Chrześcijaństwo, buddyzm, spotkanie 


Moc białych nasion

Z benedyktynem o. Janem Berezą i buddyjskim lamą Rinczenem rozmawia Halina Bortnowska 



HALINA BORTNOWSKA: – Wszystkie religie głoszą szacunek i miłość do człowieka, a jednocześnie często prowadzą do tego, że świat pęka, że pękają wspólnoty. Ludzie potrzebują jakichś zewnętrznych rozjemców, na przykład państwa. Nie ma pokoju między religiami i nie ma pokoju społecznego. Czy w waszych religiach istnieje podstawa do współżycia w pokoju z wyznawcami innych religii?
LAMA RINCZEN: – Do niedawna buddyzm był w Polsce czymś nieznanym i egzotycznym. Dzisiaj kilka tysięcy Polaków uważa się za buddystów. Nie jest to przejściowa moda. Niektórzy zajmują się tym od dwudziestu czy trzydziestu lat. Przybyło wielu imigrantów-buddystów. Wietnamczyków, którzy są w Polsce, liczy się w dziesiątkach tysięcy. Nikogo dziś też nie dziwi, że rodziny dyrektorów firm Daewoo czy Hyundai przyjeżdżają do ośrodków koreańskiego zen pod Warszawą, aby się modlić. Analogiczna jest sytuacja chrześcijan w krajach tradycyjnie buddyjskich: w Korei, Japonii, Wietnamie, Birmie czy na Sri Lance. Chrześcijaństwo jest tam mniejszością wyznaniową. Gdyby ludzie z tamtych krajów nie szanowali chrześcijan, wyznawanie odmiennych religii stałoby się wyłącznie pretekstem do konfliktów i waśni. Nie mogę stwierdzić autorytatywnie, że takich konfliktów nigdzie nie ma, ale nawet jeśli gdzieś są, to nie na wielką skalę. Wręcz przeciwnie, kontakty chrześcijaństwa i buddyzmu są dosyć ciepłe. Mam wrażenie, że buddyzmowi jest najbardziej po drodze właśnie z chrześcijaństwem.
Pamiętam jednak, że po ukazaniu się książki Ojca Świętego „Przekroczyć próg nadziei” najwyżsi buddyjscy duchowni ze Sri Lanki zbojkotowali jego przyjazd. Nie byli zadowoleni z wizerunku buddystów przedstawionego w tej książce. Pierwsi misjonarze chrześcijańscy kojarzyli się im ponadto z płonącymi stosami. 
Kiedyś jeden ze starszych tybetańskich lamów spytał mnie, co jako Polak sądzę o polskim Papieżu. Odpowiedziałem, że z punktu widzenia dialogu międzyreligijnego uczynił na pewno bardzo wiele; w różnych encyklikach ogłaszał potrzebę spotkania z innymi religiami i nawet uznania ich świętości. Reakcja lamy była taka: „To znaczy, że chrześcijanie pogłębili swoją wiarę, skoro nie boją się spotkania z innymi religiami”.

Wiara pod kloszem

To samo o innych religiach mówił ludziom Karol Wojtyła jeszcze jako duszpasterz krakowski. Bo dawniej uważano, że wiara jest bezpieczna pod kloszem. Kiedyś można było się urodzić pod kloszem, tam wyrosnąć i umrzeć. Teraz nie ma gwarancji, że klosz będzie istniał zawsze czy choćby długo. Najlepiej zatem, by wiara stykała się od początku z innymi. Może nie będzie od razu tak wybujała, ale będzie mocniejsza, bliżej korzeni. Myślę, że Papież realizuje to w swojej strategii. Nie idealizujmy: czasem mu to średnio wychodzi, zdarzają się pomyłki. Ale pamiętajmy też, że np. przecież nie przygotowuje sam wszystkich podróży i nie może znać wszystkich niuansów. 
O. JAN BEREZA: – Ojciec James Conner, wielka postać dialogu międzyreligijnego, powiedział, że słowa z orędzia wielkanocnego z 2001 r. „O, szczęśliwa wino” można odnieść do wypowiedzi Ojca Świętego odnośnie buddyzmu z książki „Przekroczyć próg nadziei”, bo zainspirowała dialog międzyreligijny. Dyskusja, która się wywiązała, sprowokowała wiele ważnych spotkań, na których próbowano ten problem wyjaśnić, a przez to dialog międzyreligijny się pogłębił.
A czy w samym buddyzmie – w tym, co można by nazwać jego teologią – są podstawy do tego, by szanować inne światopoglądy religijne?
LAMA RINCZEN: – Buddyzm zakłada szacunek dla wszystkich innych religii. Odpowiednikiem chrztu w buddyzmie jest Schronienie w Trzech Klejnotach. Wiąże się z tym m.in. ślubowanie, że nie będzie się szukać schronienia u ludzi mających poglądy sprzeczne z nauką Buddy. Chodzi tu o ludzi nauczających, że złe czyny są dobre – na przykład, że należy składać krwawe ofiary. Dopóki nauka „obcych” nie jest w oczywisty sposób sprzeczna z tym, co według nas jest dobre, nie należy jej odrzucać. Mogę zacytować Jego Świątobliwość Dalajlamę: mówi on, że zostając buddystą nie trzeba wyrzekać się chrześcijaństwa.
Czyli tolerancja, a nawet coś więcej, jest integralnym elementem podejścia do świata duchowego człowieka. A jak jest w chrześcijaństwie?
O. JAN BEREZA: – Myślę, że dzisiaj nastały dobre czasy dla religii. Europa staje się jeszcze bardziej wielonarodowa i wielokulturowa. Dialog między religiami jest czymś naturalnym i koniecznym. O otwieraniu się na inne tradycje religijne przypominał Sobór Watykański II, przywołując zasadę o nasionach prawdy, głoszoną w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Gdy cofniemy się do początków chrześcijaństwa, znajdziemy na przykład sytuację, w której Chrystus chwali setnika. Odpowiedź setnika, „Panie, nie jestem godzien”, weszła na stałe do modlitwy chrześcijańskiej. Jezus mówi, że nie znalazł tak wielkiej wiary w Izraelu, jak u setnika i tym samym ukazuje nam przedstawicieli innych religii jako wzór wiary. Dzisiaj mnisi chrześcijańscy patrzą na życie mnichów buddyjskich i przytaczają te słowa Chrystusa. Bo przecież rozwój chrześcijaństwa zainspirowany został w dużej mierze filozofią grecką, czyli pogańską, prawda? Trudno sobie bez niej wyobrazić choćby uprawianie teologii. Sama religia w swojej istocie nie jest źródłem konfliktu, gdyż zawsze zakłada miłość drugiego człowieka. Gdyby chrześcijanie byli prawdziwymi chrześcijanami, buddyści prawdziwymi buddystami, a muzułmanie prawdziwymi muzułmanami, to konfliktów by nie było.
Wobec tego przekornie zapytam: czy fundamentalizm jest już przeszłością? Przecież fundamentalizm – choćby islamski – jest ciągle żywy. Czy buddyzm ma podobne problemy?
LAMA RINCZEN: – Nie ma w buddyzmie aktów terroru popełnianych w imię religii. Nie znaczy to, że w krajach buddyjskich nie ma ludzi czyniących zło, ale trudno znaleźć przypadek, w którym wierzenia religijne byłyby usprawiedliwieniem. Jednak w historii Tybetu były czasy, kiedy cztery główne szkoły buddyzmu tybetańskiego wadziły się między sobą. W XIX w. pojawił się w buddyzmie tybetańskim okres wielkiej odnowy duchowej. Powstał ruch zwany rime, co znaczy „bezstronny”, „niesekciarski”. Twórcy ruchu jasno sprecyzowali znaczenie tolerancji. Główną ideą było skupienie się na własnej praktyce i zachowanie pełnego szacunku dla innych. To kierunek zbliżony do tego, co dziś propaguje Jego Świątobliwość Dalajlama.
O. JAN BEREZA: – Ojciec Święty kiedyś powiedział, że prawda nie wyklucza nikogo. Czyli wykluczając kogoś nie jesteśmy wierni prawdzie. Dialog nie polega na tym, by się wzajemnie nawracać; ma służyć temu, abyśmy przez konfrontację z inną religią stawali się lepszymi chrześcijanami.
W ramach naszej federacji benedyktyńskiej powstał program duchowej wymiany. Mnisi chrześcijańscy przebywają w klasztorach buddyjskich czy hinduistycznych, a mnisi buddyjscy przebywają przez jakiś czas w klasztorach benedyktyńskich, cysterskich czy u kamedułów. Myślę, że takie wzajemne poznanie usuwa lęk i agresję. Odbyło się też kiedyś spotkanie mnichów chrześcijańskich i buddyjskich w klasztorze w Getsemani (Kentucky w USA), na którym Jego Świątobliwość Dalajlama mówił, że mnisi powinni się bardziej angażować w życie tego świata, pomagać ludziom, działać na rzecz społeczeństwa, a mnisi chrześcijańscy mówili, że w chrześcijaństwie jest sytuacja odwrotna – mnisi są za bardzo zaangażowani w różne działania i nie mają często czasu na modlitwę, na kontemplację. To jest rzeczywiście problem, ale bardzo często widzę zainteresowanie kontemplacją, medytacją wśród ludzi świeckich. Coraz więcej ludzi przyjeżdża do Lubinia, żeby wspólnie z nami się modlić i medytować. Widzę, że jest ich coraz więcej, a z drugiej strony słyszę, że kościoły pustoszeją. Na Zachodzie w wielu klasztorach benedyktyńskich powstają ośrodki medytacyjne, w których jest zawsze pełno gości. Okazuje się, że w niektórych krajach właśnie wśród ludzi świeckich zainteresowanie tymi ośrodkami jest większe niż wśród mnichów.
Kilkanaście lat temu przeprowadzono wśród cystersów ankietę, w której pytano o ich pogląd na życie bardziej apostolskie, ukierunkowane na zewnątrz, bądź alternatywnie – na życie bardziej kontemplacyjne. Podobno tylko polskie klasztory mówiły o życiu apostolskim, życiu na zewnątrz. Myślę, że są to wpływy z okresu komunizmu, kiedy cystersi musieli przejąć obowiązki duszpasterskie. Po dwudziestu latach aktywności trudno im wrócić do kontemplacji.

Wykluczony i mnich

Chcę zapytać o to zwrócenie się na zewnątrz. Jak religie stają wobec problemu ubóstwa w różnych jego formach – w formie wykluczenia, bezrobocia, dyskryminacji? Są to dla świata wielkie problemy, wobec których jesteśmy bezradni. Czy nasze religie są tu jakąś pomocą?
O. JAN BEREZA: – Idea benedyktyńska mówi, żeby w życiu człowieka stworzyć harmonię między pracą a modlitwą. Wszystko, co robimy, powinno służyć chwale Boga i mieć wymiar duchowy. Jest to bardzo ważne dla dzisiejszego świata, w którym praca przestaje mieć sens, nie ma w niej pierwiastków duchowości.
LAMA RINCZEN: – W tradycji buddyzmu mówi się o wyzwalających działaniach. Jednym z nich jest dobroczynność. Pierwszy aspekt dobroczynności to dawanie materialnej pomocy, drugi to udzielanie pomocy ludziom chorym, przerażonym, którzy boją się przyszłości, zaś trzeci rodzaj dobroczynności to dawanie zrozumienia. Chodzi tu zarówno o sens doczesny – na przykład dzielenie się wiedzą – jak również o dawanie głębszego, duchowego zrozumienia, ukazywanie właściwego kierunku życia. Te trzy rodzaje dobroczynności są podstawą ścieżki buddyjskiej. W obrębie buddyzmu tybetańskiego, który jest obecny od trzydziestu lat na Zachodzie, pojawiają się teraz inicjatywy charytatywne. Jedną z nich jest międzynarodowa sieć fundacji pod nazwą „Rokpa”. „Rokpa” to po tybetańsku „pomoc”. Fundacje te zajmują się zarówno rozdawaniem jedzenia biednym na ulicach Londynu, jak i pomocą charytatywną w Afryce. Twórcy tego ruchu podkreślają, że istotne jest, by człowiek pomagał człowiekowi, a nie by w trakcie niesienia pomocy podkreślał fakt bycia buddystą. 
Podobnie klasztory buddyjskie – mówię o tradycji tybetańskiej, bo tę znam – kiedy Tybetańczycy znaleźli się na wygnaniu, przejęły wiele aspektów pracy dla społeczeństwa. Znam klasztor, który z jednej strony jest klasztorem: mnisi po prostu przechodzą tam przez normalną formację. Ale jednocześnie pełni funkcję niemalże sierocińca. Z ok. 200 mnichów ponad połowa to sieroty – znalezione na ulicy albo dzieci tych, którzy zginęli wysoko w górach, często uciekinierów z Tybetu przez zieloną granicę. Zabrane do klasztoru, otrzymują tam podstawowe wykształcenie, wikt i opierunek. W wieku szesnastu, dziewiętnastu lat zwykle stają przed wyborem: część decyduje się zostać mnichami. Większość wybiera świeckie życie, pozostając w ścisłej więzi z klasztorem, bo jest to dom, w którym wyrośli.
Można znaleźć więcej przykładów, jak religia angażuje w życie społeczeństwa, każe robić coś dla ludzi. W tym samym klasztorze powstała klinika, w której okoliczni ludzie mogą nieodpłatnie uzyskać pomoc lekarską, dostać za darmo leki. Na całym świecie znajduje się sponsorów i wolontariuszy, którzy tam przyjeżdżają. Zostały przełamane pewne bariery, klasztor nie jest zamkniętą enklawą, ale daje bezpośrednią, praktyczną pomoc okolicznej społeczności.

Nieporozumienia i współpraca

A w Polsce: czy istnieją jakieś formy współpracy właśnie w dziedzinie charytatywnej między buddystami a na przykład chrześcijańskimi instytucjami?
O. JAN BEREZA: – Do tej pory o takich nie słyszałem... 
LAMA RINCZEN: – Ja też nie. Buddyzm jest jednak w Polsce rzeczą stosunkowo nową – chociaż już przed wojną istniały nieformalne grupy, ale formalnie zaczęły zawiązywać się w połowie lat 70. Właściwie dopiero teraz mamy do czynienia z pierwszym pokoleniem dzieci buddystów – dlatego bardzo często borykamy się z podstawowymi problemami: gdzie się spotkać, jak zaprosić nauczyciela, żeby nasza religia nie była jedynie domorosłym czytaniem książek. To zaprząta nas na co dzień, stąd też nie ma jeszcze jakichś szerokich inicjatyw, a tylko pojedyncze akcje.
W jaki sposób powinny być wobec tego uporządkowane stosunki między naszymi wspólnotami a państwem? Inna jest sytuacja wspólnot wyznających religię dominującą, a inna mniejszości. Jak właściwie jest u nas i czy możemy jakoś sobie wzajemnie pomóc?
O. JAN BEREZA: – Niektórym chrześcijanom trudno jeszcze zaakceptować buddystów, ale nie ma wobec nich w Polsce emocjonalnych uprzedzeń, takich jak w stosunku do muzułmanów czy żydów.
LAMA RINCZEN: – Jesteśmy na tym terenie stosunkowo świeżą religią. W Polsce podstawowym problemem jest brak wiedzy na temat buddyzmu, niedoinformowanie, często błędne interpretowanie. W Kopenhadze, Hamburgu, Bonn, Wiedniu czy w Petersburgu na uniwersytetach istnieją bardzo silne wydziały, zajmujące się buddologią czy tybetologią. W Polsce, o ile wiem, można studiować mongolistykę, ale tybetologii ani buddologii jeszcze nie ma.
O. JAN BEREZA: – Na Akademii Teologii Katolickiej w latach 70. przez pewien czas wykładano filozofię indyjską i arabską. Później ksiądz dziekan powiedział prowadzącemu, że jeśli chce wykładać na katolickiej uczelni, to niech się najpierw ochrzci. No i tak się to skończyło.
LAMA RINCZEN: – Spotykamy się też z błędną interpretacją symboli buddyjskich. W buddyzmie tybetańskim na malowidłach często widuje się symbol zjednoczenia seksualnego. Budda męski jest w uścisku z Buddą żeńskim. Czytałem niedawno książkę, w której naukowiec z jednej z polskich uczelni twierdzi, że buddyzmem tybetańskim właściwie nie powinno zajmować się religioznawstwo, tylko psychopatologia seksualna, gdyż buddyzm wymaga praktyk magicznych i seksualno-orgiastycznych. Ciekaw jestem, czy ten człowiek mógłby spotkać się z Jego Świątobliwością Dalajlamą i powiedzieć, że uważa go za psychopatę seksualnego. Bardzo nas ranią takie wypowiedzi. To przecież tak, jakby ktoś chrześcijanom powiedział, że są kanibalami, gdyż zjadają ciało Chrystusa i wypijają jego krew.
Skoro o symbolach mowa: od wielu lat obecny jest w katolicyzmie pogląd, że chrześcijaństwo powinno otwarcie czerpać środki wyrazu z innych kultur. W Ameryce Południowej dużą rolę odgrywa kult ziemi. Zdaniem niektórych teologów warto byłoby znaleźć dla niego miejsce w teologii chrześcijańskiej. Dla mnie zawsze było problemem, czy można pod względem religijnym przejść z jednej kultury do innej, o bardzo odmiennych tradycjach. Człowiekowi z kultury polskiej nie byłoby pewnie trudno zostać prawosławnym, bo mamy wiele wspólnych symboli...
O. JAN BEREZA: – ...chociażby Matka Boska Częstochowska – właściwie to ikona ze Wschodu.
Prawosławie jest dla niektórych katolików obce, ale w zestawieniu z hinduizmem czy buddyzmem jest nam przecież dosyć bliskie. Jak więc jest możliwe, żeby wejść tak głęboko w inny świat kulturowy? A z drugiej strony, jeżeli wielu ludzi z innych światów kulturowych będzie dołączać do buddyzmu, to go pewnie zmieni...
LAMA RINCZEN: – Na pewno tak. Bądź co bądź, Tybetańczycy też nie zawsze byli buddystami. Dopiero mniej więcej wtedy, gdy Polska się chrystianizowała, Tybetańczycy się nimi stawali.
Nieraz spotykam się z takimi sytuacjami, że komuś odpowiadają buddyjskie idee, nauki o przyczynach i skutkach, o miłości i współczuciu, ale ten ktoś pyta: „Czy ja muszę się uczyć tych wszystkich symboli i całej terminologii na pamięć?”. Można by odpowiedzieć, że nie, bo ważne jest uchwycenie istoty nauki. W buddyzmie bardzo mocno podkreśla się, że te formy, symbole, których używamy, są jak palec, który wskazuje księżyc. Jeśli próbujemy młodemu pieskowi pokazywać jedzenie palcem, to on będzie tylko wąchać palec. Doświadczony pies już jest nauczony, by iść w kierunku, który palec wskazuje. Tak też jest z buddyjską nauką. Symbole są tylko symbolami, które mają wskazywać coś głębszego. Jeżeli na ołtarzu buddyjskim składamy ofiary, to mamy świadomość tego, że mosiężny posążek nie jest bardziej czy mniej zadowolony, ale że dzięki składaniu ofiar uczymy się przekraczać przywiązanie, chciwość, dzielimy się tym, co mamy.
Spotykam wielu ludzi, którzy w tej symbolice od razu czują się jak w domu. Dla mnie samego podobizny Buddy, kiedy się z nimi spotkałem, w ogóle nie były obce. Cieszyło mnie to, że mogę zdobyć jeszcze ten obrazek, i jeszcze tamten, nauczyć się tego... Cieszyłem się tym prawie jak dziecko, nie było to żadną przeszkodą czy barierą. Znam więcej ludzi, którzy po prostu to lubią. I znam ludzi, którzy bardziej lubią „surowy” buddyzm, w którym jest mniej zewnętrznych symboli, mniej obrzędów. Chcą stosować istotę religii w codziennym życiu, bez angażowania się w skomplikowane rytuały. Jest to proces przechodzenia religii do innego rejonu kulturowego i chociaż uczymy się bezpośrednio od tybetańskich nauczycieli, z całą pewnością sposób, w jaki praktykujemy buddyzm w Polsce, nie jest dokładnie taki, jak w Tybecie. Tutaj ma to już specyficzny, zachodni klimat.

Buddyzm po europejsku

Jak buddyści tybetańscy reagują na ten sposób praktykowania buddyzmu? Czy rozpoznają go jako swój? Pamiętam, co mi mówił jezuita z Goah na temat angielskich dam noszących sari: one nie wiedzą, jak to na siebie włożyć i noszą te sari tak, jak je noszą prostytutki. A są to bardzo czcigodne damy. Każda fałda sari coś znaczy i matka od małego uczy córkę, jak się ubrać skromnie, a jak się ubrać wyzywająco. Angielki tego nie wiedzą i znajomego jezuitę śmieszy to ich przebieranie się za hinduski. Zawsze obawiam się, że wchodząc w inną kulturę możemy być śmieszni.
LAMA RINCZEN: – Dokładnie tak jest, spotykałem się nieraz ze specyficznym stosunkiem do ludzi z Zachodu, którzy zajmują się buddyzmem. Jest nawet słowo „indzi” – stybetańszczone „english” – które współcześnie określa wszystkich ludzi z Zachodu i ma wydźwięk ironiczny. Buddyści z Zachodu bywają bardzo naiwni, przyjeżdżają po to, żeby zostawiać dużo pieniędzy na Wschodzie – choćby na straganach, gdzie przepłacają dziesięciokrotnie.
Jednak Tybetańczycy, którzy bywają na Zachodzie, doceniają, że ludzie bardzo szczerze i poważnie traktują swoją buddyjską religię. Że starają się studiować i zrozumieć, próbują medytować, podczas gdy dla większości Tybetańczyków religia jest po prostu tradycją.
W 1989 r. jako mnich podróżowałem po Indiach i starałem się dotrzeć do pewnego klasztoru w Sikkimie. Autobus wysadził mnie w nocy na przedmieściach stolicy zbójów, Gurkhów, o której mówi się, że żyje z rabunku turystów. Bardzo mnie przestrzegano, żebym tam nie wysiadał, ale nie miałem wyboru. To, że byłem w szatach buddyjskich, mnie uratowało. Stanąłem na przedmieściach miasta, wszedłem do jakiejś knajpy, usiadłem przy stole, zamówiłem coś do jedzenia. Podszedł do mnie młody chłopak mówiący perfekcyjnie po angielsku. Był on oczywiście Gurkhą, który skończył szkołę angielską – stąd znał angielski. Był kompletnie pijany i zaczął się użalać. Mówił: „Słuchaj, ty jesteś inny, ale ty znasz tę religię. Ty jesteś mnichem, ty wiesz, czego Budda nauczał. Mój dziadek był buddystą, mój ojciec był buddystą, ja oddałbym życie za buddyzm, ale nie wiem, jak Budda żył, nie wiem, czego Budda nauczał, nie wiem, o czym jest buddyzm. Ale jestem buddystą”. Trwało to dobrą godzinę, po czym zaprosił mnie do domu, udzielił gościny i nie chciał w ogóle słyszeć o pieniądzach, bo byłem w szatach zakonnika. To przykład tego, że można wierzyć w buddyzm, wierzyć w lamów, natomiast w ogóle nie znać tej religii.
Nierzadko spotykam się też z tym, że zwyczajni Tybetańczycy mają pretensje do swoich nauczycieli, do lamów. Sądzą, że lamowie powinni siedzieć wśród Tybetańczyków, modlić się za ich pomyślność i wróżyć, czy należy pieniądze zainwestować tak czy inaczej. Nierzadko Tybetańczycy myślą, że nauczyciele jeżdżą na Zachód, bo tam ludzie mają dużo pieniędzy.

Podwójna zasada

A jaki jest prawdziwy powód? Czy jest to, powiedzmy, poczucie misji, przekonanie, że buddyzm powinien być religią uniwersalną? 
LAMA RINCZEN: – Nie ma w buddyzmie chęci narzucania komuś swoich poglądów. Taka postawa uchodziłaby za ukryty akt agresji. Budda po osiągnięciu oświecenia nie nauczał przez siedem tygodni. Podzielił się nowoodkrytą prawdą dopiero, gdy pojawili się jego dawni przyjaciele i zapytali: „Co się stało, że wyglądasz tak promiennie i godnie? Czyżbyś osiągnął to, do czego wszyscy dążymy?”. Jest taka podwójna zasada w buddyzmie: nigdy nie przekazywać nauk tym, którzy nie są poważnie zainteresowani i nigdy nie odmawiać nauki tym, którzy sobie tego szczerze życzą. Dlatego lamowie sami z siebie nigdy nie pytają: „Przepraszam, czy nie zechciałbyś wysłuchać tego, co mam do powiedzenia?”. Ludzie z Zachodu, którzy się z nimi spotykają i są zainteresowani ich naukami, zapraszają ich na Zachód, nie odwrotnie. W naszym związku wyznaniowym często musimy włożyć wiele pracy w to, by któryś z nauczycieli zechciał przyjąć zaproszenie. Musimy wykazać, że naprawdę nam na nim zależy i przekonać go do siebie – wtedy przyjeżdża i udziela nauk.
A czy Kościół nie obawia się dyskretnego prozelityzmu ze strony buddyzmu i utraty wiernych?
O. JAN BEREZA: – Kilka lat temu Ojciec Święty powiedział: „Wolność religijna jest sercem wszystkich praw człowieka. Jest ona niepodważalna do tego stopnia, że powinno być szanowane prawo poszczególnych ludzi do zmiany religii”. Powiedział także: „Żadna kultura nie może przeżyć, jeśli stara się być jedyna i wykluczająca inne”. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa rzeczywiście tak było. Powstawały różne obrządki – etiopski, chaldejski, syryjski, grecki, potem słowiańskie i łacińskie. Były równo traktowane. W czasach schizmy, kiedy religia zaczęła odgrywać rolę bardziej polityczną, powstały podziały i wrogość. Dopiero Sobór Watykański II powrócił do pojęcia akomodacji i budowania chrześcijaństwa w oparciu o miejscową kulturę. Dekret o działalności misyjnej Kościoła zaleca, aby patrzeć, jakie praktyki duchowe można by przyjąć do chrześcijaństwa z innych tradycji religijnych. Również Deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich bardzo pozytywnie wyraża się o innych tradycjach duchowych. 
Kiedyś chyba więcej mówiono o dialogu międzyreligijnym, dzisiaj bardziej podkreśla się problem dialogu międzykulturowego. W 2000 r. prowadziłem rekolekcje w Duisburgu, w Niemczech, gdzie mieszka sporo Turków, a później w lecie byłem z kolei w Turcji, w Kapadocji. Ciekawe, że Turcy w Europie wydają się bardziej zamknięci i tradycyjni od rdzennych Turków z Turcji, którzy z kolei są bardziej proeuropejscy. Może to wynika z poczucia zagrożenia.
To tak jak prawosławni w Kanadzie – bardziej ortodoksyjni i sztywni niż prawosławni na Ukrainie.
O. JAN BEREZA: – I katolicy w Indiach: dużo bardziej gorliwi niż chrześcijanie w Europie. Również wyznawcy hinduizmu w Europie stają się gorliwsi. Będąc w mniejszości, muszę mieć większą świadomość swojej religii, prawda? Na co dzień widzę ludzi inaczej myślących i to sprawia, że zadaję sobie pytanie o moją wiarę. Jeśli mamy wokół tak samo wierzących, to wiara staje czymś zbyt powszechnym.

Religia i pokuta

Niedawno w Polsce odbyła się dyskusja o dramacie sumień i konieczności pokuty. Czy buddyści uznają sens i potrzebę takiego czynu jak pokuta? Myślę o pokucie w sensie nawrócenia, przemiany, ale jednocześnie zadośćuczynienia ofiarom.
LAMA RINCZEN: – Buddyzm wyznacza bardzo precyzyjną naukę na temat oczyszczenia osobistych win i grzechów. Podstawą jest nauka o przyczynach, warunkach i skutkach. Jeśli wykonano jakikolwiek czyn, będzie on przyczyną, która w określonych warunkach przyniesie określone skutki. Dobrymi czynami nazywamy te, które będą prowadzić do szczęścia, złymi te, które prowadzą do cierpienia. Ale zanim skutki złego czynu się pojawią, można – według chrześcijańskiego określenia – odpokutować. Mówi się o czterech mocach, które oczyszczają każde zło. Pierwszą z nich jest skrucha, która uświadamia, że to, co zrobiłem, było złe. W tradycyjnych tekstach używa się nieeleganckiego porównania – że powinno się zła żałować z taką mocą, jak gdyby się chciało zwymiotować dopiero co połkniętą truciznę. Druga oczyszczająca moc – to moc odstąpienia od zła, czyli przyjęcie uroczystego ślubowania wobec siebie i innych; że nigdy więcej niczego podobnego się nie uczyni. Trzecia – to moc białych nasion, czyli podjęcie szlachetnych czynów w celu oczyszczenia się ze zła, niekoniecznie w stosunku do osoby, której się wyrządziło krzywdę. I czwarta – oczyszczająca moc zaufania, czyli poświęcenia się. Tutaj chodzi o błogosławieństwo, modlitwy do Buddów. Uważa się, że błogosławieństwo oświeconych istot wzmacnia nasze własne wysiłki i pomaga oczyścić zło.
– „Białe nasiona” to piękne określenie: przemawia do wyobraźni, do uczuć.
LAMA RINCZEN: – Z punktu widzenia tych nauk katolicka spowiedź wydaje się czymś bardzo oczywistym i bliskim. Mówi się, że każda z owych czterech mocy może być wystarczająca do oczyszczenia zła, a jeśli zastosuje się wszystkie cztery, to oczyszczone mogą zostać nawet najgorsze czyny. 
I tu dotykamy sedna rzeczy, bo jako chrześcijanka wierzę w swoją niemożność całkowitego oczyszczenia. Choćbym nazbierała i rozsiała wiele białych nasion, one będą niczym, jeżeli to ja – i wyłącznie ja. Ale wierzę też, że nigdy nie jest tak, że w akcie pokuty jestem sama.
LAMA RINCZEN: – W buddyzmie element wyższej siły błogosławieństwa jest bardzo mocny, choć często jest to błędnie rozumiane na Zachodzie – pewnie dlatego, że przed czterdziestu laty w pewnych kręgach w Ameryce dominowało podejście do buddyzmu, jak do pewnego rodzaju psychoterapii. Chodziło o suche medytowanie, używanie jedynie mocy umysłu. Natomiast wspólna wszystkim religiom jest m.in. wiara w istnienie jakiejś wyższej siły błogosławieństwa – i w buddyzmie jest to również bardzo mocne. Modlimy się do Buddów, prosząc o błogosławieństwo, bo bez ich pomocy nie osiągnie się wyzwolenia.
– Czyli jest pewna łaska. Pytanie: czyja? A może nie trzeba pytać? 
O. JAN BEREZA: – Właśnie w Deklaracji o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich wspomina się o wyższej sile w buddyzmie. Człowiek podąża ścieżką duchową przy pomocy wyższej siły. Ponoć, gdy pytano Buddę, czy istnieje Bóg, Budda milczał. Gdy pytano, czy Bóg nie istnieje, też milczał. Dalej pytano: „Czy ty jesteś Bogiem?”. Budda odpowiedział: „Nie, jestem Buddą, to znaczy przebudzonym”. Buddyzm kładzie nacisk na doświadczenie, poznanie poprzez doświadczenie. Natomiast myślenie europejskie jest w kategoriach ontologicznych: prawdy, bytu. I stąd te nieporozumienia. Budda nie powiedział, że Bóg istnieje ani że nie istnieje. Buddyzm jest jakby poza pojęciami teizmu i ateizmu.

Być buddystą, chrześcijaninem, hinduistą...

LAMA RINCZEN: – Jeśli chodzi o to, kim jest Budda, istnieje koncepcja trzech ciał Buddy. Pierwsze z nich to ciało ostatecznej prawdy, które jest bezforemne. Najkrócej można je określić jako absolut, chociaż zapewne ta koncepcja buddyjska nie jest dokładnie tym samym, co absolut w filozofii zachodniej. Jest to coś, czego nie można dotknąć ani zobaczyć. Nie jest to coś, co kiedykolwiek powstało i kiedykolwiek zaniknie. To ponadczasowa absolutna prawda, uznawana za samą istotę stanu Buddy. Dopiero z tej ostatecznej prawdy dla dobra innych są emanowane ciała wielkiej szczęśliwości – są to Buddowie w czystych krainach, rajach buddyjskich. Istnieją też ciała emanacji, czyli Budda z krwi i kości. I jeśli mówimy, że Budda osiągnął oświecenie, to w tym sensie, że urzeczywistnił ostateczną prawdę.
Zupełnie błędnie interpretowane jest to przez niebuddystów, którzy mówią, że Budda był mędrcem i odkąd umarł dwa i pół tysiąca lat temu, biedni buddyści nie mają do kogo się modlić. Dla nas Budda jest stale obecny jako ponadczasowa prawda w niezliczonych formach. Kiedy historyczny Budda był pytany, kto będzie jego następcą, mówił: „Będę pojawiać się pod postacią różnych nauczycieli”. Lamowie są uważani za emisariuszy Buddy, przynoszą jego naukę.
Dla nas Budda jest stale obecny, inaczej buddyzm nie miałby sensu. Byłby tylko psychoterapią, samodoskonaleniem się w używaniu własnych sił i zdolności. Dla nas ciągle istnieje ktoś, do kogo się modlimy o pomoc, kogo prosimy o błogosławieństwo – czasami nawet w sprawach bardzo doczesnych.
O. JAN BEREZA: – Odpowiedzią na wiele problemów i nieporozumień jest dialog międzyreligijny na płaszczyźnie monastycznej. Najlepiej wychodzi on właśnie z buddyzmem. Z jednej strony dlatego, że buddyzm jest religią monastyczną, ale myślę, że głównie dlatego, że bardziej bazuje na doświadczeniu niż na jakichś intelektualnych koncepcjach. Jeśli pozostaniemy w kręgu czystego doświadczenia, to łatwiej się nam dogadać. Kiedy czytamy ojców pustyni, mistrzów zen czy chasydów, to wydaje się, że mówią o tym samym. Problem zaczyna się wtedy, kiedy inni zaczynają interpretować te doświadczenia. Chrześcijaństwo, a zwłaszcza katolicyzm, interpretuje je poprzez filozofię grecką. Różnice często wynikają nie z różnych religii, ale z kultury i sposobu interpretacji danej filozofii.
Ideałem dialogu jest głębokie wejście w swoją religię. Wielcy święci, błogosławieni czy po prostu świątobliwi niekoniecznie prowadzą dialog. To, co robiła matka Teresa z Kalkuty, jest szanowane przez przedstawicieli innych religii. Gandhi, wyznawca hinduizmu, również jest akceptowany przez chrześcijan.
LAMA RINCZEN: – …z tego, co słyszałem, po jego śmierci w Watykanie ogłoszono żałobę. 
O. JAN BEREZA: – Bo jeśli wejdziemy dostatecznie głęboko w swoją tradycję religijną, to jednocześnie otwieramy się na inne.


HALINA BORTNOWSKA jest publicystką, członkiem kolegium pisma „Polis” i animatorem Warsztatów Dziennikarskich Młodych organizowanych przez to pismo. Wieloletnia redaktorka miesięcznika „Znak”, stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. Zajmuje się etyką, dialogiem międzyreligijnym i ekumenizmem.
O. JAN BEREZA jest benedyktynem, mieszka w klasztorze w Lubiniu k. Poznania, gdzie stworzył ośrodek medytacyjny, w którym spotykają się przedstawiciele różnych tradycji religijnych. Działa na rzecz dialogu międzyreligijnego w ramach Europejskiej Komisji Benedyktyńskiej oraz przy Episkopacie Polski.
LAMA RINCZEN (Waldemar Zych) przewodniczy polskiej filii klasztoru Bencien z Nepalu, jest zarazem przewodniczącym Polskiej Unii Buddyjskiej, działającej pod patronatem Dalajlamy. Po ukończeniu trzyletniego odosobnienia medytacyjnego uzyskał kwalifikacje i tytuł lamy (nauczyciela) w tradycji buddyzmu tybetańskiego. Przez dziesięć lat był zakonnikiem buddyjskim. 


Opracowali: Karolina Świrska i Piotr Toczyski („Polis”)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl