Przyrodnik

Czesław Miłosz


Drugi rok obecności Uniwersytetu Latającego w Krakowie – działającego pod egidą Fundacji Kultury Chrześcijańskiej „Znak” – zainaugurowany został 21 stycznia wykładem Czesława Miłosza, zatytułowanym „Przyrodnik”. W nowym skrzydle Biblioteki Jagiellońskiej zgromadziły się tłumy. 
Dziś drukujemy pełny tekst wystąpienia wygłoszonego wówczas przez naszego wielkiego Autora.
Następny wykład, „Czy chrześcijaństwo zmieniło świat” wygłosi 25 lutego ks. Grzegorz Ryś. Pełną informację o programie Uniwersytetu Latającego Znaku znaleźć można na stronie internetowej www.uniwersytet.znak.com.pl 
„Tygodnik Powszechny” jest patronem medialnym całego przedsięwzięcia. 




W starości zadaję sobie dużo pytań, a niektóre odnoszą się do samych podstaw mojego, powiem raczej, światooglądu niż światopoglądu. Zapytuję też siebie o niektóre przeciwieństwa; na przykład o nigdy nie pokazaną jawnie konfrontację dwóch autorów: Gombrowicz – Miłosz. 


Próbując coś sobie wyjaśnić, muszę cofnąć się do czasu, kiedy zupełnie nie myślałem, że zostanę poetą, bo było postanowione, że wybieram zawód przyrodnika.
Działo się to w moich latach chłopięcych, kiedy to nasze namiętności są traktowane przez dorosłych z pewnym lekceważeniem, najwyżej – tolerowane, tak jak moja matka tolerowała moje klatki, akwaria i nawet największą z polskich sów – puchacza, Bubo maximus, który, uwalniany z klatki, żeby sobie polatał, zwykle w locie spuszczał na środek stołu płynny ślad z głośnym pluskiem. Można jednak odnieść się do tych młodocianych przywiązań jak najbardziej poważnie i analizować je chłodno jako pewną fazę naszego życia. Trudność polega tutaj na tym, że napisałem powieść pt. „Dolina Issy”, która przez wielu ludzi jest interpretowana jako autobiograficzna, a jej bohater Tomasz zrasta się ze mną w ich wyobraźni. W istocie jednak jest to proza należąca do tzw. fikcji i żeby wrócić do mego dzieciństwa, zapomnijmy o tej powieści. 
Rzecz dzieje się w Wilnie w brzydkiej czynszowej kamienicy przy Podgórnej 5, gdzie moi rodzice wynajmowali mieszkanie na wysokim parterze. Dom stanowił część obszernej posesji, gdzie były różnego rodzaju szopy, przybudówki, czyli dobry teren do szaleńczych hasań naszej bandy dzieci, w skład której wchodziłem. Frenezja zabawy nasilała się zwykle tuż przed chwilą, kiedy wołano nas na kolację. 
Nie pamiętam twarzy ani imion uczestników z wyjątkiem dwojga rodzeństwa Jaszki i Sońki. Ta rodzina żydowska mówiła między sobą po rosyjsku, ale rosyjski dla mnie wtedy, po czterech latach spędzonych w Rosji, nie był językiem obcym i przechodziłem na niego nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie myślę, żeby Jaszka i Sońka byli traktowani w naszej bandzie jako obcy. Z tych zabaw pozostało mi czarodziejskie słowo-zaklęcie na oznaczenie wycofania się chwilowo z zabawy. Wystarczyło głośno wykrzyknąć: „Czur – czur – ra”, a było się wolnym od reguł gry. Na pewno w tych zabawach było wiele z walk o przewodnictwo czy też poczucia wyłączenia, ale nic z tego, żadnych urazów nie zachowałem w mojej pamięci. 
Przechodzę jednak do powolnego dojrzewania przyrodniczych szałów. Jednym z autorów książek dla dzieci i młodzieży w Rosji, a także w polskich przekładach w Polsce, był Thomas Mayne-Reid, uwielbiany przez mego ojca, ale także przez moje pokolenie. Pisał o przygodach w Ameryce i wyprawach myśliwskich, w których jego bohaterowie występowali jako obserwatorzy przyrody i każdy spotkany przez nich gatunek zwierzęcia czy ptaka nosił w nawiasie nazwę łacińską, co było hołdem złożonym klasyfikacjom Linneusza. Niemało te książki wpływały na uczniów rosyjskiego gimnazjum i mój ojciec na swojej pierwszej posadzie młodego inżyniera w Krasnojarsku z upodobaniem polował w sajańskich górach na marale, czyli tamtejsze jelenie. 
W Wilnie lat 20. często słyszałem przy stole rozmowy o polowaniach i o osobliwych miejscach w lasach Wileńszczyzny. Na przykład o zupełnie niedostępnym obszarze bagien, w który nikt się nie zapuszcza, bo mieszkają tam nigdzie indziej nie spotykane węże z czerwoną głową, które rzucają się do twarzy człowieka i których jad zabija natychmiast. Z tych rozmów wyciągam dzisiaj wniosek, że mitologiczny matecznik w „Panu Tadeuszu” nie był wymysłem poety, bo istniał na długo przedtem w myśliwskich opowieściach. 
Mój ojciec prenumerował pismo „Łowiec polski”, w którym czytałem wiele o ochronie rzadszych gatunków zwierzyny. Muszę tutaj zauważyć, że idea ochrony przyrody jest najzupełniej antydemokratyczna i z gruntu arystokratyczna. Chroniono większe obszary leśne, bo były terenem łowów dla królów i wielkich panów. Tak na przykład ocalała Puszcza Białowieska. Wielką katastrofą dla fauny Francji była Rewolucja Francuska, po której plebs rzucił się, żeby mordować wszystko co żywe w byłych posiadłościach arystokratów. Należy sobie uświadomić, że dzieje Ameryki to doszczętne wyrąbywanie dziewiczych lasów pokrywających całą wschodnią część Stanów Zjednoczonych. Nie tylko kapitalistyczna zachłanność przedsiębiorców jest za takie niszczycielstwo odpowiedzialna, również wszyscy ci, którzy zarabiają posługując się piłą i siekierą. Stąd konflikty pomiędzy pięknoduchami, czyli ekologami, i ludnością niektórych okolic północnej Kalifornii, gdzie wyrąb lasu jest jedynym zarobkiem ich mieszkańców. W „Łowcu polskim” czytałem o walce straży leśnej z kłusownikami, szczególnie na Wileńszczyźnie i Polesiu, w obronie łosia. Dla ludności chłopskiej las był jak najbardziej odległy od romantycznych wyobrażeń i np. łoś oznaczał po prostu dużo mięsa. 
Tropiąc moje entuzjazmy, cofam się do wpływu lektur. Były nimi nie tylko „Łowiec polski”, ale cała szlachecko-inteligencka literatura przełomu stuleci przeznaczona dla młodzieży. Za przykład może tutaj służyć „Lato leśnych ludzi” Marii Rodziewiczówny. Bohaterem tej powieści jest chłopak, który przyjeżdża na wakacje i doznaje wtajemniczenia w życie leśnej przyrody. Mistrzowie, którzy mieszkają z nim w leśnej chacie, to panowie z dworu czy też ich krewniacy, o czym czytelnik nie myśli, tak wydaje mu się to normalne. Podobnie w powieści Włodzimierza Korsaka „Na tropie przyrody” dwaj chłopcy przyjeżdżają na wakacje do dworu w lasach Witebszczyzny. Włodzimierz Korsak był dla mnie i dla mego przyjaciela Leopolda Pac-Pomarnackiego autorem kultowym. Jego „Rok myśliwego”, ilustrowany przez samego pisarza rysunkami piórkiem, był naszą niemal Ewangelią. Pac-Pomarnacki, jak wskazuje nazwisko, ze starej szlacheckiej rodziny, tak intensywnie kochał las i myślistwo, że został na drugi rok i straciłem go z oczu, ale on to dochował wierności powołaniu przyrodnika. Został leśniczym i poznał swego idola Włodzimierza Korsaka, a nawet sam swoje myśliwskie książki ilustrował piórkiem. Po wywózce do łagru wydostał się z Rosji z Armią Andersa, bił się w Italii, po czym powrócił do Polski, żeby dalej pracować w leśnictwie i polować. 
Moja miłość do przyrody miała tedy cechy literackiego mitu. Trudno jednak odnieść się lekceważąco do podrostka, który recytuje z pamięci łacińskie nazwy wszystkich ptaków występujących w Polsce, który zna sztukę wypychania ptaków, tzn. umie zdjąć skórę z ptaka wraz z piórami, i rozprawia o słynnych polskich ornitologach, takich jak Taczanowski i Sztolcman.
Kiedy teraz myślę o tym chłopcu, dostrzegam u niego silną skłonność do dzielenia swoich kolegów w klasie, jak i w ogóle ludzi, na nielicznych wybranych i całą resztę. Wybrani to entuzjaści czy też wtajemniczeni w misterium przyrody. Na wielu lekcjach w szkole, siedząc w ławce, byłem po prostu nieobecny i rysowałem mapy swojego idealnego kraju. Składał się on wyłącznie z lasów, nie było dróg, tylko rzeki i kanały, a wtedy nie przychodziło mi do głowy, że mogłyby jeździć po nich hałasujące motorówki. Wstępu do tego kraju nie mieli zwykli śmiertelnicy, jedynie godni tego zaszczytu. Taki kształt przybierało egotyczne marzenie chyba każdego chłopca o sobie jako tropicielu, myśliwym, przyjacielu Indian. W wieku, bodaj, lat czternastu dostałem od ojca cenny podarunek, berdankę, czyli jednolufową strzelbę, rodzaj zredukowanej dubeltówki, i mogłem brać udział w polowaniach. Mój ojciec był dobrym strzelcem, ja nędznym i być może ta moja gorszość przyczyniła się do rozwiania się mitu o sobie samym. Z innych też powodów przyroda przestała mnie interesować. Wygłaszałem błyskotliwe, podobno, pogadanki w szkole o Darwinie i teorii ewolucji, i stopniowo królestwo przyrody ukazało mi się jako wielka mordownia, natura devorans et natura devorata. 
Teraz jednak przystępuję do zasadniczego pytania. Ta cała wizja przemieniająca lasy i mszaryny, głównie okolic na południe od Wilna, na obrzeżu Puszczy Rudnickiej, w region baśniowy, czym naprawdę była? Inne oczy, bez takiej jak moja zaprawy w marzeniu, na pewno widziały inaczej. I czyż to nie jest argument na rzecz twierdzenia, że jakikolwiek nasz obraz świata nie jest odbiciem rzeczywistości istniejącej obiektywnie, ale konstrukcją naszego umysłu? 
Obrazy uromantycznionej przeze mnie przyrody są dla mnie dotychczas żywe i gorzko jest przyznać się, że były złudzeniem. 
Oto więc punkt dla Gombrowicza. Muszę tutaj stwierdzić, że był on europejskim pisarzem bardzo nowoczesnym i że miał całkowite uzasadnienie jego prześmiewczy stosunek do kolejnych mód literackich na Zachodzie, a więc egzystencjalizmu, marksizmu, strukturalizmu, itd. Bo przecie zawsze mógł powiedzieć: „Wszystko to jest w mojej twórczości, proszę bardzo”. W moim instynktownym sprzeciwie wobec niego było coś z oporu cnotliwych stronników Syfona wobec sprośnych stronników Miętusa w „Ferdydurke”. I dotychczas Gombrowicz mnie nęka, bo zdaję sobie sprawę z wagi dzielących nas opcji. 
Nasze długie filozoficzne rozmowy w Vence nie przyczyniły się ani do uzgodnienia stanowisk, ani nawet do ich gruntownego wyklarowania. Zdumiewał mnie upór, z jakim powracał do założenia, że nic nie możemy orzec o istnieniu zewnętrznego wobec nas świata, skoro znamy jedynie nasze postrzeżenia. 
Boję się teraz ponawiać te nasze dyskusje, bo zabrnęlibyśmy w jakiś traktat epistemologiczny, więc wolę się powstrzymać, ale jeżeli Gombrowicz mówił o „filozofii zabobonnego dziecka” u Mickiewicza, to przyznam się, że perwersyjnie brałem stronę zabobonu i zaścianka. Mogłem być nowoczesny w tym sensie, że w szkole zajmowałem się Darwinem i jego teorią ewolucji, ale moja wyobraźnia tkwiła całkowicie w „Dziadach wileńskich” Mickiewicza i to nie dlatego, że czytałem to dzieło, ale dlatego, że to była moja zwyczajność podczas pobytów w domu moich dziadków na Litwie. 
Tutaj na chwilę powracam do „Doliny Issy”. Zyskała ta książka dużo na moich upodobaniach przyrodniczych, bo wszelkie opisy ptaków i ich obyczajów są bezbłędne, zarazem jednak jest w tej książce zanotowane wydarzenie, które naprawdę miało miejsce w 1922 roku. W Świętobrości, dwa kilometry od miejsca, gdzie się urodziłem, kiedy to Magdalena, w rzeczywistości nazywała się Barbarka, po samobójczej śmierci straszyła i pomogło tylko odkopanie jej grobu oraz przebicie ciała osinowym palem. Ani mi do głowy wtedy przyszło podawać w wątpliwość skuteczność takich metod. Czyli rzec można, w moim lubowaniu się pobłażliwym zawieszeniem sądu zawierała się wielka różnica pomiędzy moim obrazem spraw ludzkich i obrazem Gombrowicza. 
Mój stosunek do niego jako do człowieka był pełen nieudawanej rewerencji. Kiedy spotkaliśmy się w 1967 w Vence, nie uprawiał wobec mnie żadnych ze swoich sztuczek, czyli ani on, ani ja nie stosowaliśmy żadnych gier imponowania. Uważałem go za człowieka bardzo mądrego i wiedział o tym, ale rozumiałem też, że jest to człowiek bardzo nieszczęśliwy, który wskutek różnych zranień i powikłań przekreślił niejako całe swoje życie osobiste wybierając służbę swemu dziełu. Jego światopogląd wydawał mi się jakiś zimny, pozbawiony ciepła i delektacji danymi zmysłowymi. Naznaczony sprzecznościami, zwyciężał jako pisarz tam, gdzie działał wbrew niektórym swoim podstawowym założeniom.
Była to wizja bardzo nowoczesna zarówno w swoim relatywizmie, jak w obsesyjnym wręcz podkreślaniu znaczenia walki o dominację w tym, co nazywał „kościołem międzyludzkim”. Nie był przyrodnikiem, a jednak społeczność ludzka w jego ujęciu przypominała społeczność szympansów, w której wszystko jest polityką, tj. bezustannymi zabiegami o dominowanie. Prawdopodobnie taka wizja jest poprawna, ale też niewystarczająca. I powstaje pytanie, jakie w tym wszystkim jest miejsce współczucia. Bo zważmy, że dla celów kompozycji swoich książek poświęcał bez wahania swoje postacie: w „Iwonie księżniczce Burgunda” skazywał Iwonę na udławienie się ością, w „Ślubie” kazał Władziowi popełnić samobójstwo, w „Pornografii” mordował młodego Skuziaka, ot tak sobie, dla smaku, ale zarazem on – Gombrowicz nie mógł patrzeć na cierpienie rannego psa i biegał po plaży, próbując uratować przewrócone na grzbiet żuczki umierające od żaru słońca. Ostatnim jego niezrealizowanym projektem było napisanie dramatu konającej muchy. I cała jego krytyka francuskiego le nouveau roman sprowadzała się do stwierdzenia, że ci ludzie lekceważą rzeczywistość, której sprawdzianem jest ból. Tak więc stwierdzając, że filozofia nie umie nic powiedzieć o obiektywnym wyglądzie świata, nagle przeskakiwał do najprostszego stwierdzenia naszego współczucia dla bólu żywych stworzeń. 
Przystępując do pisania tego odczytu myślałem, że uda mi się pokazać przeciwieństwo pomiędzy moją nieco staroświecką, choć przyjmowaną z pewnym humorem, wiarą w świat obiektywny oglądany okiem Pana Boga i sceptycyzmem Gombrowicza. Nie zrobiłem tego, natomiast spostrzegłem, że spotkaliśmy się: ja – rozczarowany przyrodnik ze swoim obrazem natury pożerającej i pożeranej i on – ze swoim „kościołem międzyludzkim” przypominającym obyczaje szympansów. A spotkaliśmy się we współczuciu, z którym ani on, ani ja nie umiemy dać sobie rady. 

Ilustracje za: „Brehms Tierleben”, Leipzig und Wien 1891

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl