50 lat temu władze PRL wprowadziły dekret, mający całkowicie uzależnić Kościół od państwa


Próba sił

Bp Tadeusz Pieronek 



Słynny sprzeciw Episkopatu Polski, wyrażony słowami „Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nam nie wolno. Non possumus”, wyrażono w Memoriale Episkopatu do Rady Ministrów, ogłoszonym 8 maja 1953 r., podczas krakowskich obchodów 700. rocznicy kanonizacji św. Stanisława. Biskupi stanowczo sprzeciwili się dekretowi Rady Państwa z 9 lutego o obsadzaniu duchownych stanowisk kościelnych.


Dekret uzależniał obsadę stanowisk kościelnych od zgody wyrażonej przez prezydium rządu w stosunku do biskupów, a przez prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w stosunku do pozostałych stanowisk (m.in. proboszczów, wikariuszy parafialnych, kapelanów). Przewidywał też usunięcie ze stanowiska duchownych za „uprawianie (...) działalności sprzecznej z prawem i porządkiem publicznym bądź popieranie lub osłanianie takiej działalności”. Dokument, napisany językiem dalekim od ścisłych terminów prawnych, był sprzeczny z podstawowymi zasadami przyjętymi w postępowaniu administracyjnym. Odnoszę wrażenie, że ten brak precyzji i prawotwórstwo sprzeczne z logiką, stały się w jakiejś mierze orężem strony kościelnej w obronie przed skutkami dekretu.

Ideologia i prawo

Mimo wyraźnych sygnałów, że rząd zmierza do kontroli kościelnej polityki personalnej, Episkopat był dekretem zaskoczony. Reakcja władz kościelnych była jednak szybka. Po konsultacjach wewnątrz Episkopatu, 16 lutego 1953 r. bp Zygmunt Choromański, sekretarz Episkopatu, złożył na ręce dyrektora Urzędu ds. Wyznań, min. Antoniego Bidy, „uroczysty i kategoryczny protest”, stwierdzający, że „dekret jest pogwałceniem jurysdykcji kościelnej, ograniczeniem władzy Ojca Św. i ordynariuszów, a więc jest sprzeczny nie tylko z Porozumieniem (zawartym w 1950 r. między rządem i Episkopatem – red.), ale i z dekretem o wolności sumienia, jak również i z konstytucją”. 17 lutego – w rozmowie z Franciszkiem Mazurem, który z ramienia rządu zajmował się sprawami Kościoła – protestował Prymas. 20 lutego obradowała Komisja Główna Episkopatu, uchwalając „Wyjaśnienia” do dekretu, które zostały przesłane wszystkim biskupom.
„Uchwała Komisji Głównej w sprawie dekretu nie daje mi spokoju” – pisał dzień później do biskupa Choromańskiego abp Walenty Dymek z Poznania. Uważał on, że Episkopat ma dwa wyjścia: „1. Oświadczyć, że nie zastosuje się do niego; 2. Przyjąć go jako malum necessarium, by ratować resztki ustroju kościelnego, acz skrępowanego do ostateczności. Episkopat wybrał drogę alternatywną i dąży do ograniczenia wzgl. do własnej interpretacji dekretu”.
Arcybiskup Dymek trafnie wyraża taktykę Episkopatu. By ją zrozumieć, trzeba sobie uświadomić, że był to szczególny okres w historii stosunków państwo–Kościół. Zrywając w 1945 r. konkordat, władza ludowa uznawała za obowiązujące jedynie prawo świeckie i czuła się uprawniona do samodzielnego tworzenia aktów prawnych dotyczących Kościoła. Jednakże 14 kwietnia 1950 r. zawarto „Porozumienie między przedstawicielami rządu RP i Episkopatu polskiego”. Niezależnie od jego wartości prawnej (bo przecież według reguł ogólnie przyjętych „Porozumienie” było raczej deklaracją życzeń), stanowiło ono punkt odniesienia przynajmniej w wymiarze moralnym: strona kościelna mogła się na nie powoływać w myśl powszechnie uznawanej zasady pacta sunt servanda. Linię obrony Episkopatu stanowiła zasada praworządności, interpretowana nie według ideologów, ale przez prawników. Episkopat nie musiał przyjmować do wiadomości, że ideologia jest silniejsza niż przepis prawa.

Organista jako duchowny

Od momentu wydania dekretu władze podejmowały działania wykraczające poza jego normy. Zgłaszano własnych kandydatów na stanowiska kościelne i formułowano zastrzeżenia do kandydatów z niekompetentnych terytorialnie Wojewódzkich Rad Narodowych. Działanie dekretu rozszerzano na siostry zakonne, a nawet na kościelnych pracowników świeckich. Ingerowano w programy pracy duszpasterskiej, rekolekcje, domagano się listy spowiedników. Pytano nawet o to, czy zakonnice brały udział w wyborach politycznych, a jeśli nie, to dlaczego.
Dodatkową trudność dla Episkopatu stanowiła, oprócz wrogiej postawy aparatu państwowego, wspieranego przez działania UB, zmasowana propaganda antykościelna w mediach oraz montowane przez władze wsparcie tzw. „księży pozytywnych”, zwanych też „patriotami”, których organizowano i wykorzystywano dla poparcia rozstrzygnięć zawartych w dekrecie.
Punktem wyjścia dla linii obrony Episkopatu było pojęcie „duchowne stanowisko kościelne”. Wykładnia biskupów zmierzała do ograniczenia jego zakresu tak, by w zasięgu dekretu znalazła się mniejsza liczba duchownych. Episkopat przyjął, że przez to pojęcie należy rozumieć urząd kościelny, zgodnie z kan. 145 Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1917 r., a więc jako „zajęcie z rozporządzenia Bożego lub kościelnego na stałe ustanowione, dające przynajmniej w pewnej mierze udział we władzy kościelnej, czy to święceń czy też jurysdykcji, a nadawane według przepisów kanonicznych”. Episkopat starał się wykazać, że dekretem nie są objęte te urzędy (stanowiska) kościelne, które nie są ustanowione na stałe, a więc wszelkiego rodzaju wikariaty parafialne, kapelanowie sióstr zakonnych, instytucji i stowarzyszeń, dyrektorowie zgromadzeń zakonnych, przełożeni zakonów i zgromadzeń zakonnych. W stosunku do zakonów i zgromadzeń zakonnych Episkopat odwoływał się do dekretu z 5 lipca 1949 r., wprowadzającego zmiany w prawie o stowarzyszeniach, ponieważ – w myśl przepisów państwowych – zakony i zgromadzenia zakonne były traktowane jako stowarzyszenia, w których obsada stanowisk dokonuje się według wewnętrznych statutów, bez interwencji władz. Argument ten niewiele miał wspólnego z katolicką eklezjologią, ale odwoływał się do zasady przestrzegania ustawodawstwa państwowego, czyli do zasady praworządności. Do „duchownych stanowisk kościelnych” Episkopat nie zaliczał też świeckich służb kościelnych, takich jak zakrystianin czy organista.

Biskupi bez złudzeń

Jak można się było spodziewać, strona rządowa przyjęła zupełnie odmienną interpretację dekretu. Biskupi z całego kraju byli „zapraszani” przez przewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej na spotkanie (prawie w tym samym terminie w całej Polsce), podczas którego władza państwowa – bez podania przyczyn – przedstawiała listę księży, których należy zwolnić z zajmowanych stanowisk. Księża, których to dotyczyło, mieli opuścić miejsca pracy natychmiast albo najwyżej w ciągu pięciu dni, wyjechać z miasta i diecezji i nie zajmować żadnych stanowisk kościelnych. Wszystkie te żądania wykraczały poza tekst dekretu. Biskupi w liście do Bolesława Bieruta (13 marca 1953 r.) wskazywali nie tylko, że naruszają one ustanowione prawo, ale domagali się opublikowania norm wykonawczych do dekretu, które powinny być uzgodnione przez Komisję Mieszaną rządu i Episkopatu.
Niezależnie od interwencji u Bieruta, Prymas Polski odwołał się 14 marca od dekretu do Rady Państwa, która odpowiedziała, niezgodnie z tekstem konstytucji, że takie odwołanie nie przysługuje. W tej sytuacji Komisja Główna Episkopatu wysłała biskupom 15 kwietnia „Dalsze wytyczne w sprawie stosowania dekretu”. Zalecano odwoływanie się od decyzji przewodniczących Wojewódzkich Rad Narodowych do Prezesa Rady Ministrów albo do Rady Państwa. Zanim nadejdzie odpowiedź, zakwestionowany proboszcz powinien pozostać w parafii, nie opuszczając mieszkania, ponieważ dekret tego nie wymaga. Przypomniano, że dekret nie dotyczy ani wikariuszy parafialnych, ani zakonników.
W maju, realizując od dawna zaplanowane spotkanie z okazji 700-lecia kanonizacji św. Stanisława, zebrała się w Krakowie Konferencja Plenarna Episkopatu Polski. Było rzeczą oczywistą, że przedmiotem jej obrad będzie sytuacja Kościoła w Polsce i ustosunkowanie się do dekretu z 9 lutego 1953 r. Biskupi nie mieli złudzeń: chociaż skutki antykościelnej kampanii wywołanej dekretem nie były jeszcze znane w szczegółach, nie ulegało wątpliwości, że jest to zamach na tożsamość Kościoła i należy dokonać nadzwyczajnego wysiłku, który uchroni Kościół przed zniszczeniem. Nie można było pozwolić sobie na milczenie – dlatego Episkopat zdecydował się na wysłanie do władz Memoriału, w którym znalazła się kluczowa fraza „Non possumus”. Było to publiczne wyznanie wiary, z którego wynikało, że biskupi są gotowi ponieść wszelkie, także osobiste ofiary, by bronić tego, co stanowi istotę Kościoła.

Odwołanie do odwołującego

Stosując się do zaleceń Episkopatu biskupi niektórych diecezji odwołali się do Prezesa Rady Ministrów, co spowodowało, że 12 maja 1953 r. wicedyrektor Urzędu ds. Wyznań przesłał do sekretariatu Episkopatu wyjaśnienie. Zawierało ono oskarżenie, że „Kurie biskupie nie skorzystały z możliwości dokonania zmian (na stanowiskach kościelnych – TP), celem uzdrowienia stosunków (...) Postulaty te (dotyczące odwołania księży ze stanowisk – TP) oparte były na ocenie całokształtu działalności publicznej księży, na przestrzeni dłuższego okresu czasu. Działalność tych osób miała być sprzeczna z dekretem i literą Porozumienia. Zdaniem władz, księża ci zajmowali nieprzyjazne stanowisko wobec Państwa Ludowego i jego władz”.
Reakcja sekretarza Episkopatu była natychmiastowa. Już 15 maja odrzucił wyjaśnienie wicedyrektora Urzędu ds. Wyznań, co wobec ewidentnego nieliczenia się przez niego z prawem, nie było trudne. Ogólnikowość zarzutów, brak faktów, osądzanie „ryczałtem na podstawie zarzutów, zresztą nie wiadomo czy słusznych”, uznano za „wysoce niesprawiedliwe i krzywdzące”.
Było rzeczą charakterystyczną, że władze zawsze stawiały duchownym zarzuty ogólne i nieudokumentowane, zaś art. 6 dekretu wymagał, by mieściły się one w tym, co określano jako „uprawianie przez osobę piastującą duchowne stanowisko kościelne działalności sprzecznej z prawem i porządkiem publicznym bądź popieranie lub osłanianie takiej działalności”.
Podczas wymiany korespondencji między sekretarzem Episkopatu a Urzędem ds. Wyznań, 5 maja 1953 r. ukazało się „Zarządzenie Nr 61 Prezesa Rady Ministrów w sprawie wykonania dekretu o obsadzaniu duchownych stanowisk kościelnych”, opublikowane w „Monitorze Polskim” dopiero 13 maja. Można się było spodziewać, że będzie to postulowany przez Episkopat dokument wykonawczy do dekretu. Okazało się jednak, że był on „rozszerzeniem przepisów dekretu”, wprowadzającym dalsze ograniczenia wolności Kościoła. To rozszerzenie polegało przede wszystkim na państwowej wykładni pojęcia „duchowne stanowisko kościelne”. Rząd twierdził, że chodzi o „wszystkie stanowiska kościelne – stałe i tymczasowe, jak również pomocnicze lub zastępcze, piastowane przez duchownych”, ale nie koniec na tym: dodawał, że „postanowienia dekretu (...) dotyczą również czasowego powierzenia wszystkich lub niektórych funkcji związanych z duchownym stanowiskiem kościelnym, z wyjątkiem krótkotrwałego powierzenia zastępstwa”. Zarządzenie przewidywało usunięcie duchownego ze stanowiska na żądanie prezydium WRN lub Urzędu ds. Wyznań, nie mówiąc nic o potrzebie postawienia zarzutów, ani nie wymagając tego żądania na piśmie. Odwołać można się było jedynie do Urzędu ds. Wyznań – tzn. do tej samej instytucji, która usuwała duchownego. Usuwany ze stanowiska duchowny nie znał zresztą zarzutów, jakie mu stawiano. Jak zatem miał się bronić i odwoływać do oskarżyciela?

Cywilizowany opór

Nie wydaje się, by śmierć Stalina, która nastąpiła 5 marca (podobnie jak „Memoriał” biskupów z 8 maja), wywarły wpływ na złagodzenie polityki represji wobec Kościoła. Władze nie czuły się związane nawet wydawanymi przez siebie przepisami, a co dopiero prawem kościelnym. Największe spustoszenie siali szeregowi, tzw. referenci wyznaniowi w powiatach, a przełożeni z reguły ich osłaniali. Trzeba było ośmiu miesięcy, by szef Urzędu Rady Ministrów wydał Instrukcję Nr 27a (z 9 października 1953 r.), która wprowadzała w miarę sensowną procedurę przy usuwaniu duchownych z ich stanowisk, z czego bynajmniej nie wynika, że przestawała to być nieuprawniona ingerencja państwa w wewnętrzne sprawy Kościoła. Instrukcja nakazywała przede wszystkim należyte ustalenie i sprawdzenie okoliczności uzasadniających usunięcie duchownego ze stanowiska. Poza tym, przed podjęciem decyzji organ państwowy powinien ostrzec władzę zwierzchnią duchownego, podać na piśmie zarzuty i dopiero w przypadku powtórzenia zachowań sprzecznych z prawem żądać usunięcia duchownego.
Myliłby się jednak, kto by sądził, że problem wreszcie rozwiązano. Samowola i pomysłowość władz w przekraczaniu granic prawa była tak wielka, że zmuszała Episkopat do dalszych interwencji. Mimo że dekret nie dotyczył żeńskich zgromadzeń zakonnych, to właśnie one były teraz narażone na szykany: usuwanie z domów zakonnych, poddawanie inwigilacji, domaganie się przez Urząd ds. Wyznań listy sióstr w zgromadzeniu, dokonywanie zmian na stanowiskach przełożonych. Duchownym zakonnym zabraniano głosić kazań i prowadzić rekolekcji. Wiernym zabraniano udziału w pielgrzymkach oraz urządzania procesji.
Ta dramatyczna sytuacja trwała prawie cztery lata i była jedną z największych prób sił między komunistycznym państwem i Kościołem. Można zadać pytanie, czy zastosowany przez Kościół sposób obrony był słuszny? Z perspektywy lat widać, że choć odwoływanie się do „Porozumienia”, przepisów prawa kościelnego i aktów prawnych wydawanych przez władze państwowe nie powstrzymało niszczycielskiej siły ideologii, z całą pewnością stanowiło cywilizowany opór, godny prześladowanego Kościoła.

Bp Tadeusz Pieronek jest rektorem Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i przewodniczącym kościelnej Komisji Konkordatowej. W latach 1993-98 był sekretarzem Konferencji Episkopatu Polski.

Tekst jest skróconą wersją referatu wygłoszonego podczas sesji naukowej „Do prześladowania nie daliśmy powodu. Proces Kurii krakowskiej – styczeń 1953” (zob. relację Jana Strzałki).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl