”), A – czującym odrębność od Niemców („okazać silne poparcie mające na celu wybitne polepszenie jej bytu materialnego”, oddając w posiadanie „nieruchomości: to jest domy, place, ogrody”), zaś kategorię B – zdeklarowanym Niemcom skłonnym jednak pozostać („zachęcić do zabiegania o uzyskanie obywatelstwa polskiego i polepszania przez to bytu”). 
Pytana o Hermana pani etnograf ostrzega: – Dziennikarze przesadzają: całkiem niedawno napisano w jakiejś gazecie, że nie miał z kim rozmawiać po słowińsku i powiesił się. To nawet nieetyczne, zastanawianie się i wypisywanie takich rzeczy na temat tak dramatycznych ludzkich wyborów... 
No tak, tu tkwi i mój problem. Z jednej strony interesują człowieka kultura i losy dość egzotycznego ludku, o którym słyszał jak o jakichś Indianach żyjących całkiem blisko i całkiem niedawno (nomen omen o Keczu pisano też jako o „ostatnim Mohikaninie”), z drugiej strony ów ludek okazuje się skromną społecznością ludzi znanych z nazwiska, przez całe lata krzywdzonych i poniżanych, którzy niekoniecznie muszą chcieć obnosić się ze swoimi dramatami po łamach gazet i ekranach telewizorów. Ponieważ jednak w Słupsku mieszka żona Hermana Kecza, odważam się do niej zatelefonować. Jest bardzo grzeczna i bardzo stanowcza: – Nie chciałabym się z panem spotykać.
Nie pytam, dlaczego, ale pytam, czy nie przeszkadza jej, że będę kolejnym gryzipiórkiem opisującym jej męża na podstawie wiadomości z drugiej ręki. Odpowiada tylko: – Proszę napisać, że był dobry.

*

Zatem Herman Kecz był dobry. Wyobrażam sobie, bo dlaczegóż by nie, że dobra była też Janczysowa i Kirk, co pragnął „zdechnąć w Niemczech”. Na pewno byli ludźmi honoru i dużej odwagi, wykrzyczeć w tamtych czasach i w tym miejscu, że jest się Niemcem, nie było łatwo. Dziś czterdzieścioro spośród nich lub ich bliskich spotyka się co roku w Klukach, żeby zobaczyć znajomych, powspominać złe dawne czasy, popatrzeć na swoje stare chałupy. Z obcymi raczej nie będą chętnie rozmawiać. Od niedawna w skansenie, co roku odbywa się też „czarne wesele”, impreza nawiązująca do zwyczaju uroczystego końca pracy przy kopaniu torfu. Przyjeżdżają goście i zespoły folklorystyczne („Kaszubskie, ale »Hej, sokoły« też zaśpiewają” – obiecuje dyrektor). Można przejść się na Kluki Ciemińskie lub Żelezkie i jak zwykle w takich razach miejsca, gdzie kiedyś stały domy, poznać po zdziczałych drzewach owocowych.
Profesor Rybicki pociesza mnie, że nie jestem przecież pierwszym ani ostatnim, z którym „ostatni Słowińcy” nie bardzo chcą rozmawiać. 
– W sprawę Słowińców zaangażował się dziennikarz z Gdańska, Tadeusz Bolduan. Bardzo tym Słowińcom pomagał, zwłaszcza w sprawach prześladowań, kradzieży itp., opisywał te sprawy od początków lat 50. I myślał, że oni będą wdzięczni, ale jak pojechał do Hamburga i tak jak Kubera chodził od domu do domu prosząc, żeby go wpuścili, to też nikt nie chciał z nim rozmawiać. Jedna z kobiet porozmawiała, ale żeby broń Boże mąż się nie dowiedział. Mają żal, nawet do ludzi, którzy im chcieli pomóc, mają żal... No właśnie, tylko o co: że ich stąd wysiedlono, czy że tak długo musieli tutaj zostać? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl