FILM


„Solaris” Stevena Soderbergha wchodzi na polskie ekrany


Mikrokosmos

Anita Piotrowska



„Solaris” Lema opowiadała o Kontakcie przez duże K; film Soderbergha schodzi do poziomu czysto ludzkiego – mówi o naszej ślepocie i zadufaniu w spotkaniu z tym drugim, o bezradności wobec tajemnicy Innego.


Pochłaniając najsłynniejszą powieść Stanisława Lema, mamy przed sobą gotowy film. Zagadkowej miłosnej intrydze i mrocznym wątkom sensacyjnym towarzyszą ogromne, zapierające dech w piersiach partie opisowe. Barokowe wizje żyjącego Oceanu, jego bajecznych form i nieustających transformacji rozsadzają wyobraźnię, projektują obrazy o niezwykłej intensywności. Pochłaniając powieść „Solaris” mamy nieodparte wrażenie, że to ona pochłania nas, wsysając nieomal w swą wielowymiarową, gęstniejącą z każdą chwilą czasoprzestrzeń. 
Jednocześnie zanurzając się w powieściowy kosmos, schodzimy w głąb siebie samych. Pytamy o to, kim jesteśmy i kim są dla nas inni ludzie. Jak odbieramy otaczający świat i jakie są granice naszego poznania. Bogactwo lemowskiego dyskursu nie pozwala wygodnie zakotwiczyć się w jednej bezpiecznej przystani. Sens „Solaris” kryje się właśnie w pytaniach. Wobec takiej migotliwości znaczeń film sytuuje się na pozycji z góry przegranej. A jednak po raz drugi podjęto próbę zmierzenia się z tym przebogatym, trudnym do uchwycenia światem. 
Już same spekulacje wokół natury Oceanu: czy jest on tworem czysto przyrodniczym, czy też wcieloną świadomością, podsuwają niejako dwie drogi, którymi mógłby pójść potencjalny twórca filmowy adaptujący na użytek filmu tę złożoną powieść. Gatunek science fiction czy traktat filozoficzny? Dosłowne zmaterializowanie lemowskich wizji czy znalezienie własnego ekwiwalentu zawartych w nich metafizycznych treści? Możliwości jest z pewnością więcej i jeszcze więcej kombinacji, ale w przypadku wysokobudżetowej amerykańskiej produkcji wybór drogi wydawał się oczywisty. Zwłaszcza że całe przedsięwzięcie sygnował swym nazwiskiem (tym razem w roli producenta) sam James Cameron – twórca „Terminatora”, „Obcego” i „Titanica”. 
Mogliśmy więc liczyć na zrealizowane z mistrzowską sprawnością monumentalne widowisko, nafaszerowane efektami specjalnymi, przebijające rozmachem dotychczasowe osiągnięcia filmowej fantastyki. I tu niespodzianka: powstał film bardzo odmienny od tego, czym raczą nas amerykańscy specjaliści od gatunku s-f. Film hollywoodzki i niehollywoodzki zarazem. Bardzo selektywnie traktujący zawarty w książce materiał, a jednocześnie w swoim ograniczonym wymiarze nader przekonujący.
Reżyser Steven Soderbergh zręcznie wykroił z powieści Lema jej fabularny kościec, główny nacisk kładąc na miłosną historię Chrisa i Harey (w filmie, nie wiedzieć czemu, nazwanej Rheyą). Zrezygnował tym samym z „naukowego” zaplecza książki, zbudowanego, jak pamiętamy, na zwalczających się wzajem solarystycznych teoriach. W sposób bardzo powściągliwy potraktował też scenerię „Solaris”: obrazy stacji kosmicznej i falującej powierzchni Oceanu bledną wobec wspomnianych opisów książkowych. Reżyser wiedział jednak, co robi: w swoim filmie skupił się głównie na budowaniu nastroju. Problematyka transcendencji i istoty niepojętego sprowadzona została do wątku miłosnego. 
Czy uczucie jest w stanie przezwyciężyć nieuchronność przeznaczenia? Czy bohaterom uda się skorzystać z ponownej szansy? Czy możliwe jest odkupienie starych win? Czy ukochana jest „tą” Rheyą, czy też tylko jej fantomem – bliźniaczo podobnym tworem pamięci i wyobrażeń, zmaterializowanych za sprawą „rozumnego” Oceanu? Przez tę romantyczną tkankę wyraźnie przebija grecki mit Orfeusza i Eurydyki, zawarty choćby w cytowanych po wielokroć fragmentach wiersza Dylana Thomasa. 
Rzeczywistość kosmosu nieustannie przeplata się ze wspomnieniami z Ziemi. By dookreślić tajemniczy wątek samobójczej śmierci Rheyi, Soderbergh dopisał do scenariusza całą sekwencję zdarzeń minionych, które w powieści, pisanej nota bene w pierwszej osobie, są ledwie zasygnalizowane. Poprzez zmysłowe obrazy z pogranicza snu i jawy poznajemy ponurą tajemnicę związku Chrisa i Rheyi. „Jak możecie porozumieć się z oceanem, jeżeli nie potraficie już tego uczynić między sobą?” – to zdanie wyjęte z kart powieści mogłoby stać się mottem filmu: dramatu współczesnego człowieka, który tak skutecznie potrafi ulepszać świat wokół siebie, ale w swych moralnych wyborach najwyraźniej nie nadąża za cywilizacyjnym postępem. 
Jakim zatem filmem jest „Solaris”? Soderbergh to przecież reżyser niezawodny, który poprzeczkę zawsze ustawiał sobie wysoko. Czy miał to być skromny film psychologiczny o „seksie, kłamstwach i kasetach wideo”, biograficzna opowieść o Franzu Kafce czy zaangażowany społeczny dramat o walce z kartelami narkotykowymi („Traffic”) – zawsze film Soderbergha okazywał się czymś więcej, niż spodziewalibyśmy się po wybranym przez niego temacie czy gatunkowej konwencji. Zawsze drążył głębiej, zaskakiwał formalną biegłością i niekonwencjonalnym spojrzeniem. 
Tym razem Soderbergh dostał do ręki wybitny, wielowarstwowy materiał literacki. Na tym polega szczęście i nieszczęście tego filmu: z jednej strony, gdyby nie powieść Lema, nigdy by nie powstał; z drugiej – skazany jest na porównania, które deprecjonują go jako film sam w sobie. A przecież dzieło to mimo wszystko autorskie, choć przecież nie tak osobiste i swobodne w interpretacji jak film Andrieja Tarkowskiego z 1972 roku. Autorskie na tyle, na ile to w ogóle możliwe w przypadku wielkiej hollywoodzkiej produkcji. Autorskie przede wszystkim w swojej konsekwencji, w wyrazistości języka, w umiejętności stworzenia własnego, hermetycznego świata, który wciąga i fascynuje. 
Przy tym wszystkim film pozostawia jednak niedosyt – nawet jeśli zapomnimy na chwilę, jakiego formatu literatura za nim stoi. Powstał bez wyraźnie określonej „grupy docelowej”. Dla amatorów wielkich widowisk science fiction zapewne będzie zbyt trudny, za bardzo kameralny, wymagający szczególnego skupienia. Dla tych, którzy mają w pamięci „2001 – Odyseję kosmiczną” czy „Ostatnie tango w Paryżu” (wedle żartobliwych wypowiedzi reżysera „Solaris” miała być próbą skojarzenia tych dwóch arcydzieł kina), film Soderbergha będzie wydawał się nazbyt elegancki, wręcz uwodzicielski, a tym samym nie stawiający zbyt wygórowanych wymagań intelektualnych. 
Z prawdziwymi arcydziełami takich problemów nie ma: są czytelne dla wszystkich, bo znakomicie funkcjonują na różnych poziomach. I jak tajemnicza, pulsująca planeta – nieustannie prowokują do nowych odczytań, do najbardziej śmiałych egzegez. Film Soderbergha, owoc znakomitego rzemiosła i wyczucia filmowej materii, pozostaje dziełem „nieruchomym”, zastygłym w swoim chłodnym pięknie. W porównaniu z filmem Tarkowskiego jest znacznie bliższy literze powieści. Jednak w tamtym, głęboko ułomnym dziele zrodzonym z etycznej refleksji nad przyszłymi losami świata, znać było prawdziwy ból, autentyczne niepokoje duszy nie tylko rosyjskiej. Soderbergh prześliznął się przez książkę Lema miękko i prawie bezboleśnie. Zabrał nas w ekscytującą podróż, po czym bezpiecznie odwiózł na miejsce. 

„SOLARIS” – reż., scen. (na podst. powieści St. Lema) i zdj.: Steven Soderbergh; muz.: Cliff Martinez; scenografia: Philip Messina; wyst.: George Clooney, Natascha McElhone, Jeremy Davies, Ulrich Tukur, Viola Davis i inni. Prod.: USA 2002. Dystrybucja: Syrena.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl