Poziom polskiej dyskusji o wojnie z Irakiem obnaża słabość naszej myśli strategicznej


Polska – banalny sojusznik

OLAF OSICA



Polska klasa polityczna w sprawie interwencji z Irakiem albo nie potrafi sformułować własnego poglądu, albo też czyni to w sposób nieprzekonujący. Przyczyna tkwi w schematyzmie myślenia połączonym z niedostrzeganiem kontekstu podejmowanych decyzji. Dotyczy to zarówno tych, którzy głośno protestują przeciwko wojnie, jak tych, którzy ją popierają.


Stosunek do wojny w Iraku stał się źródłem widowiskowego podziału Europy na tych, którzy piszą listy, i tych, którzy przeżywając po raz kolejny tę samą miłość, nie widzą świata poza sobą. Nie jest to jednak starcie „nowej Europy” (młodej i odważnej) ze „starą” (głupią i sklerotyczną), jak chciałby sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld. Nie jest to też konflikt zwolenników i przeciwników wojny, jak próbują to wmówić tysiące pacyfistów, maszerujących przez ulice europejskich miast zawsze pod ambasadę USA, nigdy Iraku (tak jak zawsze pod ambasadę Izraela, nigdy pod siedziby organizacji propalestyńskich). Osią sporu nie jest też stosunek do reżimu irackiego satrapy, którego zbrodniczych zamiarów nikt nie kwestionuje i za którym nikt w Europie i w USA płakać nie będzie. Źródłem podziałów są natomiast odmienne odpowiedzi na pytanie, jak rozwiązać iracki supeł, który jest częścią beznadziejnej plątaniny historii, religii oraz polityki i interesów naftowych w regionie.
Rząd brytyjski, choć przychodzi mu to coraz trudniej, jest zdecydowanie za uderzeniem bez względu na wyniki prac ONZ-owskich inspektorów czy ostateczną decyzję Rady Bezpieczeństwa. Niemcy z kolei kategorycznie wykluczyli poparcie dla USA w ewentualnej operacji zbrojnej, uznając, że środki, jakimi USA chcą zlikwidować irackiego wirusa, są niewspółmierne do zagrożenia. Przeciwna jest również Francja, ale brak stanowczości w połączeniu z wiedzą historyczną sugeruje, że gdy tylko przyjdzie do wojny, Paryż pierwszy będzie próbował mieć w niej jakiś udział, aby nie wypaść z bliskowschodniej polityki. Rosja jako emerytowane mocarstwo tradycyjnie skupi się na nieprzeszkadzaniu innym, co zostanie jej zapewne jakoś wynagrodzone. Być może będzie to nawet czas „ostatecznego rozwiązania” kwestii czeczeńskiej. 
Mimo politycznych różnic wszystkie te państwa łączy jedno: zamiast podchodzić do kwestii irackiej jak sędzia, który rozstrzyga o winie i wyznacza karę, w swej ocenie kierują się tym, czym w takich sytuacjach państwa kierować się mogą – poczuciem zagrożenia, poglądem na sposób, w który zwykły one rozstrzygać bądź myśleć o rozstrzyganiu podobnych konfliktów, oraz, co nieuniknione, własnym interesem politycznym.

Niewłaściwe pytania

Gdzieś pomiędzy tymi obecnymi, byłymi czy też potencjalnymi mocarstwami znajduje się Polska. Kraj bez globalnych ambicji, borykający się z problemami nie tylko gospodarczymi, na dodatek bez nowoczesnej armii. Kraj, w którym dyskusja nad ewentualnością udzielenia USA politycznego i wojskowego wsparcia nie tylko rozpoczęła się na dobre po tym, gdy decyzja w tej sprawie najwyraźniej już zapadła, ale, co gorsza, zdominowało ją pytanie „co” i „jak” zrobić, a nie „dlaczego”.
Efekt tego sporu byłby porażający, gdyby nie fakt, że to, co politycy polscy nagle sobie uświadomili, dla wszystkich naszych sojuszników i europejskiej prasy od dawna było wiadome. Polska została zaliczona do grupy państw bezwarunkowo popierających działania USA. Nie dlatego jednak, że zajęła jednoznaczne stanowisko – co w tego rodzaju sprawach jest zawsze ryzykowne – ale dlatego, że uznano, iż Warszawa – mniej lub bardziej świadomie – przyjmie argumentację amerykańską, licząc na polityczne i gospodarcze (kwestia ostatecznej sumy offsetu za kupno F-16) profity. Jest w tym dużo uszczypliwości, ale nie jest tak, że znowu wsadza się nas do „konia trojańskiego”. Już we wrześniowym wywiadzie dla berlińskiego dziennika „Der Tagesspiegel” prezydent Aleksander Kwaśniewski zadeklarował swe „nieograniczone” (un-eingeschränkt) zaufanie do prezydenta Busha. Był to czas pierwszych spięć politycznych wokół Iraku, wywołanych twardym „nie” kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera. Potem nadszedł moment ogłoszenia wyników przetargu na samolot wielozadaniowy, a zaraz później wizyta w Waszyngtonie, w czasie której Bush nazwał polskiego prezydenta „najlepszym przyjacielem”. Kolejnym sygnałem było stwierdzenie ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza podczas posiedzenia komisji spraw zagranicznych Sejmu, że Polska nie wyklucza poparcia USA nawet bez rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Następnego dnia – podczas debaty sejmowej – szef dyplomacji zdystansował się od swych słów. Komentując to wystąpienie, prezydent Kwaśniewski rozwiał wątpliwości oznajmiając, że „będziemy podejmować decyzje wtedy, kiedy będzie więcej informacji, ale niewątpliwie strategiczne partnerstwo ze Stanami Zjednoczonymi nakłada na nas pewne obowiązki: nasi żołnierze są już w regionie, nie ma ich wielu, ale oczywiście czekamy na rozwój wydarzeń”. List ośmiu przywódców państw europejskich, w tym Leszka Millera, z poparciem dla Busha był zatem jedynie konsekwencją obranej wcześniej strategii.
Być może romans Warszawy z Waszyngtonem miał w zamyśle osłodzić wielu gorycz Kopenhagi. Na razie jednak stał się przedmiotem narastającej irytacji. Ostrzeżenia przed przekroczeniem cienkiej linii między bliską współpracą z USA a uległością znalazły się na łamach poważnych gazet i ustach osób, które trudno posądzić o antyamerykańskie kompleksy. O małej skuteczności tego zabiegu świadczy też fakt, że 63 proc. Polaków wypowiada się przeciwko udziałowi polskich sił zbrojnych w wojnie z Irakiem. Jest to też sygnał, że hołubiona przez kolejne rządy idea zgody wszystkich poważnych ugrupowań w sprawie polityki zagranicznej zaczyna niebezpiecznie abstrahować od faktycznych nastrojów społecznych. A także koronny dowód, że polska klasa polityczna albo nie potrafi sformułować własnego poglądu, albo też czyni to w sposób nieprzekonujący, i to zarówno dla własnej, jak i zagranicznej opinii publicznej. Źródłem owej nieumiejętności wydaje się być schematyzm myślenia połączony z niedostrzeganiem kontekstu podejmowanych decyzji. Dotyczy to zarówno tych, którzy głośno protestują przeciwko poparciu Polski dla wojny w Iraku, jak tych, którzy skłonni są go udzielić.
Ci pierwsi protestują, bo to sprzeciw stanowi rację ich politycznego bytu (zwłaszcza, gdy sondaże opinii publicznej idą po ich myśli), albo dlatego, że ich rozumienie polityki światowej sprowadza się wyłącznie do lęków. Zamiast poważnych głosów „przeciwko”, mamy więc hasający do woli populizm, w którym wykorzystywanie autorytetu Jana Pawła II miesza się z nawoływaniami do przestrzegania prawa międzynarodowego (co ciekawe: czynią to ci, którzy nie szanują prawa polskiego), a także przestrogami przed niemiecką inwazją i nadchodzącą klęską narodu.
Po drugiej stronie słychać zaś argumenty wyważone i poważne, tyle że w większości jałowe i unikające istoty problemu. Przykładem jest koncentrowanie się na kwestii mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ. Oczywiście: nigdy dość przypominania, że lepiej, by wszystkie decyzje dotyczące użycia siły zapadały w zgodzie z Kartą Narodów Zjednoczonych. Ale warto pamiętać, że jest to problem wtórny wobec zasadniczego pytania o sposób, w jaki świat powinien zareagować na problem Iraku. Aprobata pięciu mocarstw dla siłowego rozwiązania konfliktu rozstrzygać będzie przecież jedynie o legalności bądź nielegalności działania oraz o tym, że cała piątka gotowa będzie ponieść jego polityczne konsekwencje. Ani jedno, ani drugie nie musi jednak oznaczać, że działanie ma sens lub nie ma sensu.

Inflacja sojuszu

Ryzykowny i chyba nie do końca przemyślany jest także argument, że ewentualna obecność Polski w Iraku wynika ze zobowiązań sojuszniczych. Jego logika opiera się na założeniu, że wojna z Irakiem stanowi kolejny – po Afganistanie – etap „wojny z terroryzmem”. Jest zatem odpowiedzią na wydarzenia 11 września, po których państwa NATO, w tym Polska, w ramach art. 5 traktatu waszyngtońskiego udzieliły USA wsparcia. W rzeczywistości choć konflikt iracki jest prezentowany przez Waszyngton jako element antyterrorystycznej krucjaty, jest on osobnym – co w niczym nie umniejsza jego znaczenia – problemem, przy ocenie którego należy kierować się innymi przesłankami. Po drugie, udział NATO w marszu na Bagdad stoi pod znakiem zapytania. Nie chcą tego ponoć Francja i Niemcy, a z punktu widzenia USA wkład sojuszniczy Polski ma znaczenie marginalne i jeśli będzie potrzebny, to raczej do „sprzątania” po wojnie. Wsparcie USA nie jest zatem w tym przypadku równoznaczne ze wsparciem sojuszniczym, którego udzieliliśmy po tragedii w Nowym Jorku razem z całym NATO. W tym sensie nie mamy tu żadnych zobowiązań. Nie oznacza to oczywiście, że nie możemy czy też nie powinniśmy udziału po stronie USA w Iraku traktować jako wywiązywania się z obowiązku względem sojusznika, który czuje się zagrożony. Nie można jednak mówić, że zadanie to wynika z naszego członkostwa w NATO, bo relacji takiej jak na razie nie ma. Nie mówiąc o tym, że nieustanne posługiwanie się hasłem „solidarności sojuszniczej”, z rozumieniem którego akurat w Polsce nigdy nie było problemu, grozi banalizacją jego znaczenia, podobnie jak stało się to z dostosowaniami do UE.
Warto także rozważyć, czy aby konsekwencją postrzegania sporu z Irakiem – a w przyszłości innych podobnych konfliktów – w kategoriach sojuszniczych nie okaże się faktyczna rezygnacja z sojuszu atlantyckiego na rzecz sojuszu z USA. Choć perspektywa ta wydaje się mieć wielu zwolenników i jest warta przemyślenia, biorąc pod uwagę przemianę charakteru NATO, ma ona poważne konsekwencje polityczne. Może nie tylko oznaczać, że dołożymy trzy grosze do politycznego osłabienia Sojuszu, ale i spalimy za sobą kilka „europejskich mostów”. A przecież to w Europie, a nie poza nią, rozstrzygać się będzie nasza przyszłość. Uderzające jest również, że wszyscy politycy, którzy podnoszą kwestię militarnego wsparcia USA w Iraku, nie dostrzegają, iż ma to także (a przynajmniej powinno mieć) poważne konsekwencje dla przyszłej roli i kształtu polskich sił zbrojnych. W dyskusji sejmowej nad kierunkami polityki zagranicznej nie było więc w ogóle mowy o pełnej profesjonalizacji armii i zmianie jej charakteru pod kątem misji ekspedycyjnych. Jak na ironię podkreślano za to wagę tradycyjnej funkcji NATO, którą jest obrona zbiorowa, a zatem koncentrowanie się na własnym terytorium i utrzymywanie armii z poboru.

W co gramy?

Problem iracki nie stał się też niestety okazją do przemyślenia coraz wyraźniejszego dylematu Polski, która ze względu na swój niewielki potencjał i regionalne ambicje, chce i musi koncentrować się na najbliższym sąsiedztwie. Zarazem jednak od czterech lat jest w NATO, a niedługo stanie się częścią UE – organizacji, które mają ambicje do działań wykraczających daleko poza Europę. Jak zatem, przy całym niedorozwoju instytucjonalnym, kadrowym i finansowym, być aktywnym globalnie, np. na Bliskim Wschodzie, a jednocześnie być graczem regionalnym realizującym tzw. wymiar wschodni UE?
Namysłu wymaga także leżący u podstaw strategii USA wobec Iraku problem prewencyjnego używania siły zbrojnej w celu niedopuszczenia niektórych – których? – państw do posiadania potencjałów, mogących stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa innych. Choć dość łatwo przychodzi nam rozstrzygnięcie, które państwa mogą znaleźć się na potencjalnej liście, poza Europą i USA opinie mogą być, i z reguły są, odmienne. Nie jest zatem w niczyim interesie, a już na pewno nie w polskim, aby sięganie po środki wojskowe stało się metodą rozwiązywania problemów politycznych.
Być może opinie Polaków nie wpłynęłyby na ostateczne decyzje. Kryzys iracki jest jednak szansą na zadanie wielu niecodziennych pytań. Nie chodzi o to, by nie dbać o swoje interesy polityczne i gospodarcze, gdy nadarza się ku temu okazja. Rzecz w tym, by pamiętać, że wojna – nawet przeciwko Husajnowi – jest jednak wojną i ogromnym ryzykiem. Dlatego aby zostać dobrym i cenionym graczem, nie wystarczy wiedzieć, z kim się gra. Trzeba wiedzieć, w co się gra.

OLAF OSICA jest politologiem i publicystą, współpracuje z Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl