Izrael po wyborach: bez szans na porozumienie z Palestyńczykami... 


Szaronowe zwycięstwo

Marek Zając



O wynikach ubiegłotygodniowych wyborów parlamentarnych w Izraelu nie przesądziły ani ostra kampania polityczna, ani kolejne fale palestyńskich zamachów. To głosowanie rozstrzygnęło się ponad dwa lata temu, w małej miejscowości w USA.


Wtedy to, w lipcowy dzień 2000 roku, prezydent USA Bill Clinton oświadczył, że podczas toczących się pod jego egidą izraelsko-palestyńskich negocjacji w Camp David Izrael zgodził się po raz pierwszy rozważyć podzielenie się z Palestyńczykami kontrolą nad Jerozolimą. Już wcześniej premier Ehud Barak, mimo protestów partii koalicyjnych, stawiał wszystko na jedną kartę: był gotów uznać niepodległość Palestyny i wycofać z jej terenów część żydowskich osadników. Następnego dnia rozmowy jednak zerwano, bo strony nie mogły się porozumieć w sprawie podziału jerozolimskiego Starego Miasta, powrotu uchodźców palestyńskich i usunięcia osadników żydowskich. „Camp David było punktem kulminacyjnym procesu pokojowego zapoczątkowanego w Oslo w 1993 r. Lata negocjacji zakończyły się fiaskiem i przepoczwarzyły się w wojnę” – stwierdził później historyk Michael Oren. 

„Ariel sam w domu”
Po Camp David Izraelczycy doszli do wniosku, że rozmowy z Palestyńczykami nie mają sensu. Ich rozgoryczenie było tym większe, że mieli poczucie, iż poszli na maksymalne ustępstwa. Paradoksalnie, gdyby Clinton i Barak byli mniej zdeterminowani, by podpisać pokój z Jasirem Arafatem, mniejsze byłoby społeczne rozczarowanie, a powrót do negocjacji byłby łatwiejszy. Co gorsza, Palestyńczycy też zwątpili w porozumienie i we wrześniu 2000 r. ogłosili wybuch drugiej intifady.
Skoro toczy się wojna, a szanse na pokój są równe zeru, nie trudno zrozumieć, dlaczego Izraelczycy głosują nie na „gołębie” z lewicy, ale na prawicowe „jastrzębie”. Już w lutym 2001 r. w przedterminowych wyborach bezpośrednich na fotel premiera lider prawicowego Likudu Ariel Szaron, nazywany przez Izraelczyków „buldożerem”, zmiażdżył Baraka, wygrywając w stosunku 62 proc. do 37 proc. Ostatnie wybory parlamentarne zwieńczyły dzieło: Likud zwyciężył zdecydowanie, zdobywając w liczącym 120 deputowanych Knesecie 37 mandatów (o 18 więcej niż w poprzednim parlamencie), a lewicowa Partia Pracy z nowym przywódcą Amramem Micną na czele – tylko 19. Poza tym, Kneset będzie – jak zwykle – rozdrobniony: laicyzująca partia Szinui zdobyła 15 miejsc, ultraortodoksyjna Szas – 11, Arabowie – 9, radykalnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe – 7, lewicowy Merec – 6, Narodowa Partia Religijna i Zjednoczony Judaizm Tory – po 5, lewicowa Am Ehad – 4, a partia rosyjskich emigrantów – 2. 
Szaron, mimo przedwyborczych skandali z finansowaniem partii i marnych efektów swoich dotychczasowych rządów, odniósł spektakularny sukces. To jednak pyrrusowe zwycięstwo. Groteskowym echem odbiły się jego słowa o „historycznym” triumfie, gdy za chwilę zapraszał laburzystów do rządu jedności narodowej. „Ariel Szaron, w noc jego wielkiego triumfu, przypominał mi dziecko z filmu »Kevin sam w domu«, które rano spogląda z uśmiechem w lustro i nagle zaczyna przeraźliwie wrzeszczeć, bo zorientowało się, że zostało samo w pustym domu” – napisał po wyborach komentator lewicowego dziennika „Haarec” Joel Marcus.
W kampanii przedwyborczej przywódca izraelskiej prawicy zapowiadał, że nie będzie zawierać koalicji z partiami religijnymi, pozostają mu zatem teraz właściwie tylko Szinui i Partia Pracy. Chodzi tu zresztą nie tylko o wypełnienie złożonych elektoratowi obietnic: Stany Zjednoczone nie życzą sobie mieć na tyłach irackiego frontu radykalnie prawicowego rządu Izraela, który samym swym istnieniem będzie budził niechęć krajów arabskich i prowokował Palestyńczyków do zamachów. 
Laburzyści są dla bezkompromisowej polityki Szarona koniecznym listkiem figowym. Obecność lewicowego ministra spraw zagranicznych Szymona Peresa w poprzednim rządzie Likudu legitymizowała np. brutalne działania armii izraelskiej podczas zeszłorocznej operacji „Mur Obronny” w Autonomii. Bez laburzystów, a przy kontynuacji dotychczasowej polityki, nowy gabinet prawicy może spotkać się z międzynarodowym bojkotem (już dziś niektóre zachodnie uniwersytety nie zapraszają na konferencje naukowe akademików z Izraela).
I wreszcie najważniejsze: negocjacje z Palestyńczykami. Jeśli w ogóle dojdzie do konstruktywnych rozmów, to trudno wyobrazić sobie ich start bez Partii Pracy. By zrozumieć, dlaczego Palestyńczycy nigdy nie będą na serio negocjować z samym Szaronem, wystarczy obejrzeć karykatury z arabskiej prasy. Ulubionym motywem jest monstrualnie gruby premier Izraela, który np. wywija nad głową oderwaną nóżką palestyńskiego dziecka.

„Niech się ludzie cieszą”
Ale Micna, zajęty analizą przyczyn druzgocącej klęski lewicy, nie chce koalicji z Likudem. Nie należy się mu dziwić, bo współpraca z Szaronem byłaby gwoździem do politycznej trumny Partii Pracy. Przed wyborami Micna wystąpił z programem jeszcze odważniejszym niż Barak w Camp David: wycofanie z Gazy, ewakuacja żydowskich osiedli, negocjacje ze znienawidzonym przez Izraelczyków Arafatem, poszukiwanie kompromisu przy podziale Starego Miasta w Jerozolimie i jednostronne (!) wycofanie się z 90 proc. ziem Zachodniego Brzegu. Efekt był taki, że laburzyści stracili w Knesecie sześć mandatów. Teraz jednak Micna musi być konsekwentny, bo gdyby zdecydował się wspierać politykę Likudu, mógłby stracić poparcie stale topniejącego tradycyjnego elektoratu lewicy. Na marginesie: szczególnie dotkliwy dla Partii Pracy jest fakt, że laburzyści nie zdobyli niemal w ogóle głosów tych, którzy po raz pierwszy mogli uczestniczyć w wyborach, czyli izraelskiej młodzieży. Ta tendencja źle wróży też procesowi pokojowi – młodzi Izraelczycy dorastają w klimacie zemsty i nie wierzą w pokój. 
Na drodze do porozumienia między laburzystami a Likudem stoją też osobiste animozje między ich liderami. Kiedy w 1982 r. Szaron jako minister obrony dopuścił do masakry w palestyńskich obozach Sabra i Szatila w Libanie, generał Micna zagroził odejściem z armii, jeśli jego zwierzchnik uniknie odpowiedzialności za tę zbrodnię. Partia Pracy ma też świadomość, że jej wpływ na nowy gabinet byłby mniejszy niż na poprzedni, gdy była najsilniejszym ugrupowaniem w parlamencie.
Plan Micny wydaje się być prosty: jego „nie” dla rządu jedności narodowej doprowadzi do przedterminowych wyborów (sam Szaron oświadczył, że woli kolejne wybory niż koalicję tylko z ugrupowaniami z prawicy). Jeśli zaś do wyborów nie dojdzie, Micna przejdzie do opozycji i w spokoju będzie zwierać zdziesiątkowane po ostatniej porażce partyjne szeregi. Rząd jedności narodowej „jest pułapką, w którą nie wolno znów wpaść. Jeśli Szaron będzie gotów uznać niepodległe państwo palestyńskie i ewakuować osadników, Partia Pracy będzie go wspierać. Na razie pozwólmy ludziom, którzy chcieli Szarona i zafundowali mu wielki triumf, nacieszyć się premierem aż do końca” – radzi Micnie dziennik „Haarec”, a w tych słowach pobrzmiewa nuta rozczarowania rodzimym społeczeństwem.
Jednak inni czołowi laburzyści nie odrzucają tak kategorycznie aliansu z Likudem. „Dla mnie liczy się program, a nie rząd. Jeśli powstanie koalicja pokoju, to moja odpowiedź brzmi: tak” – oświadczył Peres. Gdy wcześniej atakowano go za udział w poprzednim rządzie, odparł, że bronienie kraju przed międzynarodową izolacją nie jest grzechem, a dobro państwa trzeba stawiać ponad interes partii. Zapewne w takie patriotyczne tony uderzy także Szaron, prowadząc teraz rozmowy z laburzystami. Biorąc pod uwagę, że koalicji nie wyklucza też inny czołowy polityk lewicy Beniamin Ben Eliezer, najbliższe dni będą testem siły przebicia Micny we własnej partii.

Rozdwojenie jaźni
Ostatnie wybory potwierdzają, że sterroryzowane zamachami i zniechęcone wiecznymi unikami Arafata społeczeństwo izraelskie zapadło na polityczną schizofrenię. Izraelczycy wiedzą już, że polityka odwetu nie zapobiega kolejnym atakom terrorystycznym, ale rośnie poparcie dla tych polityków, którzy stawiają na odwet. Większość społeczeństwa pogodziła się z myślą, że z terytoriów palestyńskich trzeba ewakuować osadników, ale w wyborach głosuje na Szarona, o którym wiadomo, że będzie umacniał – choćby po cichu – osiedla żydowskie w Gazie i na Zachodnim Brzegu.
Próbą rozładowania tego psychologicznego dysonansu jest mglista nadzieja, że choć na razie trzeba się przede wszystkim bronić, to kiedyś uda się powrócić do negocjacji z Palestyńczykami. Przed wyborami „kiedyś” znaczyło: gdy odejdzie Arafat (i Szaron – dodawali zwolennicy lewicy). Teraz „kiedyś” oznacza: po amerykańskiej operacji w Zatoce, gdy świat przypomni sobie o Bliskim Wschodzie, a za mediację zabierze się na poważnie Biały Dom. Ale przeważać zaczynają ci, którzy nie wierzą już w żadne „kiedyś” i liczą, że spokój zapewni im tylko separacja – zbudowanie muru między Autonomią a Izraelem. Historia uczy jednak, że mury rzadko są dobrym rozwiązaniem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl