A mój syn


Czyny i rozmowy

JACEK PODSIADŁO




A mój syn wyjąwszy z koktajlu mieszadełko zadziwił się jego kształtem. Miało kształt prehistorycznego gada z niezwykle długą szyją. „Był taki” – stwierdził. „Był. Tylko nie pamiętam, jak się nazywał”. „Pewnie żyrafozaur” – podsunąłem. „Nie wygłupiaj się. Miał swoją prawdziwą nazwę. Pamiętam, że jego szyja była dłuższa, niż cały on”. Zamyślił się na dłuższą chwilę, a potem spytał jeszcze: „A stegozaur? Jaki był stegozaur?” „Nie mam pojęcia. Gdybym był w Życiowej Szansie na Sukces i miał strzelać, to bym powiedział, że był trochę, wiesz, stegowany. Ale co ja wiem o dinozaurach? To ty się na nich znasz”. „A właśnie – podskoczył chłopak – zdążymy na Chwilę Prawdy?”
Żeby zdążyć na Chwilę Prawdy, płacimy i wychodzimy. Nie zabieramy sanek, zostają w ozdobnych krzewach przed „El Sombrerem”. Może przydadzą się jakiemuś desperado. Już kolejny raz je porzucamy. Są to bardzo stare sanki pamiętające składnice harcerskie, Mikołaja w zakładach pracy i może nawet olimpiadę w Sapporo. Nazywają się „Beskidy”. Zupełnie się rozeschły. Drewno nie trzyma już gwintu śrub na złączach. Pod godzince zjeżdżania są zwykle całkiem rozklekotane i wtedy porzucamy je gdzieś na mieście. A w jakiś czas potem idziemy przez miasto i nagle: o, nasze sanki! Może jednak je weźmiemy i zreperujemy? Służyły tyle lat, że należy im się jakaś opieka na starość. Tymczasem leżą sobie w rzadkim gąszczu pseudoopuncji i ich dalszy los jest niepewny.
„Która godzina?” – pyta mnie syn co dwie minuty, a co trzy minuty upuszcza na chodnik coraz bardziej stegowanego dinozaura-mieszadełko. „Zdążymy na Chwilę Prawdy?” „Zdążymy, mówiłem ci już”. „Ale na sto procent?” „Tak. Mamy tyle czasu, że gdybyśmy nawet szli całą drogę dwa kroki do przodu, jeden do tyłu, to i tak byśmy zdążyli”. „Świetny pomysł” – mówi dziecko i już po chwili gibamy się jak dwa gibozaury, dwa kroki w przód, jeden krok w tył, dwa kroki w przód, jeden krok w tył. 
Nasze spacery odgrywają ważną rolę społeczną w życiu naszego miasta. Powinniśmy dostawać jakieś dotacje od rady miasta, el presidente albo jakiegoś sejmiku. Otóż kiedy tak idziemy dwa kroki w przód jeden w tył, albo kiedy w południe latamy dokoła ratusza, żeby zdążyć pomachać mającemu znacznie krótszą drogę do przejścia hejnaliście, do każdego z czterech okienek, przez które wystawia swoją trąbę, albo kiedy ciągnąc patykami po prętach balustradki mostu próbujemy zagrać melodię „Piękne jest nasze wojewódzkie miasto”, a wychodzi nam „Idą Szwedzi z ogromnym hałasem”, albo kiedy schodzimy z mostu, żeby łabędzie jadły nam z ręki – społeczeństwo na nasz widok rozpromienia się. Nabiera wigoru! I chęci do pracy! Na twarzy niejednego obywatela pojawia się nieplanowany uśmiech. Mieszkańcy życzliwiej patrzą na otoczenie i może nawet przechodzi im przez myśl, że życie jest piękne. A kiedyś, kiedy z okazji wichury urządziliśmy wielkie puszczanie baniek mydlanych, to jedna cukierniczka totalnie odjechała! Był naprawdę silny wiatr, więc drogą kupna nabyliśmy dwa aparaty do baniek mydlanych. Najsuperowsze jest to, że na wietrze wcale nie musi się w nie dmuchać, wystarczy co jakiś czas zanurzyć końcówkę banieczkującą w otworze mydlinowym, po czym trzymać ją nad głową, a siły natury same dokonują dzieła zabańkowania okolicy na full. Samochody zwalniają w barwnych tumanach ulotnych baniek. Przechodnie pozwalają mydlić sobie oczy. Najohydniejszy slums przybiera wygląd odświętny jak w reklamie. Po prostu świat, który jeszcze przed chwilą był do bani, staje się światem na bańce. Sytuacja ma tylko ten minus, że bańka nie wybiera, i jeśli pani cukierniczka ma uchylone okienko swej cukierenki, bańki wpadają jej tam między biszkopty, wuzetki i eklerki, kładą się bezceremonialnie na tortach i sernikach, po czym pękają pokrywając wszystko warstewką niesmacznych mydlin. I wtedy do tego właśnie doszło, ale pani cukierniczka, którą już zacząłem przepraszać, zaczęła krzyczeć, że nic nie szkodzi, otworzyła sobie nawet drzwi, żeby jej jeszcze więcej baniek wpadło do środka, wręcz nadstawiała buzię, żeby na niej te bańki siadały, a jej oczy mówiły: „Skoro tak, to jeszcze dziś namówię Zygmunta na drugie dziecko”. 
Ponieważ jestem dorosły, nowy sposób chodzenia szybko mnie znudził. „Dobra, synu, idźmy już normalnie, bo nas zabiorą do domu wariatów i nie obejrzysz Chwili Prawdy”. „A w domu wariatów nie ma telewizora?” „Chyba jest. Ale wiesz, nie sądzę, żeby wariatom pozwalali oglądać Chwilę Prawdy, raczej puszczają im na okrągło filmy z wideo. Takie wiesz, oświatowe: »Jak przestać być wariatem«, »Chodzimy normalnie« i inne tego typu”.
No i przestajemy się wygłupiać, a nawet milkniemy z lęku przed zabraniem do domu wariatów. Bo to powie człowiek coś nie tak, ktoś to usłyszy, i już go mają. Oczywiście nie milkniemy na zawsze, bo to byłaby przesada. „Tato, a mówiłem ci, jak w Chwili Prawdy występował taki grubasek, i to akurat on wskoczył ze szczęścia Zygmuntowi Majzerowi na ręce?”


Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole1
podsiadlo@atol.com.pl
 



P.S. Właśnie powziąłem wiadomość, że już jakiś czas temu w „Kresach” Magdalena Ujma skomentowała niniejszy cykl felietonów pisząc m.in.: „W cyklu A mój syn powiedział, który zastanawia mnie całkowitym nieistnieniem matki wspomnianego syna (...) Jacek Podsiadło wypowiada się na różne tematy. Z reguły jest to ciekawe i z wieloma spostrzeżeniami się zgadzam, choć nie podzielam upodobania autora do folkloru”. 
Pani Magdaleno, po przeczytaniu czegoś takiego, moje upodobanie do folkloru gwałtownie narasta. Całe szczęście, że ze swą końską delikatnością została Pani pismaczką, a nie kelnerką lub chirurżką. Czy nie przeszło Pani przez myśl, że „matka wspomnianego syna” mogła np. porzucić rodzinę do innego mężczyzny, albo zginąć w wypadku samochodowym, albo ze względu na skromność nie życzyć sobie być opisywaną, że już nie będę podawał innych prawdopodobnych przyczyn? Nic a nic nie ma Pani wyczucia taktu? Jeśli już taka Pani ciekawska, to proszę napisać konkretnie, co Pani chce wiedzieć, a ja Pani wyjaśnię. Lubię zadowalać takie osoby, jak Pani.










 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl