Kary dla ministrów?

Marcin Król



Rząd (zresztą nie tylko ten, ale także i poprzednie) popełnia strategiczne błędy, miewa nietrafne propozycje i forsuje nieudane reformy. Jeżeli takich błędów byłoby bardzo dużo, to zapewne rząd przegrałby następne wybory. Każdy rząd – chociaż oczywiście nie jest to w interesie społeczeństwa – ma prawo do błędów politycznych i ponosi odpowiednie polityczne konsekwencje. Inaczej jest jednak w przypadku pomysłów, jakie od samego początku mają charakter jawnie nonsensowny lub – nieco słabiej – w sposób oczywisty błędny. 
Mieliśmy, by wymienić tylko ostatnie przypadki, biopaliwa, winiety czy nową koncepcję reorganizacji służby zdrowia. Na samo przygotowanie takich projektów poszło bardzo dużo publicznych pieniędzy, wiele czasu spędził nad tymi problemami rząd, parlament, eksperci (oczywiście opłacani) i mnóstwo innych osób. Czy nie ma różnicy między błędem politycznym a jawnym nonsensem merytorycznym? Moim zdaniem jest.
Na tym między innymi polega różnica między systemami demokratycznymi a wcześniejszymi, niedemokratycznymi. Dawniej zdarzało się, że dziedziczny monarcha był – delikatnie mówiąc – nie bardzo sprawny umysłowo i dokonywał działań jawnie niemądrych. Wtedy elity polityczne próbowały się bronić przed takimi działaniami i dyskretnie ograniczać jego władzę w imię obrony swoich własnych interesów, a czasem nawet go od władzy odsunąć. Nie zawsze było to możliwe i przeszłość jest pełna przykładów takich politycznych pomników głupoty. Niestety teraźniejszość także. 
W systemie demokratycznym dysponujemy nieporównanie lepszymi mechanizmami kontroli nad politykami, a zwłaszcza nad politykami, którzy przeprowadzają zmiany merytoryczne, a także forsują konkretne projekty ustaw, zmiany w konkretnej dziedzinie. Niektóre formy niemądrych projektów byłyby oczywiste. Gdyby ktokolwiek zaproponował, że uczelnie wyższe mają zrezygnować z tego, że obowiązuje rygorystyczna kontrola jakości nauczania, bo przyspieszy to proces kształcenia dwukrotnie większej niż obecnie liczby absolwentów – spotkałby się z masowym i zrozumiałym protestem, chociaż zapewne zmiana taka leżałyby w interesie wielu osób. W niektórych innych przypadkach ogół społeczeństwa nie ma jednak takiej jasności i jakiś decydent może próbować przeprowadzić jawnie szkodliwą lub nonsensowną zmianę legislacyjną. Czy politycy, którzy – bez względu na to, czy istnieje motywacja korupcyjna, czy nie – proponują i wszelkimi siłami usiłują przeprowadzić takie zmiany, przeczące zdrowemu rozsądkowi, nie powinni ponosić innej odpowiedzialności niż tylko polityczna?
Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że pozorowane, niemądre lub jawnie nonsensowne działania polityków po prostu mogą im ujść na sucho. Gdybym zainwestował nagle moje wszystkie pieniądze w produkcję nakręcanych lalek, kiedy dzieci wolą raczej komputery, i stracił oszczędności całego życia, to ucierpiałaby na tym moja rodzina. Nie byłoby przestępstwa, ale ja co najmniej bym się wstydził, rozpaczał i miał za idiotę. Jeżeli podobnie postępuje członek władzy wykonawczej lub ustawodawczej, to nic się nie dzieje, a w najgorszym razie zostaje on zwolniony ze stanowiska. Czy rzeczywiście powinno być tak, że zmarnowanie pieniędzy publicznych przez polityka powinno kończyć się jedynie polityczną karą? Przecież prezes prywatnej spółki, który zmarnuje jej pieniądze, może być postawiony przed sądem – a minister nie? 
Naturalnie nie zawsze jasna jest granica między nieuchronnym ryzykiem śmiałych projektów politycznych a jawnym marnotrawstwem, jednak czasem granica taka istnieje i politycy powinni być traktowani tak jak zwykli obywatele. Każdy, kto bezsensownie marnuje pieniądze publiczne, powinien polegać karze, choćby takiej, jakiej podlega biznesmen czy człowiek prywatny.





 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl