Lekcja sprzed pięćdziesięciu lat

Józefa Hennelowa



Okrągła rocznica procesu Kurii krakowskiej, jednej z najbardziej ponurych akcji reżimu przeciw Kościołowi w Polsce, ściągnęła uwagę i wydawców, i mediów. Odtwarzano pamięć wydarzeń i ich mechanizmy, nie pomijając wymowy ówczesnych reakcji. Przywoływane cytaty z wymuszanych wówczas oświadczeń brzmią dziś przerażająco, a cytujący nie kryją zgorszenia. 


Krzysztof Masłoń w „Rzeczpospolitej” napisał ostatnio m.in.: „Jerzemu Turowiczowi i jego zespołowi zabrakło tej odwagi, którą wykazali zaledwie trzy tygodnie później, odmawiając zamieszczenia bałwochwalczego nekrologu po śmierci Stalina”. Moje własne krytyczne słowa na ten sam temat, wypowiedziane niegdyś do autora książki o „Tygodniku” Jacka Żakowskiego, zostały z kolei przywołane w niedawnym paszkwilu „Obłudnik Powszechny” drukowanym przez parę miesięcy w „Naszym Dzienniku”. I w związku z owymi właśnie pełnymi zgorszenia wypowiedziami późnych sędziów – tych kilka uwag dzisiaj.
Parę miesięcy temu ukazała się jeszcze jedna książka o prymasie Wyszyńskim, pióra dawnego polityka najpierw PAX-u, a potem koła Znak, Janusza Zabłockiego. Obejmuje tylko lata od objęcia urzędu Prymasa do wyjścia z internowania w październiku ’56 i nosi znamienny podtytuł: „Opór i zwycięstwo”. Autor chce na dziejach tego najtrudniejszego okresu powojennej historii Polski przekonująco pokazać tryumf mądrości moralnej i politycznej Prymasa. Ale gdy szereguje wydarzenia ostatnich miesięcy przed jego aresztowaniem, kreśli obraz czarnej nocy bez promyczka nadziei – nie tylko bezwzględnej wrogości władzy, ale także polityki nieustannych ustępstw Episkopatu. 
I tak: przed wyborami do Sejmu (październik ’52), o których Episkopat wie doskonale, że są czystą fikcją, powstaje projekt deklaracji, „która ma odciąć się od zarzutu bojkotu wyborów przez Episkopat”, a wiernym „przypomnieć o obowiązkach płynących z prawa wyborczego”. Ksiądz Prymas sam idzie do głosowania (zanotuje, że wzbudził sensację, upominając się o kabinę zapewniającą tajność).
Jesienią także następuje uderzenie w Kościół katowicki: za domaganie się przywrócenia religii usuwanej ze szkół aresztowany zostaje biskup pomocniczy Herbert Bednorz, a ordynariusz i drugi biskup pomocniczy – usunięci z diecezji. Władze zmuszają kurię katowicką do wyboru na wikariusza kapitulnego jednego z księży patriotów. Gwałt – ale w końcu zaakceptowany przez Episkopat, który decyduje się zatwierdzić ten wybór w zamian za zgodę na tego, a nie innego wikariusza w Krakowie. Bo tam już następują aresztowania w kurii i usunięty zostaje ordynariusz. Mało tego: przygotowywany proces księży i świeckich w Krakowie to groźba najwyższego kalibru – oskarżenia o szpiegostwo, przestępstwa dewizowe itd. Oskarżeni wskazują w śledztwie coraz nowych „winnych”. I wtedy – pisze Zabłocki – „pragnąc nie dopuścić do eskalacji kryzysu i uchronić księży przed dalszymi aresztowaniami, ad maiora mala vitanda (dla uniknięcia większego zła – przypis mój, JH) biskupi zdecydowali się na akt dotychczas bezprecedensowy”. 
12 grudnia 1952 ukazuje się oświadczenie Episkopatu podpisane przez sekretarza, biskupa Zygmunta Choromańskiego. Przypomniano w nim, że „udział katolików, a tym bardziej duchowieństwa w akcji podziemnej i w dywersji gospodarczej jest nie tylko sprzeczny z dobrem Narodu, ale również szkodliwy dla Kościoła katolickiego w Polsce; taka linia postępowania powinna obowiązywać wszystkich katolików, tak duchownych, jak świeckich”. Andrzej Micewski w swojej dawno wydanej monografii Prymasa ma rację stwierdzając, że późniejsze o dwa miesiące oświadczenie „Tygodnika”, pisma wówczas kurii krakowskiej, było „zbieżne z postawą Episkopatu”. Prymas jeszcze przedtem, w końcu stycznia przyjął Jerzego Turowicza i Stanisława Stommę na osobnej audiencji.
Zapis rozmów styczniowych Prymasa z Mazurem z Biura Politycznego (było ich w sumie trzy) odnotowuje dalsze, wbrew wszelkiej już nadziei, kroki planowanych ustępstw: gotowość wydania instrukcji dla duchowieństwa, „w której zobowiążę się – notuje Prymas – do powstrzymania od wszelkich wystąpień przeciwko władzom państwowym i politycznym”, podobnej instrukcji dla katechetów (pod warunkiem przywrócenia religii do szkół), wreszcie dla prasy katolickiej, „która ustawi tę prasę na linii polskiej racji stanu”. 
Ta gotowość do ustępstw, dziś wywołująca wręcz dreszcz przerażenia, Bogu dzięki nie została podchwycona i zmanipulowana – władza szła już w zaparte, ogłaszając w lutym dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych, na który niebawem Episkopat odpowie zdecydowanym „Non possumus” (zob. tekst bpa Tadeusza Pieronka powyżej). A w marcu zawieszony zostanie i niebawem rozwiązany „Tygodnik Powszechny” odmawiający zamieszczenia nekrologu Stalina. Zaś z jesiennym aresztowaniem Prymasa – mimo upokorzenia osieroconego przezeń Episkopatu – zaczyna się już, choć bardzo pomału, nowy rozdział historii – wydarzenia w Moskwie powodują, że nie dojdzie do procesu Prymasa i że trzeba będzie stopniowo ustępować z represji internowania – aż po jesień ’56, kiedy jak do Canossy pojedzie do Komańczy nowa ekipa wysłanników władzy, prosząc Prymasa o powrót.
Dlaczego więc owa ciemna noc nieustannych ustępstw i kapitulacji okresu po Porozumieniu, a zwłaszcza owego ostatniego roku 1952-53, tak trudna jest do zaakceptowania, gdy dzisiaj o niej się myśli? Zabłocki wszystko przypisuje mądrości politycznej Prymasa – o innych niż kościelne kapitulacjach się nie wypowiadając. Sędziowie dzisiejsi gorszą się – ale tylko kapitulacjami świeckich, Kościół pozostawiając w spokoju. Nikt nie zdaje się mierzyć właściwie ówczesnej stawki ryzyka.
Ryzykiem bowiem – to przecież widać i dziś, a wtedy było pewne – nie było męczeństwo za wiarę. Władza była na to za perfidna. Przeciwnika odzierało się z wszelkich wartości, oskarżało o zbrodnie pospolite, a nadto dbało, by pogrążał jeszcze innych, równie niewinnych jak on sam. Chodziło o wprowadzenie tylu rozłamów, ile tylko się dało, w środowiska, związki międzyludzkie, w sam Kościół. I to była stawka w tamtym zmaganiu. 
Ważyć granicę, za którą zaczyna się prawdziwe i ostateczne non possum, zobowiązany był każdy, kto odpowiadał nie tylko za siebie, ale i za innych. Tak właśnie widział to Prymas, doświadczając zresztą przez owe trzy lata od podpisania Porozumienia kolejnych zdrad i nadużywania przez władze jego dobrej woli i wiary w elementarną przyzwoitość przeciwnika. Tak widzieli to i moi starsi koledzy i przyjaciele w „Tygodniku”. 
To nie mnie stawiano te żądania wówczas, ani nie ja pisać musiałam oświadczenia. Więc i po latach łatwiej mi było wypowiadać osąd krytyki i ubolewania. Nie cofam tego, ale muszę dziwić się dobremu samopoczuciu tych, co dzisiaj gorszą się i skazują. Zwłaszcza wybiórczo. I zwłaszcza gdy się zapomina o własnych biografiach albo o tym, że bez doświadczenia pamięci sądzi się po prostu o wiele bardziej komfortowo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl