Zamiast oficerek nosiłem glany

Z Krzysztofem Vargą rozmawia Andrzej Franaszek



W „Tygodniku Powszechnym” nr 50/2002 opublikowaliśmy „Kontrapunkt” poświęcony „pokoleniu ’89”, dzisiejszym trzydziestolatkom, którzy w dorosłe życie wkroczyli w roku 1989, stając się pierwszym pokoleniem III Rzeczypospolitej. Temat ten chcemy kontynuować, by przyjrzeć się dokładniej Generacji Wielkiej Zmiany – to ona przecież w dużej mierze kształtuje oblicze współczesnej Polski.
W drugim tegorocznym numerze „TP” zamieściliśmy pierwsze komentarze do „Kontrapunktu”. Dziś publikujemy kolejne, m.in. rozmowę z Krzysztofem Vargą, jednym z najważniejszych młodych polskich pisarzy.
Do nadsyłania kolejnych gorąco namawiamy wszystkich Czytelników, także tych, którzy ze względów wiekowych nie identyfikują się z „pokoleniem ’89”




Andrzej Franaszek: – Ludzie urodzeni na przełomie lat 60. i 70., a więc Pana rówieśnicy, to bodaj ostatnie pokolenie, które dobrze pamięta PRL. Dziś pamięć się zaciera, obraz wygładza...
KRZYSZTOF VARGA: – Dla mnie PRL to było coś paskudnego: brud, szarzyzna, beznadzieja. Nie wierzyłem, że świat wokół kiedykolwiek się zmieni i dlatego „załapałem się” na punkową filozofię „no future”. Jeżeli wokół naprawdę jest syf, a ty słuchasz muzyki punkrockowej, w której faceci śpiewają, że nie ma przyszłości – to nie szukasz nadziei.

Naprawdę byłem nihilistą
Zupełnie nie miałem kontaktów z opozycją. Ci, którzy kontestowali w subkulturach, nie angażowali się w działalność opozycyjną. Nie uważałem, że opozycja robi coś bez sensu, ale że wszystko jest bez sensu. Naprawdę byłem nihilistą.
Poza tym chodziłem do specyficznej szkoły – liceum Stowarzyszenia PAX pod wezwaniem św. Augustyna. Specyfika tej szkoły polegała nawet nie na tym, że było to liceum męskie i katolickie, ale że świetnie kanalizowano tam polityczne ciągoty uczniów. Margines wolności w wyrażaniu swoich poglądów na rzeczywistość był całkiem duży. Można było swobodnie na lekcjach rozmawiać o komunistycznej opresji, Katyniu, opowiadać dowcipy o milicjantach etc. Na korytarzu stało eleganckie popiersie Bolesława Piaseckiego, ale w podziemiach znajdowała się izba pamięci Dywizji Pancernej gen. Maczka.
Nikt się chyba nie zastanawiał na tym, kim naprawdę był Piasecki i czym naprawdę jest PAX. Może czuliśmy się jakoś lepsi i bardziej wolni od naszych rówieśników z normalnych szkół? Że jesteśmy tacy elitarni, że nam różne rzeczy wolno. O uczniach naszej szkoły mówiono „święci młodziankowie”. Nic dziwnego, że nam odwalało. Gdyby PAX dostał koncesję na zmonopolizowanie całego szkolnictwa w Polsce, nie urosłoby pewnie pokolenie NZS.
Dlatego też na komisariacie wylądowałem kiedyś nie dlatego, że rozrzucałem ulotki, ale dlatego, że miałem fryzurę i strój nie takie, jak trzeba. Nie dotyczyły mnie wydarzenia kluczowe dla ludzi starszych nawet o kilka lat. 13 grudnia 1981 miałem 13 lat. Następnego dnia, w poniedziałek, miała być klasówka z fizyki, więc symulowałem grypę. Włożyłem w to dużo wysiłku, od niedzieli rano leżałem ciężko chory w łóżku. I okazało się, że szkoły nie będzie. Ekstra!
Mieszkałem wtedy na Stegnach, przy drodze łączącej Ursynów ze Śródmieściem. Jeździły tamtędy kolumny transporterów opancerzonych. Zauważyłem, że przejeżdżają pod moim oknem i wracają. Kompletny absurd: 40 transporterów jeździ w kółko między Ursynowem a Śródmieściem. Nie odczuwałem tego nawet jako próby zastraszenia kogokolwiek, ale właśnie jako coś zupełnie irracjonalnego, głupiego. Ale stan wojenny nie był dla mnie traumą, byłem za młody. Był raczej niespodziewanymi wakacjami. Dopiero później poczułem przytłaczającą beznadzieję lat 80. I zdziwienie, że to się skończyło. W 1989 r. świadomie poszedłem do wyborów, żeby skreślić komunistów. Mój światopogląd przestał być aż tak nihilistyczny.

Maciejówki z orzełkami
Czym pasjonowali się ci, którzy uważali, że wszystko jest bez sensu?
– Generalnie rzecz biorąc, poczuciem owego bezsensu. To był rodzaj samonakręcania się. Mentalnie – prócz lektur np. Kafki, ukształtowała mnie muzyka: w połowie lat 80. słuchałem punkowej, wściekłej, agresywnej oraz zimnofalowej, „dołerskiej”, przy której chciało się wyskoczyć z okna. 
Te zespoły wyrażały moje frustracje, niepokoje, szukałem w nich inspiracji. W piątki były koncerty w klubie „Remont”, nazwane „Rock Front”. Chodziłem na wszystkie, nawet te beznadziejne, bo dzięki temu znajdowałem się w pewnej wspólnocie ludzi i wartości. No, może raczej anty-wartości. Usłyszałem niezliczoną ilość zespołów. Kto dziś pamięta o jakichś „Lalkach Kaliguli”, „Ivo Partizanie” czy „Trybunie Brudu”? Ważny był „Dezerter”, „Tzn Xenna”, ale też „Kult”, „T.Love”. Tak, jak na niektórych moich rówieśnikach wielkie wrażenie robiły wiersze Herberta, tak mnie kształtowała „Brygada Kryzys”. Jej zasługi dla kultury polskiej są równie wielkie. Muzyka rockowa kulturowo kształtowała wtedy bardzo wielu ludzi. W latach 80. polski rock miał niezwykłą siłę kulturo- i mentalnotwórczą.
Nie wiem, czy to było prawdziwe; po prostu działało na emocje. Wydawało mi się, że zespoły angielskie i polskie mówią podobnym głosem: śpiewają o braku nadziei. Bunt angielski z końca lat 70. też wyrósł na podstawie społecznej. I choć nie ma co porównywać thatcheryzmu z polskim komunizmem, i walki angielskich górników ze zrywem polskich stoczniowców, to jednak była jakaś wspólna opresja. Z jednej strony sprawy społeczne, z drugiej – czysto egzystencjalne. Został mi po tym doświadczeniu dystans: dziś jest świetnie, udało nam się, ale w każdej chwili wszystko może się schrzanić.
A przecież kończył Pan studia w Warszawie w gorącym okresie strajków studenckich, odradzania się NZS-u...
– Rzeczywiście: wyszedłem z męskiego liceum, gdzie chętniej rozmawiano o panienkach niż o polityce, i wylądowałem na polonistyce Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie były same panienki, a mnóstwo ludzi ocierało się o działalność opozycyjną. Chociaż to przecież był już rok 1987-88, więc trudno mówić o jakimś heroizmie. Kiedy zaczynałem studia, przewaliła się przez uczelnię ostatnia fala strajków studenckich. Widziałem je z bliska, ale nie angażowałem się. To była groteska!
Pamiętam tych chłopaków, którzy traktowali strajk jak piknik i obwieszali bramę uniwersytetu kwiatami. Pamiętam ludzi, którzy przez zamkniętą bramę uczelni podawali strajkującym papierosy i jedzenie. Pamiętam studentów historii – w oficerkach, kurtkach wojskowych, maciejówkach z orzełkami. Naprawdę czułem niesmak... W tej generacji istniała – może nawet nie uświadomiona – tęsknota za przeżyciem na miarę Powstania Warszawskiego: ach, jak byłoby wspaniale, gdyby grał „Marsz Mokotowa”, a my byśmy walczyli, strzelali, ginęli. No i te sanitariuszki, które by całowały umierających bohaterów. Myślę, że wielu ludzi miało ten kompleks.
Nigdy np. nie słuchałem Kaczmarskiego ani Gintrowskiego. Denerwowała mnie też stachuromania, która wybuchła w latach 80. Ci wszyscy chłopcy, którzy chcieli być „Stedami”. Nie lubiłem brodaczy w wyciągniętych swetrach, którzy jechali w Bieszczady, by grać na gitarze. Ale jeśli chodzi o Kaczmarskiego, rozumiem, że dla wielu był ważny emocjonalnie. Pamiętam imprezę w akademiku pod koniec lat 80. Pijani ZSP-owcy śpiewali na cały głos „Mury”. Nie NZS, tylko ZSP. To było coś!
Poważna zabawa w opozycyjność i tęsknota za Powstaniem przeplatały się wtedy z działalnością Pomarańczowej Alternatywy. Byłem parę razy na jej akcjach. Tam przychodzili też chłopcy od oficerek i maciejówek, bo to był inny sposób walki z systemem. Tyle że jedni podchodzili do tego poważnie, a inni traktowali sprawę jako zabawę.
Przez pierwsze trzy lata studiów bardziej interesowało mnie życie towarzyskie i uczuciowe niż tajemnice przegłosu i palatalizacji. Należę do ostatniego pokolenia, które w ten sposób traktowało studia. W komunizmie studia były przechowalnią, w której można przedłużyć sobie młodość, a przy okazji nie pójść do wojska. Wejście w dorosłość oznaczało wpadnięcie po szyję w PRL-owską magmę: gęstą, cuchnącą i beznadziejną. Po ’89 roku studia stały się pomostem do dorosłego życia: należy szybko je kończyć i zacząć pracować. Teraz to raz jeszcze może się zmienić, biorąc pod uwagę niezwykle wysokie bezrobocie wśród absolwentów – znów nie bardzo jest się do czego śpieszyć.
Wielu z Pana rówieśników wspomina rozczarowanie, które ich spotkało na początku lat 90. Wcześniej zaangażowani w opozycję, z dnia na dzień przestali być potrzebni...
– W latach 90. nie czułem się oszukany: przecież wcześniej zamiast oficerek nosiłem glany. Jak ktoś był w NZS, mógł się załapać – zostać choćby dyrektorem jakiegoś departamentu. Ja nigdzie nie byłem. Nikt mi nie dawał żadnych stanowisk. Dlaczego miałby mi je dawać? W tym względzie nie miałem żadnych oczekiwań, więc nie mogło być mowy o rozczarowaniu. A jeśli już to in plus.
W 1991 r. znalazł mnie Antek Pawlak – poeta i działacz opozycyjny. Znałem go jeszcze z moich czasów licealnych, gdy był redaktorem „Powściągliwości i Pracy”. Antek był wtedy szefem działu kultury w „Gazecie Wyborczej”. Zaproponował, żebym pisał recenzje książkowe, bo pamiętał, że w szkole coś tam pisałem i brałem udział w konkursach literackich – czysto pragmatycznie, bo to zwalniało z lekcji fizyki. No i zacząłem przynosić recenzje. Aż doszło do tego, że dziś jestem w „Gazecie”.

Polska męczy
A potem stał się Pan autorem książki „Chłopaki nie płaczą”, określanej jako „pokoleniowa”...
– Zacząłem ją pisać z nudów na wakacjach w Holandii. I okazało się, że bardzo tego chcę. Mój kolega, Paweł Dunin-Wąsowicz, który zajmował się wydawaniem trzecioobiegowego pisma literackiego i miał jednosobowe wydawnictwo, opublikował „Chłopaków...” natychmiast, nawet bez korekty. To była książka punkowa, zrobiona według zasady Do It Yourself: sam napisz i sam wydaj. Zero profesjonalizmu.
Nigdy nie była dla mnie książką pokoleniową. Oczywiście pojawiali się w niej, jakoś „przerobieni”, moi koledzy, z którymi płynąłem przez warszawskie realia początku lat 90. I oczywiście ta książka stała się naturalnym końcem wielu przyjaźni. Nie traktowałem jednak tych ludzi jako pokolenia. Raczej pewne towarzystwo, być może w jakiś sposób reprezentatywne dla tego czasu i miejsca. Ale jeśli dla kogoś jest to książka pokoleniowa – proszę bardzo.
Odbiór był dwojaki. W pismach literackich i dziełko, i autor zostali zmiażdżeni. Dobre recenzje miała natomiast w fanzinach, nieformalnych pisemkach punkowych. Może to nie była książka dla krytyków literackich? Ale nabawiłem się gęby kogoś, kto pisze prozę lumpeninteligencką, w której właściwie nie ma nic oprócz tego, że jacyś kolesie piją wódkę, palą trawkę i podrywają panienki.
Czy nie czuje się Pan jednym z pisarzy, którzy jakoś zawiedli społeczne oczekiwania – nie stworzyli w literaturze portretu czasu przemian?
– Polską literaturę dotknęło nieszczęście czytania w kontekście politycznym. W lata 90. wchodziła ona podzielona na oficjalną i nieoficjalną, krajową i emigracyjną. Tych jednak, którzy właśnie wtedy zaczęli publikować, podział ów kompletnie nie interesował. Na tym polegał przecież tak naprawdę fenomen tzw. pokolenia „bruLionu”. Dlatego moi bohaterowie nie zastanawiali się, czy reforma Balcerowicza się uda, czy Mazowiecki jest dobry, a Olszewski zły, czy „Solidarność” się skończyła, czy nie. Naprawdę było wtedy wielu takich ludzi. Nie sądzę, by społeczeństwo czegoś się wtedy akurat po mnie spodziewało.
A jednocześnie po ’89 roku czekano w Polsce na potężną powieść o przełomie, coś na miarę „Lalki”. Jednak okazało się, że szuflady pisarzy są puste. Starzy nie umieli napisać takiej książki, młodzi nie chcieli. Sam chętnie przeczytałbym dobrą powieść o pojawieniu się w Polsce kapitalizmu. Może kiedyś powstanie? Literatura czasami potrzebuje dystansu. Wtedy jednak ona niestety nie powstała. Dlaczego? Może dlatego, że wszyscy byli już Polską zmęczeni.
Polska męczy?
– Mnie Polska męczyła zawsze. Inne kraje mogą nudzić, a Polska męczy. To jej cecha dystynktywna. W jednych krajach są piękne zabytki, w innych cudowny klimat, w jeszcze innych obłędne krajobrazy, a w Polsce unosi się jakiś nieusuwalny smog zmęczenia, aż ciężko oddychać.
Doskonale rozumiałem potrzebę emigracji. Z mojej klasy, z mojego podwórka kilku kolegów wyemigrowało, i zrobiło to już pod sam koniec lat 80. Mnie to nigdy jednak nie pociągało. Nie chcę być patetyczny, ale po prostu tu się urodziłem, tutaj dorastałem i jest duże prawdopodobieństwo, że tu umrę. Gdyby nie 1989 rok, byłbym teraz zapewne nauczycielem polskiego w jakiejś szkole, albo instruktorem w osiedlowym domu kultury i brnąłbym przez szarzyznę peerelowskiego życia. Pewnie mieszkałbym z rodzicami, bo nie stać by mnie było na mieszkanie. Oczywiście teraz jest mi lepiej.
Choć nie pisałem o Polsce, moi bohaterowie wiedzieli, że to miejsce, gdzie można sobie ułożyć życie. Wiedzieli, że tutaj są w stanie zarobić więcej niż za granicą. Warszawscy „królowie życia” to jednak tylko promil tego pokolenia. Nasi rówieśnicy żyją też przecież w rejonach strukturalnego bezrobocia. A należą metrykalnie do tego samego pokolenia. Co będzie z młodszymi, dla których nie ma pracy? Czy nie będą chcieli znowu emigrować? Czy powstaną nowe subkultury, kontestujące zastaną rzeczywistość?

Od paru lat trwa jakaś dziwna nostalgia za PRL-em...
– Na pewno nie jestem nostalgikiem PRL-u, choć ta nostalgia odzywa się powszechnie – nie za systemem politycznym, ale za siermiężnymi gadżetami tamtej epoki. Co ciekawe, ona pojawia się nie tylko u ludzi, którzy w PRL-u czuli się bezpieczniej socjalnie, ale także u beneficjentów dzisiejszej Polski. Moi rówieśnicy licytują się wspomnieniami wytworów PRL-owskiej popkultury, Kapitanami Klossami, oranżadkami w proszku itp. Na mieście widziałem niedawno mnóstwo reklam PoloCocty. PoloCocta wraca, jakiś wstrętny peerelowski substytut Coca-Coli! Kiedy dostaliśmy właściwie wszystko, nagle okazało się, że tęsknimy do takich nieudanych namiastek. Ale to chyba po prostu tęsknota za młodością.

Krzysztof Varga (1968) – pisarz, autor powieści „Chłopaki nie płaczą” (1996), „Bildungsroman” (1997), „Śmiertelność” (1998), „Tequila” (2001, nominacja do Nagrody Nike), „Karolina” (2002) oraz nagrodzonego przez Fundację Kultury zbioru opowiadań „45 pomysłów na powieść” (1998); redaktor „Gazety Wyborczej”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl