Jak czeski bard nie pożegnał prezydenta Havla


Świadectwo dla Vaszka

Jaroslav Hutka



30 stycznia, na trzy dni przed końcem kadencji Václava Havla, w Teatrze Narodowym w Pradze prezydenta pożegnali znani czescy artyści. Uroczystość osobiście organizowała żona prezydenta, Dagmara, a jej szczegóły do ostatniej chwili utrzymywano w tajemnicy. Media jednak poinformowały, że wśród występujących mają być Karel Gott (który obecnie rozważa start w wyborach prezydenckich) i Helena Vondračková, kojarzący się w Czechach z epoką normalizacji i uległością wobec reżimu. W tej sytuacji zaproszenie do wystąpienia w Narodowym odrzucili dwaj przyjaciele Havla z opozycji: Vlastimil Třešňák i Jaroslav Hutka (ur. 1947 r. w Ołomuńcu), poeci i bardowie. Obaj byli prześladowani za czasów komunizmu i zmuszeni do emigracji. Do kraju powrócili dopiero po Aksamitnej Rewolucji. 
W związku z odejściem Havla z polityki i pożegnalnym koncertem Jaroslav Hutka napisał felieton, który umieścił na swojej stronie internetowej. Przesłał go także „Tygodnikowi Powszechnemu”.



Przedwczoraj przyjechałem z koncertu w Pilznie o wpół do czwartej rano. Piękny koncert i paskudna droga. Wtargałem na trzecie piętro gitarę, walizeczkę z kompaktami własnej produkcji i wielką tekę z grafikami. Już sam nie wiem, czy ze mnie bardziej śpiewak – włóczęga czy komiwojażer. Ale jedno i drugie oznacza wolność.
Zaniosłem graty do pracowni i ruszyłem na przegląd lodówki. W przedpokoju spotkałem Eliszkę. Używa moich t-shirtów jako nocnych koszul. Z tej świecił napis: „Balbinowa gospoda poetycka”.
– Jarek, ja się tak cieszę, że jutro dostanę świadectwo na półrocze, że nie mogę spać. To będzie moje pierwsze świadectwo – mówiła z oczami okrągłymi z zachwytu. Niedawno sięgała mi do kolan, teraz sięga mi już do pasa.
– A nie mogłabym się położyć koło ciebie, tak na pewno by mi się udało zasnąć – żebrała tonem niemożliwym do odrzucenia.
– Ale ja jeszcze muszę pisać i przejrzeć listy. Zaprowadzę cię do mamy.
– No dobra.
Na drugi dzień odbierałem ją ze szkoły. Panował tam uroczysty nastrój, a Eliszka wyciągnęła ode mnie 12 koron na cukierki. Monety wrzuciła do automatu na korytarzu szkolnym, mnie nie wolno było na to nawet popatrzeć, bo ona umie już to zrobić sama. Przed 50 laty sam chodziłem do pierwszej klasy. Jednoklasowa szkoła na Bouzovie, dokąd zawoziła nas wojskowa ciężarówka. 70 lat temu do władzy doszedł Hitler. Jak to niebezpiecznie niedawno! 
W drodze do domu zatrzymał nas na Placu Karola pan w kapeluszu: „Panie Hutka, bardzo pana lubimy z moją żoną. Życzę powodzenia”. Po jakichś 50 metrach inny pan nie zatrzymując się zawołał: „Trzymam za pana kciuki! Niech się pan nie daje!”. W witrynie sklepowej zobaczyłem swoje odbicie. Siwy człowiek w czapce z pomponem trzyma za rączkę małą dziewczynkę.
Świadectwo Eliszki było złożoną na pół podwójną kartką, żeby się tam zmieściło całe to opowiadanie pani nauczycielki. Urzędowy papier z godłem i napisem „Republika Czeska” u góry. W rubryce „Postępy w przedmiotach obowiązkowych” napisano: „Droga Eliszko, odkrywanie z tobą czegoś nowego to prawdziwa radość. Jesteś energiczna, ciekawa, gotowa do działania i bardzo bystra. Z zachwytem zabierasz się do każdej czynności i nie pozwalasz, aby zniechęciły cię trudności. Znakomicie pracujesz samodzielnie i jesteś aktywna także przy zajęciach grupowych. Liczenie nie sprawia ci najmniejszych problemów. Dodajesz, odejmujesz i porównujesz liczby bezbłędnie. Interesuje cię geometria. Pismo masz coraz schludniejsze, właściwych kształtów, a »odkrywcze« dyktanda są Twoją ulubioną zabawą. Czytanie też sprawia Ci przyjemność, co widać po jego jakości. Czytasz płynnie sylaby, słowa i całe zdania. Lubisz bajki, opowiadania i wierszyki. Potrafisz je wspaniale udramatyzować. Pięknie śpiewasz i z zapałem ćwiczysz. Aktywnie i twórczo włączasz się w działania plastyczne. Jesteś wrażliwa na przyrodę. Trzymam za Ciebie kciuki, aby Twoje zachwycające usposobienie »odkrywcy« przetrwało”. Potem podpis pani nauczycielki, dyrektora i pieczątka państwowej szkoły. Pięknie. Zatem wśród pierwszoklasistów bolszewik już przegrał. 
Po południu zabrałem się za brakujące kompakty. Powkładałem do pudełek karteczki z nazwami piosenek i dodałem skamieliny. Amonit na szczęście i na tych sto milionów lat, przed którymi chwilkę popływał sobie w morzu. Potem wyciągnąłem pudełko z szablonami. Wyciąłem je z twardej gumy. Najpierw wydrukowałem, ponumerowałem i podpisałem nalepki, potem rozłożyłem ćwiartki okładek i pieczątkowałem jeden kolor za drugim. W godzinę robię osiem płyt. Na dworze tymczasem zapadł zmrok. W Teatrze Narodowym właśnie zaczyna się wielki koncert, którym pani prezydentowa żegna się z panem prezydentem. Przypadkiem właśnie drukuję okładkę do płyty „Naměšt”. Montaż z wielkich koncertów ze stycznia 1990 r., kiedy Havel został prezydentem. Jest na niej piosenka „Havliczku Havle”. Ostatnio sprzedawała się lepiej niż inne. Wyciąłem sobie z gumy kółeczko i odbiłem je na niebiesko na wszystkich okładkach, abym później mógł poznać, które płyty robiłem właśnie dziś.
W czeskim BBC podali, którzy byli dysydenci i współcześni artyści pop występują w Narodowym. Dodali, że my z Vlastą Třešňákiem odmówiliśmy. Godzinę później publiczny Radiożurnal wymienił tylko tych popowców, bez żadnych dodatków. 
W ubiegłym tygodniu z powodu Teatru Narodowego, w którym nigdy nie byłem, walili do mnie drzwiami i oknami dziennikarze. Jedenastoletnia Klara pytała mnie kpiąco: „Dlaczego tyle się pisze w gazetach o koncercie, na którym nie będziesz grał, a nic się nie pisze o tych, na których grasz?”. „Artykuł będzie miał tytuł »Gott oder ich«” – mówił mi austriacki dziennikarz. „Po niemiecku to brzmi wspaniale” – dodał. Niemiecki dziennikarz dał mi z kolei długo mówić do mikrofonu, a potem powiedział: „Całkowicie się z panem zgadzam, ale sam za siebie nie mogę tego napisać. Cieszę się, że mogę pana cytować”. Z holenderską telewizją siedziałem cały dzień, a potem jeszcze do rana w gospodzie.
Tych wszystkich dziennikarzy łączyło to, że nie rozumieli, dlaczego Havel zamyka tak wspaniałą karierę kiczem. „Przecież on dobrze wie, że Gott zaśpiewałby nawet dla Mussoliniego” – medytował holenderski redaktor w gospodzie. „Jeśli nawet ty mi tego nie potrafisz wyjaśnić, to znaczy, że Havel jest kimś zupełnie innym niż dotąd myślałem”. „A znasz ten dowcip, jaka jest różnica między Havlem a Clintonem?” – wszedłem mu w słowo. „Nie znam” – odpowiedział. „Taka, że Havel by się z tą Levinsky ożenił” – i redaktor z operatorem rozrechotali się na całą knajpę i nie mogli przestać. A potem przestać to już się nie dało, więc na drugi dzień był z tego całkiem porządny kac. 
Ale pytanie, kim jest Havel, nie dawało mi spokoju także po przebudzeniu. Całe lata już o tym nie myślałem, podobnie jak nie myślałem o wielu innych rzeczach. Czas czeskiej polityki przez tych 13 lat wlókł się tak beznadziejnie męcząco, że człowiek pomału przyzwyczaił się do wszystkiego. Na świecie Havel świecił jak słońce, w domu jego światło migotało wątpliwościami. Dlaczego?
W listopadzie 1989 r. Havel wkroczył do polityki jak rycerz na białym koniu, jako twórca zwycięskiej i bezkrwawej rewolucji. Otrzymał całkowite zaufanie i władzę. Mógł zatem zdecydować również o swoim premierze. Wybrał Čalfę [Marian Čalfa – członek komunistycznego rządu od 1988 r. do Aksamitnej Rewolucji. Potem premier Czechosłowacji do 1992 r. – PB]. Ówczesne federalne zasady głosiły, że jeśli prezydentem jest Czech, szefem rządu musi być Słowak. Ale dlaczego akurat Słowak-komunista, który był ministrem rządu właśnie zmiecionego przez rewolucję?
Przestaliśmy zatem używać słowa rewolucja. Ale o co w końcu chodziło? Krajem zaczęła chwiać niepewność, niezadowolenie i pośpieszna prywatyzacja w mrok. Społeczeństwo pogrążyło się w chaosie i wszystko zmierzało w kierunku rozpadu państwa. Opowiadano wtedy dowcip, jaka jest różnica między Havlem a Przemysłem Oraczem [legendarny założyciel czeskiej dynastii Przemyślidów, odpowiednik polskiego Piasta Kołodzieja – PB]. Ano taka, że Przemysł Oracz, zanim poszedł na Hrad, to te swoje woły wyprzągł, podczas gdy Havel wziął je za doradców. Sam opowiedziałem ten dowcip Havlowi. Nie spodobał mu się i kilka miesięcy później przemianował doradców na asystentów. 
Tego jednak z zewnątrz nie było widać. Za granicą Havlowi świeciło słońce. Wprawdzie jest na tym świecie jeszcze stale pod dostatkiem filozofujących więźniów politycznych, ale mało który z nich staje się szefem demokratycznego państwa. Dodaje to potem słowom powagi, a drodze życiowej – majestatu. A prezydent Havel mówił światu otwarcie o polityce, moralności i przyszłości ludzkości i politycy go z podziwem i zazdrością słuchali. Pozostali przywódcy państwowi na taką swobodę nie mogli sobie pozwolić. Musieli bronić barw partii, które ich wyniosły do władzy. Gdyby się zapędzili za daleko i filozoficznie, opozycja i wyborcy mogliby ich za to rozliczyć w przyszłych wyborach. Tego ograniczenia Havel nie poczuł nigdy. A ponieważ jego premierem był wdzięczny Čalfa, nie rzucało się w oczy i to, że faktycznie nie był nawet przywódcą państwa.
Kiedy Havel został prezydentem po raz drugi, na tych samych Hradczanach, ale w innym państwie, jego przywództwo napotkało na opór. Zgodnie z regułami rządzi u nas premier. A tym został Václav Klaus, który chciał być jedynym kogutem na czeskim gnojowisku. Za granicą Havlowi jednak nadal dopisywało szczęście, bo Klaus się zachowywał na forum międzynarodowym tak bezzasadnie zarozumiale, że nikt nie potrafił go traktować poważnie. 
Za granicami Havel pozostał jedynym przedstawicielem kraju. Na szczęście. To samo szczęście mieliśmy jeszcze za panowania chuligana Zemana. Dzięki Havlowi nikt na świecie nas jeszcze nie skojarzył z tymi dwoma wybranymi przez nas lokalnymi bufonami.
Jednak krajowa pozycja Havla była naruszona. Nie tylko zabił własną rewolucję, ale też do swoich krajowych szachów politycznych wybierał za każdym razem tak nieudolne pionki, że przegrywał partię za partią. Trzeba jednak przyznać, że Sąd Konstytucyjny i radę banku centralnego ustawił tak, że nawet w chaotycznych czasach partyjnej dyktatury parlamentu dobre ziarno prawa i stabilności ekonomicznej zostało uratowane.
Ale skąd się u niego wziął „dowcip” z zapalaniem na bazylice św. Jerzego głupiego, neonowego serca, skoro potępiał Różowy czołg na Smichovie, tego nie rozumiem. [W 1990 r. kontrowersyjny czeski artysta David Černý pomalował na różowo czołg, który od zakończenia II wojny światowej stał na Smichovie jako symbol wdzięczności dla radzieckich wojsk za wyzwolenie miasta. Władze uznały jego akcję za haniebną i czołg przemalowano z powrotem na zielono. Wtedy kilku posłów, których chronił immunitet, znowu pomalowało go na różowo. Ostro skrytykował to prezydent Havel. Ostatecznie czołg usunięto, a na jego miejscu urządzono sztuczne jeziorko – PB]. I dlaczego mu tak zależało, żeby na „rewolucyjnym” jeszcze balkonie wystąpił Karel Gott, symbol normalizacyjnej amoralności i pustki – to też dla mnie zagadka. I dlaczego pozwala głównym przedstawicielom gminnego przemysłu rozrywkowego machać sobie w Teatrze Narodowym na pożegnanie... To doprawdy absurdalne, jeśli mi wolno użyć słów samego Havla.
Ale mimo to wystawię mu świadectwo. Z napisem „Republika Czeska”, w rubryce „Postępy w przedmiotach obowiązkowych” wpiszę: „Drogi Vaszku, odkrywanie z tobą czegoś nowego to prawdziwa radość. Jesteś energiczny, ciekawy, gotowy do działania i bardzo bystry. Z zachwytem zabierasz się do każdej czynności i nie pozwalasz, aby zniechęciły cię trudności. Znakomicie pracujesz samodzielnie i jesteś aktywny także przy zajęciach grupowych. Liczenie nie sprawia ci najmniejszych problemów. Dodajesz, odejmujesz i porównujesz liczby bezbłędnie. Interesuje cię geometria. Pismo masz coraz schludniejsze, właściwych kształtów a »odkrywcze« dyktanda są Twoją ulubioną zabawą. Czytanie też sprawia Ci przyjemność, co widać po jego jakości. Czytasz płynnie sylaby, słowa i całe zdania. Lubisz bajki, opowiadania i wierszyki. Potrafisz je wspaniale udramatyzować. Pięknie śpiewasz i z zapałem ćwiczysz. Aktywnie i twórczo włączasz się w działania plastyczne. Jesteś wrażliwy na przyrodę. Trzymam za Ciebie kciuki, aby Twoje zachwycające usposobienie »odkrywcy« przetrwało”.

31 stycznia 2003 r.

Przełożyła Patrycja Bukalska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl