Przegląd prasy

Kościół w przyszłych czasach

Tempo zmian cywilizacyjnych – które dotyczą przecież również Kościoła katolickiego – jest dziś tak wielkie, że aby im sprostać nie wystarczy już odwoływać się do idei sprzed 40 lat, kiedy to zwoływano Sobór Watykański Drugi. Okazało się przecież, że nie zdołał on powstrzymać fali sekularyzacji. Dlaczego? Bo, przede wszystkim, był o sto lat spóźniony. Stąd zamiast wracać do Vaticanum II (zwłaszcza do jego litery), trzeba pomyśleć o zwołaniu następnego soboru – mówi w AZYMUCIE (2), dodatku do „Gościa Niedzielnego”, redaktor naczelny mięcznika „Znak” Jarosław Gowin. 
Najważniejszą ideą Soboru Watykańskiego II był powrót do ewangelicznych korzeni. Geniusz Jana XXIII polegał na tym, że nadał administracyjne formy temu, o czym od stuleci mówili święci: że trzeba wrócić do Ewangelii i wzorów pierwszych gmin chrześcijańskich. Sobór był impulsem, teraz jednak należy iść naprzód. 
Przykładowo: Sobór uczył, że zadaniem Kościoła jest prowadzenie szczerego dialogu – także we własnym kręgu. Tymczasem okazuje się, że nie jest z tym najlepiej. Po pierwsze, z Soboru Kościół wyszedł podzielony. Wśród katolików pojawiły się trzy postawy. Grupa niezadowolonych ze zmian – z abp. Lefebvre’em na czele – kontestowała reformy. W konflikt z Magisterium weszła także część niezadowolonych ze zbyt wolnego tempa zmian. Z kolei wśród umiarkowanych zwolenników Soboru pojawiły się w ostatnich latach różnice innej natury: „Niektórzy akceptują bowiem całość zmian posoborowych, inni – wśród nich, jak się zdaje, Jan Paweł II – akceptują generalny kierunek, ale uważają, że pod niektórymi względami reformy przybrały kształt niepożądany i sprzeczny z intencjami Ojców Soboru. Te różnice zdań to jedna z przyczyn trudności w dialogu wewnątrzkościelnym”. Drugie, jeszcze ważniejsze zjawisko pokazała seria skandali moralnych wśród duchowieństwa (zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, ale też w Polsce). Otóż – dowodzi Gowin – „Nie ma niczego zaskakującego, że w Kościele, nawet wśród duchownych, pojawiają się przypadki radykalnego zła. Było dla mnie natomiast zaskoczeniem i przeraziło mnie, że to zło bywa długo tolerowane. Jest to trujący – i nieprzezwyciężony przez Sobór – owoc wielusetletniej mentalności »faryzejskiej«. Polega ona na obronie »dobrego imienia« instytucji bez oglądania się na skutki, jakie niesie to dla konkretnych ludzi i dla życia duchowego Kościoła. Jest on ciągle w zbyt dużym stopniu instytucją – ze swoimi interesami, układami, ciężarem złych nawyków – zbyt mało zaś wspólnotą kierującą się nie bezdusznym prawem (co nie znaczy, że prawo jest niepotrzebne – należy tylko znać jego miejsce i granice), lecz miłością”.
Jedną z idei Soboru miało być przywrócenie w Kościele ducha kolegialności. Wprawdzie coraz częściej odbywają się synody biskupów i obrady konferencji episkopatów krajowych, ale nie znaczy to, że decyzje rzeczywiście podejmuje się bardziej kolegialnie. Pojawiają się głosy, że ciągle zbyt duży jest centralizm ze strony Kurii Watykańskiej. „Feudalizm” Kościoła widać również w relacjach duchownych i świeckich oraz – jeszcze wyraźniej – w relacjach proboszczów i wikarych. Gowin komentuje: „Kościół nie może być instytucją demokratyczną, bo opiera się na Prawdzie objawionej i niezmiennej. Powinien jednak w większym niż dotąd stopniu kierować się duchem demokratycznym, czyli zasadami jawności, przejrzystości, kolegialności. Problem władzy wydaje się dziś jednym z najtrudniejszych, przed jakimi stoi Kościół. W ciągu ostatnich kilkuset lat uległ on nadmiernej centralizacji i Sobór nie zdołał tego zmienić”. To, że w przyszłości Kościoły lokalne muszą zacząć odgrywać coraz ważniejszą rolę, nie wynika z pogoni za „duchem czasu” – taki jest wzorzec Ewangelii”.
Świat tak się zmienił, że Kościół potrzebuje też nowej teologii. Chodzi choćby o pozycję kobiet: „Czy Kościół ma im dzisiaj do zaproponowania jakiś nowy model obok tradycyjnego ideału żony, matki lub dziewicy poświęcającej całe życie Bogu? Te modele nie straciły aktualności, ale dzisiaj ogromna większość kobiet realizuje powołanie życiowe również w życiu zawodowym. W ten sposób zmienił się także głęboko model rodziny i wychowania”. Gowin nie postuluje święceń kapłańskich kobiet: „Kobieta musi odnaleźć w Kościele godne siebie miejsce, ale, jak wynika z Ewangelii, nie jest to miejsce kapłańskie. Nie rozumiem jednak, dlaczego miałoby to oznaczać pomniejszanie znaczenia kobiet?” 
Osobną kwestią jest celibat. Istnieje pogląd, że zniesienie celibatu to sposób na sekularyzację oraz niedostatek powołań. Gowin komentuje: „Nie wierzę w trwałość celibatu. Mówię to ze smutkiem, bo uważam, że jego zniesienie nie rozwiąże żadnego istotnego problemu (przynajmniej generalnie, bo w indywidualnych przypadkach może być inaczej), tylko przeniesie w inne miejsce: zaczną się problemy z małżeńską niewiernością duchownych, rozwodami, nadmiernym zeświecczeniem itp. Dlatego jeśli celibat zostanie zniesiony, Kościół – jak w średniowieczu – uratują zakony i ruchy łączące świeckich i duchownych. Taka sytuacja kryzysu miałaby pozytywną stronę: wzmogłaby dążenie do pogłębienia chrześcijaństwa, przeżywanie go w sposób bardziej świadomy i konsekwentny”.
Jedną z najcenniejszych idei Vaticanum II – i wyzwań dla Kościoła – jest ekumenizm, dążenie do jedności chrześcijan i zdefiniowania na nowo zasady prymatu papieża: „Fatalny w skutkach był tu Sobór Watykański I z dogmatem o nieomylności papieskiej – jak by tego dogmatu nie bronić, był wielką pomyłką. Ale są tu do pokonania nie tylko przeszkody natury historycznej czy psychologicznej. Potrzebna jest także poważna debata teologiczna”. 
Poważnym problemem jest dziś dla Kościoła recepcja jego nauczania w sferze seksualności. O ile zasadę sprzeciwu wobec aborcji akceptuje większość wierzących, to nauczanie o antykoncepcji jest w dużej mierze odrzucane. Zdaniem Gowina wynika to tak z ludzkiej słabości, jak z niezrozumienia subtelnej argumentacji teologicznej, ale też z nietrafności nauczania Kościoła: „Sfera seksualna to potężna siła, która wciąga człowieka w kosmiczny strumień rodzenia się i przemijania. Wydaje się nieomal (podkreślam »nieomal«), jakby ta sfera znajdowała się »poza dobrem i złem«, stąd podatność człowieka na grzech ujawnia się tutaj szczególnie mocno. Na to nakłada się abstrakcyjność katolickiej etyki seksualnej, która argumentuje za zakazem antykoncepcji w sposób wyjątkowo mało przekonujący, a czasem wręcz irytujący. Dotyczy to np. metod naturalnych. Stanowisko Magisterium wydaje mi się nie tylko nieprzekonująco sformułowane – wymaga ono jednej kluczowej modyfikacji. Antykoncepcja nie powinna być zakazana. Powinno się natomiast zwracać uwagę, że w pewien sposób odziera ona miłość z jej pełni, zatem małżonkowie – nawet za cenę bolesnych wyrzeczeń – okażą sobie miłość w sposób głębszy, jeśli nie będą z niej korzystać – o ile nie ma bardzo ważnych moralnych wskazań, by jednak po środki antykoncepcyjne sięgnąć (gdy np. kolejna ciąża może zagrażać życiu żony). W sprawie antykoncepcji postawiłbym na odpowiedzialny wybór, a nie zakaz. W ten sposób zwiększyłaby się też siła przekonywania nauki Magisterium w sprawie aborcji, którą uważam za absolutnie słuszną i niezmienną. Zmiany wymaga co innego: trzeba wreszcie rozstać się z zadawnioną katolicką nieufnością do seksu”. 
Kościoły pustoszeją. Można się pocieszać, że ważna jest jakość, nie ilość, a z czasem jakość przechodzi w ilość. Dzisiejszą epokę historycy postrzegać będą jednak jako czasy głębokiego kryzysu chrześcijaństwa. Jak jest on głęboki, dowodzi to, że nawet tak niezwykły pontyfikat nie zdołał go powstrzymać.

KB


 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2795), 9 lutego 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl