Votum separatum

Lekarstwo, ale czy na pewno?

JÓZEFA HENNELOWA



W lutowym numerze „Znaku” ważna refleksja Tadeusza Gadacza „Czym jest polski kapitalizm?”. Rachunek sumienia i ostrzeżenie równocześnie. Głos głębokiego niepokoju. 
„Doświadczenie kapitalizmu w Polsce to doświadczenie całkowitego wykorzenienia. (...) Wszystko jest płynne, niestabilne, przejściowe”. Ludziom wchodzącym w jego tryby z uprawnioną nadzieją, że uzyskają szansę długotrwałego, perspektywicznego „sposobu na życie”, nie jest w stanie obiecać niczego. Mało tego: kryzys dotknął etykę pracy i pracodawcy, która byłaby tej nadziei najmocniejszym gwarantem. „Wydaje się, że zanikają zasady etyczne, które niegdyś budowały kapitalizm, takie jak lojalność, zaufanie, szacunek dla pracy, uczciwość, wdzięczność”. 
Znany filozof poprzestaje w „Znaku” na skrótowej diagnozie. Jej genezy trzeba by szukać bardzo dogłębnie i na pewno nie w samym atakowaniu pracodawców, do czego ostatnio szczególnie skłonni są wszyscy decydenci władzy szermujący hasłem „socjaldemokracji” i w jej imię upatrujący naprawy systemu w mnożeniu podatków i kontroli fiskalnych. Może więc ratunek leży we wzmożonej obronie tych, którym wszystkie dzisiejsze patologie naszego kapitalizmu zagrażają najbardziej?
Dostaliśmy list od p. Marleny Romanowskiej z Katowic, psychologa zajmującego się dziećmi autystycznymi. Pisze o dramacie rodzin, w których utrata pracy przez rodzica niepełnosprawnego dziecka oznacza, że jedynym źródłem utrzymania rodziny staje się zasiłek dla tego dziecka, zamiast wspomagać jego rehabilitację bądź ułatwiać pielęgnację. I zapytuje: „Czy nie należałoby ustanowić w kodeksie pracy prawa gwarantującego ochronę miejsca pracy dla jedynego żywiciela takiej rodziny?”. 
Wydaje się, że uczciwa i sprawiedliwa odpowiedź powinna być tylko twierdząca. Ale zaraz przychodzi ostrzegawcza refleksja: czy skutki nie będą akurat odwrotne, jak zawsze, gdy należna osłona staje się obowiązującą regułą prawną? Po pierwsze – niemal na pewno sięgną po nią także ludzie nieuprawnieni, rozszerzając zasadę przywileju czy ją wręcz podrabiając. Po drugie – nietykalność stanie się pokusą, by praca – gwarantowana przecież – nie była nazbyt cenna. Postawa „bo co mi zrobicie?” nigdy nie działa ozdrowieńczo. A po trzecie: pracodawca, stawiany w sytuacji przymusowej, będzie jeszcze bardziej nieprzyjazny zatrudnianiu takich nietykalnych pracowników, uznając ich za zbyt wielki dla siebie ciężar. Czyż nie podobnie podziałała swego czasu piękna idea AWS-u, wprowadzającego wydłużone urlopy macierzyńskie na koszt pracodawców?
Wraca stara przypowieść z „Dwóch teatrów” Szaniawskiego. Łódź ratująca z powodzi może przyjąć tylko tylu rozbitków, ilu pomieści, bo inaczej, miłosiernie przepełniona, zatonie nie ratując nikogo. Utworzyliśmy od początku transformacji całą litanię słusznych ulg i przywilejów, i dziś już się pod nią uginamy. A jednak nie można poprzestać na tej konstatacji. Tadeusz Gadacz też ma rację, podnosząc głos ostrzegawczy. Racjonalne, ale niemiłosierne zasady współżycia będą może kiedyś naszym wielkim oskarżeniem. 
Więc co z pytaniem pani Romanowskiej? Zaapelować do tych pracodawców, którzy, nie zmuszeni, uznają, że mogą sobie pozwolić jeszcze i na ten, jakże uczciwy przywilej? Liczyć na zespoły, wspólnoty, zakłady, gdzie zacznie się tworzyć inny styl traktowania pracownika, nie przymusowy, nie narzucony odgórnym prawem, ale zbiorowym sumieniem? Apelować o wyjątki, które potwierdzą, że można po ludzku, a nie na sposób wilczy i że to się udaje? Nie rezygnować z szukania lekarstwa, które nie będzie gorsze od choroby... 
















 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl