Podróż po Albanii (2)


Shqiperia to jest samotność

Andrzej Stasiuk



12. Tak, piłem czarny fernet i próbowałem wyobrazić sobie kraj, z którego pewnego dnia odejdą wszyscy ludzie. Zostawią go na pastwę czasu, który rozsadzi powłoki godzin i miesięcy i w czystej postaci wejdzie w resztki rzeczy i miast, rozpuści je, przemieniając w pierwotną materię, w powietrze i minerały. Bo, tak naprawdę, to właśnie on, czas, był tutaj najważniejszym żywiołem. Ciągły i ciężki jak gigantyczne bydlę zalegał w dolinach rzek, przygniatał grzbiety gór od Szkodry po Sarandę i od Korczy po Dürres. To w jego wnętrzu żyli mężczyźni wystający na rogach ulic i na placach. Być może wyglądali jego śmierci i zarazem lękali się jej, ponieważ agonia przedwiecznego zwierzęcia, w którego wnętrznościach brodzili, oznaczała dla nich nagłą samotność. Gdyby zdechło, nigdy by się już nie spotkali. Porwałyby ich oddzielne strumyki minut i dni będące jedynie smutną ludzką imitacją starego nurtu, którego potęga przywodziła na myśl jedynie nieruchomość. Musieliby żywić się padliną wieczności, ponieważ właśnie tak smakuje wolność.

13. Na plaży w Sarandzie ludzie odgarniali śmieci i robili sobie miejsce. Odsuwali plastikowe butelki, kartony, puszki, opróżnione cuda cywilizacji, foliowe torby Boss, Marlboro i Tesco, by odsłonić spłachetki piasku, na których rozkładali się całymi rodzinami. Wiatr niósł w głąb lądu przezroczyste strzępki i rozwieszał na drzewach. Wiało z zachodu. Nigdy w życiu nie widziałem takiego syfu i takiego spokoju, z jakim ludzie żyli wśród odpadków, by co chwilę dorzucać do nich nowe. Spłachetki uprzątniętej plaży miały wielkość koca albo grupki siedzących osób. Było coś pysznego i pogardliwego w tych gestach odrzucających zużyte rzeczy: jakaś wielkopańskość konsumpcji i teatr obojętności wobec wszystkiego, co nie jest samym zaspokojeniem zachcianki. Wiało z zachodu dosłownie i metaforycznie. Wiatr nie przyniósł jednak niczego, co by miało jakąkolwiek wartość. Być może te inne rzeczy, które tam niewątpliwie były, po prostu nie nadawały się do transportu i po drodze traciły wartość, psuły się, rozpadały. Niewykluczone jednak, że nie były tutaj nikomu potrzebne.

14. Gdy pierwszego dnia wychodziliśmy z portu, zaczepił nas Genci. Miał trzydzieści parę lat, sandały na bosych nogach i czarne wyszmelcowane szorty. Na ramieniu trzymał kilkuletniego chłopczyka. Płynną angielszczyzną zapytał nas, skąd jesteśmy i czy nie potrzebujemy pokoju. Po nieprzespanej nocy bardzo potrzebowaliśmy. Zaprowadził nas pomiędzy paropiętrowe zrujnowane bloki: smród, strumienie rynsztoków torowały sobie drogę wśród usypisk gruzu i tlących się śmieci, rumowisko kamieni, niezniszczalnego plastiku, jakiś bałkański the day after. Opalone dzieciaki przyglądały się nam ciekawie i nie mieliśmy siły, żeby spławić życzliwego faceta. Genci zawołał i po chwili przyszła stara kobieta cała na czarno. Ruszyliśmy za nią. Otworzyła kratę zamykającą balkon na parterze jednego z bloków, a potem wejściowe drzwi. W środku było chłodno i absurdalnie czysto. Dwupokojowe mieszkanie po prostu lśniło. Lśniła terakota na podłodze, lśniła lodówka, lśniła łazienka, błyszczał telewizor, błyszczał wielki wentylator, nawet z pościeli unosił się lekki, pachnący czystością blask. Wszystko wyglądało tak, jakby nikt nigdy tutaj nie mieszkał, tylko sprzątał, sprzątał i sprzątał. Ona jest wdową – powiedział Genci – i dlatego trzeba jej zapłacić 25 dolarów za noc.
Potem spotkaliśmy Genciego jeszcze parę razy. Mówił bez przerwy i bez przerwy nam coś obiecywał. Twierdził, że zna Ismaila Kadare, że Kadare jest teraz w Albanii i może nas umówić na spotkanie. Proponował nam klimatyzowany apartament w centrum Tirany za dziesięć dolarów. Opowiadał o swoim nawróceniu na ewangelicyzm, o swojej żonie pracującej w Fundacji Sorosa, z dumą o ojcu pracującym w czasach Hodży w służbie bezpieczeństwa. Któregoś dnia, gdy rozmawialiśmy o Europie w ogóle, zadał nam pytanie, czy w Polsce był komunizm.

15. Z nabrzeżnej promenady w Sarandzie widać zamglone brzegi Korfu. Można siedzieć przy kawiarnianym stoliku w ruchliwym cieniu palm i patrzeć, jak wielkie pasażerskie promy suną przez gładkie wody cieśniny i przepadają w otwartym morzu. Bardzo możliwe, że turystyczna międzynarodówka przygląda się albańskiemu brzegowi tak, jakby przyglądała się brzegom, powiedzmy, Liberii albo Gwinei. Niewykluczone, że mają nawet lornetki. Siedmiopiętrowe nawodne hotele połyskują w słońcu i znikają. Jest w tym coś z safari i coś z fatamorgany.
Popijałem grecką retsinę i próbowałem sobie wyobrazić to miejsce dwadzieścia lat temu. Próbowałem sobie wyobrazić kraj odcięty od reszty świata niczym wyspa na jakimś oceanicznym zadupiu. Kraj, który ma około stu sześćdziesięciu wrogów (umówmy się, że wtedy mniej więcej tyle było państw na politycznej mapie). Niebezpieczeństwo czai się na wschodzie i na zachodzie. Czyha kapitalizm, czyha komunizm w zdegenerowanej sowieckiej i chińskiej postaci, czyhają afrykańskie monarchie i technokratyczne reżimy południowowschodniej Azji, czyha Grenlandia i czyhają Wyspy Zielonego Przylądka, czyha kosmos znieprawiony przez Amerykanów i Sowietów. Enver Hodża, wyjeżdżając z Tirany, zamyka przekaźnik telewizyjny i klucz zabiera ze sobą, żeby ktoś pod jego nieobecność nie puścił greckiego, włoskiego albo jugosłowiańskiego programu. W Sarandzie – tak jak dzisiaj – jest późne popołudnie, nie ma tylko tych wszystkich pospiesznie skleconych betonowych knajp i hoteli. Ludzie siedzą na brzegu morza i patrzą na przepływające statki należące do wroga. Wielkie półprzezroczyste domy płyną ku własnej zagładzie, ponieważ należą do świata, na którym ciąży przekleństwo. Zapada zmierzch i tak naprawdę tamten świat nie istnieje. Nie posiada znaczenia ani formy i jest tylko jakimś antyświatem, czyli nierzeczywistością skażoną fundamentalnym kłamstwem. 
Trzysta dwadzieścia kilometrów w najdłuższym miejscu i sto czterdzieści w najszerszym. To daje około dwudziestu ośmiu tysięcy kilometrów kwadratowych absolutnej prawdy i samotności. W 1948 roku renegatem okazuje się Jugosławia, w 1961 – Sowiety, w 1978 – Chiny. Zdrada ze wszystkich stron otacza Albanię. Wiejscy nauczyciele układają z kamieni wielkie hasła na wzgórzach. „Czujność, czujność, czujność”, „Najniebezpieczniejszy wróg to wróg, o którym się zapomina”, „trzeba myśleć, trzeba pracować, trzeba żyć jak rewolucjoniści” (Ylljet Aliçka, „Kompromis”, tłum. Dorota Horodyska). Zaniedbanie lub błąd grożą posądzeniem o zdradę. Trzysta dwadzieścia w jedną, sto czterdzieści w drugą i żadnych szans na ucieczkę, bo reszta świata jest nicością. 
Kamienne hasła najlepiej widać było z góry, z nieba. Stanowiły wyzwanie dla wszechświata. Zdaje się, że to był plan maksimum, w którym nie chodziło ani o Chiny, ani o Sowiety, ale o nawrócenie całego kosmosu.

16. Któregoś dnia wybraliśmy się z Korczy do Voskopoji. Chcieliśmy zobaczyć to niegdyś największe miasto w europejskiej części ottomańskiego imperium z trzydziestoma tysiącami domów wybudowanych tak gęsto, że „koza mogła przejść po dachach z jednego końca miasta na drugi”, z dwudziestoma dwoma świątyniami, chcieliśmy zobaczyć miejsce, gdzie krzyżowały się szlaki karawan z Polski, Węgier, Saksonii, z Konstancy, Wenecji, Konstantynopola i gdzie dwieście osiemdziesiąt lat temu powstała pierwsza na Balkanach drukarnia. 
Żeby się tam dostać, wynajęliśmy furgonetkę. Prowadził Jani, a jego kumpel wciąż próbował rozmawiać. Znał kilka ogólnosłowiańskich słów. Jego „kameradka” była Słowaczką. Poznali się na plantacji oliwek w Grecji. Jechaliśmy dziurawą drogą wciąż w górę. Przez trzydzieści kilometrów nie było żadnego skrzyżowania, tylko od czasu do czasu gdzieś z gór zbiegały ośle ścieżki. Chłopcy częstowali nas papierosami i pokazywali tombakowe sygnety w kształcie lwich głów.
Voskopoja to był absolutny parter. Właściwie nie wyglądała na zbudowaną, tylko na ułożoną z kamieni. Niektóre domy rozsypywały się pod własnym ciężarem i nie był to skutek zaniechania, opuszczenia ani starości, ale właściwość użytego materiału. Po prostu nic większego ani wyższego nie dało się usypać czy też ułożyć z tego budulca. Wszystko przypominało bardziej geologię niż architekturę. Jakby któregoś dnia ziemia zwyczajnie się rozstąpiła i wydała na świat swoją wersję ludzkiej zabudowy. I teraz kruszejące mury, sypiące się ściany, wyschnięta glina wyciekająca strumyczkami ze spoin, spękane dachówki, rozszczepione upałem drewno bram i furtek wspomagane erozją i grawitacją próbowały powrócić do wnętrza ziemi.

17. Jani i jego kumpel czekali na nas w knajpie. To był jeden kamienny pokoik z pięćdziesięciokilkuletnią Greczynką za barem. Kobieta wyliczyła nam wszystkie kościoły, które kiedyś tutaj stały. Poczęstowała serem, papryką, chlebem i raki. Nie chciała pieniędzy. Chciała rozmawiać, chciała opowiadać. Wcale jej nie przeszkadzało, że musimy zgadywać treść tego, co do siebie mówimy. Potem przyszli jeszcze inni, żeby nas zobaczyć i uścisnąć nam ręce. Jani z kolegą pili jedną albańską brandy za drugą i zapijali piwem „Tirana”. Chcieliśmy zostać dłużej, ale baliśmy się o naszych przewodników, bo dla nich upływ czasu oznaczał jedynie kolejne kieliszki. Ludzie wyszli przed knajpę i patrzyli, jak odjeżdżamy. Chłopcy mówili i mówili. Stawali wśród kukurydzianych pól, zrywali naręcza złotych kolb i wtykali nam do kieszeni. Teraz było ciągle z góry i toczyliśmy się na luzie, oszczędzając paliwo. Jani włączył monotonną, transową muzykę, jakieś tureckie techno, i zaczęli tańczyć na siedząco. Podskakiwali i kołysali się w fotelach jak w wielbłądzich siodłach. Jani puszczał kierownicę i wznosił ramiona w kolistych płynnych gestach. Czasami odwracali się, żeby sprawdzić, czy bawimy się tak samo dobrze jak oni. A potem zgodne z tym monotonnym pustynnym rytmem zaczęli pokrzykiwać: „ben Laden! ben Laden! ben Laden!” i tak rozkołysani, z otwartymi oknami, przez które wpadało gorące powietrze i pył wtoczyliśmy się na przedmieścia Korczy. Ale to nie był wcale koniec, bo musieliśmy jeszcze koniecznie odwiedzić sklep należący do przyjaciela Janiego i tam koniecznie napić się piwa. Siedzieliśmy na skrzynkach wśród zieleniny, pomidorów i bzyczenia much, a Jani tłumaczył nam, że właściciel jest oficerem policji, ale postanowił założyć własny biznes. Czarnowłosy chłopak uśmiechał się nieśmiało, częstował papierosami i podsuwał twarde czerwone jabłka. Narzeczony Słowaczki spał z głową między białymi kręgami serów.

18. Ze starej twierdzy w Krui pozostała tylko kamienna wieża, trochę murów i zarysy fundamentów. Resztę w 1982 roku wybudowała Pranvera Hodża, córka Envera. Była architektem, posiadała władzę i tak właśnie wyobrażała sobie albańskie średniowiecze. To właśnie tutaj w 1443 roku Skanderbeg wywiesił sztandar z czarnym dwugłowym orłem i ogłosił niepodległość Albanii. Rzucił wyzwanie Turcji, przed którą drżała wówczas cała chrześcijańska Europa. Kalikst III mówił o nim „Athleta Christi”, chociaż Jerzy Kastriota w młodości przeszedł na islam i stąd jego imię: Skander. Oczywiście przegrał i Albania musiała zaczekać z niepodległością do 1913 roku. To wszystko, cała ta wielusetletnia historia ze sztandarami, podobiznami wodzów, mężów stanu, papierami, mapami i kopią hełmu Skanderbega, znajdowało się w budynku córki Envera. Przy wejściu, którego pilnował żołnierz z kałasznikowem, stała kolejka.
My poszliśmy z powrotem, w tę długą, ciasną uliczkę zabudowaną starymi domami. Było ich kilkanaście i w każdym sprzedawali starzyznę, tysiące, dziesiątki tysięcy przedmiotów. W chaosie i półmroku, ułożona w stosy, upchnięta w sterty, rozwieszona w pęczkach, zgromadzona została tutaj cała przeszłość Albanii. Rzeźbione skrzynie, ciężkie ciemne stoły, wodne fajki, zakrzywione noże, naszyjniki ze srebrnych monet, babskie wyszywane stroje przesiąknięte starością i stęchlizną, makaty z widokami Stambułu i Mekki, kawałki uprzęży, wyschnięte na wiór kierpce, orientalne filigrany, szable, sprzęty z drewna, przyrządy z kości, przedmioty z rogu, dywany, żeliwne okopcone garnki, jakiś zakurzony supermarket kultury materialnej i wszystko wytarte od dotyku, wygładzone przez pokolenia, ani trochę nie udawane i ledwo co wydobyte z ciemności i przetarte na sprzedaż. Wchodziliśmy kolejno do tych sezamów, ale rozmaitość i barbarzyński splendor materii wypychały nas na zewnątrz. W którymś momencie wysiadł prąd. Sprzedawcy prowadzili nas w głąb mrocznych labiryntów i za pomocą ręcznych latarek pokazywali pojedyncze rzeczy. Żółty krążek światła przeskakiwał z przedmiotu na przedmiot, z jednego okrucha przeszłości na inny, wyłuskiwał z burego półmroku skrawki strojów, ornamenty, metaliczne błyski biżuterii, i to było tak, jakby się próbowało czegoś dowiedzieć o świecie, w którego realność trudno do końca uwierzyć. Te ni to muzea, ni to rupieciarnie, ni to składnice historii z błądzącą w ich wnętrzu bezradną smużką światła układały się w jakąś albańską metaforę. W którymś z kolejnych sklepów na starożytnej otomanie leżał właściciel. Obok stały buty, a on po prostu spał. 
Prawie w każdym z antykwariatów był jakiś kąt, w którym ciśnięto na kupę najnowszą historię. Składała się głównie z papieru i wizerunków Envera. To były w większości jakieś ciężkie księgi i albumiszcza, w których wódz występował na tle swoich osiągnięć: Enver na tle tłumów, Enver na tle nowych osiedli, Enver na tle łanów zbóż i fabryk. Poza papierem były jeszcze medale i odznaczenia z obowiązkową czerwoną gwiazdą. Tylko tyle zostało i tyle nadawało się na sprzedaż. Nie wiem zresztą, czy ktoś to w ogóle kupował. Za album o życiu Hodży facet chciał trzydzieści dolarów. Podał cenę i nie miał ochoty na żadne targowanie. Powtarzał swoje „thirty” i w końcu zniecierpliwiony odwrócił się plecami. „Albańczycy się nie targują” — powiedział mi potem Astrit. „Zwłaszcza z kimś z zagranicy. Po prostu myślą, że wszyscy mają pieniędzy więcej niż oni i jeśli chcą zapłacić mniej, to jest to niesprawiedliwe”.
No i były tam jeszcze bunkry. Stały wszędzie, w każdym sklepie — dziesiątki, setki miniaturowych bunkrów z białego kamienia. Mogły służyć jako popielniczki, przyciski i bibeloty dla ozdoby. Kiedy się już wyjedzie, miały po prostu przypominać Albanię.

19. Albania to jest samotność. Takie zdanie przychodzi mi do głowy, gdy przypominam sobie późne popołudnie w Korczy. Stare, pamiętające jeszcze ottomańskie czasy targowisko już opustoszało. Odjechały zabytkowe mercedesy i konne dwukółki. Kobieta zmiatała śmieci z placu. Tego dnia niebo było szare i ta szarość teraz, gdy tłum się rozszedł i zniknął barwny rozgardiasz towarów, spływała z góry i wypełniała pustkę rynku. Opuszczone jednopiętrowe domy wchłaniały ją jak kamień wchłania wilgoć. Cała przestrzeń targowiska była obumarła i nieruchoma, jakby nikt nigdy tutaj nie zaglądał. I wtedy w najdalszym kącie placu zobaczyłem trzech mężczyzn. Siedzieli w kucki wokół miniaturowego rusztu i piekli kolby kukurydzy. Ledwo można było ich odróżnić na tle szarych murów. Gęstniejący zmierzch zacierał ich sylwetki. Właściwie widać było tylko ogień, czerwony, niespokojny płomyk na wietrze.

20. Któregoś dnia rozmawialiśmy z Astritem o emigranckich szlakach Europy, o tej nieustannej wędrówce ze wschodu i południa na zachód, o gastarbajterskich nomadach ciągnących z Polski, z Ukrainy, z Białorusi, Bułgarii, Rumunii, żeby dokonać nędzarskiej konkwisty terytoriów germańskich, francuskich, anglosaskich i całej reszty aż po przylądek św. Wincentego, przylądek Passero i przetwórnie rybne Islandii. Mówiłem Astritowi o Polakach i Ukraińcach na niemieckich budowach i folwarkach, snułem starą balladę o tym, jak gorzkie jest życie gorszych ludzi w lepszym świetle. Wszystko po to, by w jakiś sposób zrównoważyć jego albańską opowieść. Kiedy skończyłem, Astrit powiedział: „To nie to samo. Nie wiesz, co to znaczy być Albańczykiem w Europie”. Zaraz potem zmieniliśmy temat.

21. To są pozostałości po 1997 roku – powiedział Rigels. To było w Gjirokaster i pytałem go o zrujnowane partery niektórych domów. Nie było drzwi, okien, witryn, tylko wielkie dziury u podstawy budynków wypełnione śmieciem, resztkami jakichś sprzętów i gruzem. W 1997, wiosną, rozsypały się finansowe piramidy. Rząd Saliego Berishy do końca zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą i w pewien sposób popierał działalność tych bajkowych instytucji. Skuszeni geometrycznym postępem bogactwa ludzie wyprzedawali wszystko, co mieli, domy, mieszkania, zaciągali długi i wpłacali pieniądze na konta, które miały rosnąć jak słupek rtęci, gdy nadciąga gorączka. Dziesiątki tysięcy Albańczyków straciło wszystko.
– Czy to, co tam było, sklepy, knajpki, należało do rządu? – zapytałem Rigelsa. Uśmiechnął się tylko: – Nie. To należało do kogoś, kto po prostu coś miał, a ludzie, którzy to grabili i niszczyli, nie mieli już nic. To była zemsta za posiadanie czegokolwiek.
Próbowałem sobie to wszystko wyobrazić. Siedzieliśmy w przyjemnej knajpce ukrytej w piwnicznych wnętrznościach starej fortecy górującej nad miastem. Piliśmy białe wino. Rigels witał się ze znajomymi. Obok podrastający chłopcy pili piwo i rozmawiali o dziewczynach, a ja próbowałem sobie wyobrazić, jak ich rówieśnicy pięć lat temu prują w powietrze seriami z kałachów, przez chwilę szczęśliwi, że sprawiedliwość i prawda nareszcie należą do nich. Niektórzy strzelają w okna sąsiadów, których nigdy nie lubili. Próbuję sobie wyobrazić tę straceńczą rewolucję ograbionych ludzi. Zrewoltowane Gjirokaster i Vlora leżą na Południu, a Berisha jest z Północy. Ten geograficzny podział jest tak silny historycznie, że zanosi się na wojnę domową. W każdym razie prezydent każe właśnie na Północy otworzyć magazyny z bronią w nadziei, że jego krajanie ruszą z krucjatą, by zdławić buntownicze Południe. „Szybko jednak zrozumiano, że wojna domowa Północ-Południe jest blefem lub niedoszłym zamiarem. Miejsce wojny domowej zajęła anarchia. Albańczycy, niektórzy mieli instrukcje, inni stare marzenia o posiadaniu karabinu, jeszcze inni bali się, lękali o przyszłość lub naśladując drugich, rzucili się do magazynów broni i zaczęli brać, co popadnie, łącznie z minami i materiałami radioaktywnymi. Później zaczęli strzelać w powietrze na wiwat, z radości lub ze strachu, albo dla wypróbowania broni, którą mieli w dłoni. Uzbrojeni ludzie skierowali się do więzień i uwolnili 1500 więźniów, z których 700 było skazanych za zabójstwo. Tego dnia (10 marca 97 – AS) zginęło, głównie od kul wystrzelonych w powietrze, ponad dwieście osób. Rannych były tysiące. Rozpoczęły grabież bandy, o których nie wiadomo, czy byli to ludzie Berishy, czy też zwyczajni bandyci. Doszło nawet do tego, że rozkręcono tory kolejowe, by kawałek po kawałku przehandlować je jako złom do Czarnogóry” (Fatos Lubonja, „Piramidy z błota”, tłum. Dorota Horodyska).

22. Nie mogę uwolnić się od myśli, że kamienne hasła i samobójczą strzelaninę w niebo łączy pokrewieństwo. Obydwa gesty wydają się absurdalne, ale w najgłębszym sensie stanowią radykalne wyzwanie wobec rzeczywistości. Opętany totalitarną wizją Hodża i zanarchizowani obywatele rozpadającego się państwa postępują tak, jakby świat miał umrzeć razem z nimi. Jednocześnie Enver jest tak samo pewien swojej nieśmiertelności, jak zrewoltowany tłum. I on, i oni żyją tylko w teraźniejszości. Hodża prawdopodobne uważał, że od jego woli zależy wszystko i dlatego nie uznawał żadnych ograniczeń. Strzelający w powietrze mężczyźni przeczuwali, że od nich nie zależy nic i dlatego mogli robić wszystko.

23. Shqiperia to Albania. Nawet jej prawdziwe imię w jakimś sensie oznacza samotność, ponieważ poza Bałkanami mało kto je zna. Przez dwa tygodnie słuchałem albańskiego na ulicy, w autobusach, w radio i chyba ani razu nie usłyszałem słowa „Albania”. Zawsze było: Shqiperia, Shqiptar, shqiperise...

24. Nazwa „Shqiperia” pochodzi od czasownika „shqiptoj”, który znaczy tyle, co „wymawiać, „mówić”. W języku, którego nikt nie rozumie.

PS. Dziękuję Fatosowi Lubonji, Astritowi Beqiri, Rigelsowi Halili i Ylljetowi Aliçce za przyjaźń, gościnność i pomoc. Ich pomoc w tłumaczeniu ze „shqiptarskiego” na albański i potem na polski była nieoceniona.

Andrzej Stasiuk (ur. 1960 r.) jest poetą, prozaikiem i eseistą, debiutował w 1992 roku zbiorem opowiadań więziennych „Mury Hebronu”. W 1994 roku ukazały się jego „Wiersze miłosne i nie”, a w 1995 – pierwsza powieść: „Biały kruk” i tom opowiadań „Opowieści galicyjskie”. Potem opublikował m.in.: „Duklę”, „Papierowy samolot”, „Przez rzekę”, „Moją Europę” (wspólnie z Jurijem Andruchowyczem), „Zimę”. Kilkakrotnie nominowany do nagrody literackiej Nike. Jest laureatem Nagrody Kościelskich i nagrody Fundacji Kultury. Pierwszy odcinek zapisków z podróży po Albanii ukazał się w „TP” 1/2003.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl